Depresja a samobójstwo
30 sierpień 2009, godz. 10:12
Samobójstwo jest najpoważniejszym powikłaniem depresji. Jednak z badań wynika, że większość osób z depresją, które próbowały popełnić lub popełniły samobójstwo, nie była leczona farmakologicznie i nie korzystała z pomocy psychologicznej. W Polsce liczba samobójstw sięga kilku tysięcy rocznie. W ostatnich latach obserwuje się rosnącą ich liczbę wśród młodzieży, choć ciągle najwyższy wskaźnik samobójstw jest wśród osób, które przekroczyły 45. rok życia.
Większość osób z myślami samobójczymi w depresji tak naprawdę nie chce umrzeć, ale jednocześnie bardzo chce się uwolnić od swojego cierpienia, bo nie są w stanie z nim żyć. A zatem to raczej ucieczka od niego, a nie od życia.
Należy tu wyróżnić 3 podstawowe pojęcia, które nie są zamienne:
- Myśli samobójcze – chory myśli o samobójstwie, odczuwa potrzebę zrobienia tego, planuje.
- Próba samobójcza – nie doprowadza do śmierci. W takiej sytuacji jest raczej manifestacją bezradności pacjenta i próbą wołania o pomoc. Zdarza się 15-krotnie częściej niż samobójstwa dokonane.
- Dokonane samobójstwo – doprowadzające do śmierci. Jest to jedna z najczęstszych przyczyn śmierci w populacjach cywilizowanych i druga przyczyna zgonów u młodzieży. Około 65% przypadków samobójstw wiąże się z chorobą psychiczną, przede wszystkim z depresją.
Z danych wynika, że próbę samobójczą częściej podejmują kobiety, ale to mężczyźni częściej popełniają samobójstwo (2–3 razy częściej). Można by powiedzieć, że mężczyźni są bardziej zdecydowani, by odebrać sobie życie i ich próby samobójcze, choć rzadsze niż u kobiet, są skuteczniejsze. Należy wiedzieć i pamiętać, że każda próba samobójcza zwiększa ryzyko popełnienia samobójstwa dokonanego. Wielu pacjentów w ciągu roku ponawia próby samobójcze, największe ryzyko przypada na pierwsze 3 miesiące. Stąd nie wolno lekceważyć żadnej takiej sytuacji.
Poza chorobami psychicznymi, depresją czynnikami zwiększającymi ryzyko popełnienia samobójstwa (często towarzyszącymi depresji) są:
- próby i myśli samobójcze w wywiadzie,
- samobójstwa wśród krewnych, rodziców, bliskich osób,
- płeć męska,
- starszy wiek,
- osamotnienie, izolacja chorego od otoczenia,
- śmierć bliskich osób,
- brak pracy, brak wykształcenia,
- choroby przewlekłe, szczególnie te związane z przewlekłym bólem, kalectwem, nowotwory,
- u kobiety rosnące ryzyko w okresie przełomów hormonalnych: ciąża, poród, menopauza.
Depresja a samobójstwo
Mówienie, że chorego do samobójstwa skłania poczucie beznadziejności, winy, niemożności uzyskania pomocy, uwolnienia się od swojego cierpienia, przekonanie o istnieniu sytuacji bez wyjścia, jest sporym uogólnieniem, ponieważ tak naprawdę opis ten stanowią cechy charakterystyczne dla przebiegu depresji, a mimo to nie każdy chory podejmuje próbę samobójczą. Wykazano, że ryzyko samobójstwa związane jest z dodatkowymi elementami:
- wysokim poziomem lęku, niepokojem psychoruchowym, zaburzeniami snu,
- poczuciem beznadziejności, sytuacji bez wyjścia, braku pomocy ze strony najbliższych oraz lekarzy, przekonaniem o ciężkiej, nieuleczalnej chorobie, czasem z urojeniami,
- poczuciem winy, przekonaniem o popełnieniu ciężkich grzechów, przestępstw,
- nastrojem dysforycznym (reagowaniem rozdrażnieniem, złością, agresją na błahe czynniki),
- odczuwaniem przewlekłego bólu, występowaniem przewlekłych chorób somatycznych,
- zaburzeniami snu, bezsennością.
Największe ryzyko samobójstwa w depresji istnieje na początku choroby, przy pierwszym jej epizodzie lub na początku kolejnych jej epizodów i w czasie ustępowania choroby. Początkowo gdy chory nie jest jeszcze leczony, nie korzysta z pomocy psychiatry lub psychologa lub korzystał, ale samodzielnie przerwał branie leków, nasilenie objawów depresji jest wtedy bardzo mocne. Pierwsze wizyty u psychiatry, rozpoczęcie leczenia także stawiają go w trudnej sytuacji. Kolejny moment to, gdy rozpoczyna się farmakoterapię, jej pierwsze 2–3 tygodnie wiążą się z największym ryzykiem samobójstwa. W bardzo nasilonych objawach depresji chory ma na tyle obniżoną aktywność, że nawet pomimo istnienia myśli samobójczych nie jest w stanie ich zrealizować. Natomiast działanie leków pojawia się nierównomiernie, tzn. najszybciej polepsza się aktywność chorego, a dopiero po 2–3 tygodniach stałego leczenia poprawia się nastrój, w takiej sytuacji zwiększona „ruchliwość” chorego ułatwia mu popełnienie samobójstwa. Później konfrontacja chorego ze środowiskiem, powrót do normalnego życia codziennego, szczególnie w sytuacji niepełnego powrotu do zdrowia, obniżonego nastroju, wzmagają poczucie utraty czegoś z powodu depresji i niemożności powrotu do życia sprzed choroby. Ważne jest także, by wiedzieć, czy pacjent przyjmuje regularnie leki. Przerwanie ich stosowania może być bardzo groźne i wiąże się z nawrotem depresji.
W żadnej z tych chwil chory nie powinien być sam i samodzielnie sobie z tym radzić. Dlatego tak ważna jest rola rodziny w procesie leczenia depresji.
Sygnały ostrzegawcze
Naszą uwagę powinno zwrócić wiele zachowań.
- Plany samobójcze są bardzo często ujawniane przez chorych. Mówią o tym, że nie widzą sensu życia, że nie mogą tak żyć. Interesują się tematem śmierci.
- Często zdarza się, że osoba zdecydowana na samobójstwo zaczyna porządkować wszystkie swoje sprawy: spłaca długi, odwiedza rodzinę, pisze testament, porządkuje rzeczy osobiste. Chce uporządkować swoje życie przed śmiercią.
- Osoby z myślami samobójczymi często zgłaszają się do różnych lekarzy, do lekarza rodzinnego, psychiatry. Skarżą się na wiele dolegliwości, o nieznanym pochodzeniu i przyczynie.
- Czasem bywa też inaczej. Chory, który dotychczas skarżył się na wiele dolegliwości, nagle przestaje o nich mówić, jest spokojny, ma lepszy nastrój. Często taka zmiana wynika z podjęcia decyzji o samobójstwie, chory jest spokojny, że już niedługo „wszystko się rozwiąże”, uwolni się od tego.
W przypadku podejrzeń lub obaw, że bliska osoba ma myśli samobójcze, należy poprosić o pomoc lekarza rodzinnego lub psychiatrę. Nie można zostawić takiej osoby samej, stale ktoś powinien przy niej być. Często nie chodzi tylko o bezpieczeństwo takich osób, lecz także o to, że potrzebują w takiej chwili czyjejś bliskości. Zaleca się usunięcie z domu wszystkich leków, środków chemicznych, ostrych przedmiotów, broni. Gdy istnieje duże ryzyko podjęcia próby samobójczej, chory powinien być hospitalizowany w szpitalu psychiatrycznym. W takiej sytuacji nie jest wymagana do tego jego zgoda, ponieważ ustawa o ochronie zdrowia psychicznego zezwala na umieszczenie pacjenta w szpitalu, w sytuacji gdy zagrożone jest jego lub innych osób życie.
Uzyskanie pomocy, wsparcia, poczucia bliskości i braku osamotnienia, przy jednoczesnej farmakoterapii, sprawia, że samopoczucie chorego się poprawia i wraca mu chęć do życia.
Obalamy mity
- „Osoba, która chce popełnić samobójstwo, nie mówi o tym. Jeśli ktoś mówi, to znaczy, że nie chce tego tak naprawdę zrobić, tylko straszy otoczenie”
Nic bardziej mylnego. Aż 80% samobójców mówi wcześniej o swoich zamiarach bliskim lub lekarzowi. Pozostali sygnalizują to w mniej bezpośredni sposób: interesują się tematem śmierci, myślą o bezsensie życia, że nie są niezastąpieni, o uldze, jaką mogłaby im przynieść np. śmiertelna choroba. Czasem są to koszmary senne, np. o pogrzebach, umieraniu.
- „Osoba, która chce popełnić samobójstwo, stroni od towarzystwa, chce być sama”
Czasem tak jest. Jednak częściej lęk związany z decyzją o odebraniu sobie życia, strach sprawia, że chorzy ci szukają kontaktu z bliskimi osobami, mają potrzebę bliskości. Częściej odwiedzają znajomych, chodzą do lekarzy, nawet jeśli wcześniej tego nie robili, zgłaszają różne dolegliwości. Poza „wygadaniem się” mają oni często potrzebę powiedzenia o swoich myślach, chęci odebrania sobie życia. Takich osób należy uważnie słuchać.
- „Zapytanie chorego na depresję, czy ma myśli samobójcze, może skłonić go do popełnienia samobójstwa, a nawet jeśli ma myśli o odebraniu sobie życia, to nie powie nam prawdy”
To, czy chory na depresję popełni samobójstwo, jest tylko jego decyzją i pytanie o to na pewno nie skłoni go do tego. Wielu chorych boi się o tym mówić, dlatego wręcz czekają, aż się ich o to zapyta, by mogli o tym powiedzieć. I nie musi tego robić lekarz. Może to być bliska osoba, która będzie mogła pomóc choremu w leczeniu i towarzyszyć mu w nim. Często boimy się o to pytać, bo nie wiemy, co powinniśmy zrobić, jak zareagować, w sytuacji gdy ktoś odpowie: „tak, mam myśli samobójcze”.
- „Samobójca zawsze chce odebrać sobie życie, więc może nie powinno się go ratować, bo i tak prędzej czy później znowu spróbuje sobie odebrać życie”
Większość ludzi podejmujących próbę samobójczą czyni to z poczucia bezsilności i niemożności poradzenia sobie z własnym cierpieniem, w ten sposób woła o pomoc. Nawet jeśli ktoś przejawia silne chęci odebrania sobie życia, często jest to chwilowe, a odpowiednia pomoc i leczenie zmieniają takie nastawienie.
- „Chory, który chciał popełnić samobójstwo, zaczyna zachowywać się spokojniej, ma lepszy nastrój, nie ma już myśli samobójczych”
W takiej sytuacji może być wręcz odwrotnie. W przypadku bardzo ciężkiej, długotrwałej depresji i dodatkowych czynników ryzyka takie zachowanie może świadczyć o podjęciu decyzji o samobójstwie. Chory jest spokojny, bo wie, że niedługo skończy się jego cierpienie, ma plan, jak to zrobić. Gdy jego bliscy cieszą się, że lepiej się czuje, pod tą maską rozgrywa się dramat.
Piśmiennictwo:
- „Depresja. Wiedzieć, aby pomóc” pod red. D. Dudek, A. Zięby, Wydawnictwo Medyczne 2002.
- „Psychiatria” pod red. A. Bilikiewicza, Wydawnictwo PZWL.



Komentarze
Witam, mam na imię Piotr, mam 29 lat jestem żonaty, mam 2 wspaniałych dzieci, 9 lat jestem po ślubie. Cztery lata temu podjąłem próbę samobójczą, która mi nie wyszła. Trułem się tabletkami relanium, przeżyłem - szkoda, teraz znowu dręczą mnie myśli samobójcze wiem, że prędzej czy później i tak odejdę z tego świata. Od pięciu lat leczę się neurologicznie i psychiatrycznie, a zaczęło to się od tego, że 5 lat temu napadnięto mnie wraz z żoną rozbito mi głowę. Jestem po trepanacji czaszki, od tego czasu leczę się i jestem na rencie. Próby samobójczej nie planowałem, po prostu oglądałem TV wstałem, ukradłem mamie 5 listków relanium, zacząłem żegnać się z rodziną, a jednocześnie w kieszeni wyduszałem tabletki. Wziąłem łyk piwka i wziąłem tabletki popiłem je piwem i obudziłem się w Świeciu w szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych. Byłem tam miesiąc, wyszedłem zmienili mi leki i się uspokoiłem zacząłem tyć, dobrze spać, ale myśli ciągle wracają teraz coraz bardziej. Wieczorami, gdy odmawiam pacierz wieczorny proszę Boga by mnie zabrał stąd. Czekam z utęsknieniem na śmierć i wierze w życie pozagrobowe, umrę ciałem ale duchem będę. Spotkam się za światami z moim najukochańszym Tatą i zwiedzimy cały świat. Nie piszę nic o żonę, bo nie mam w niej wsparcia. Ciągle za mało zarabiam, pracuje w ochronie mam 1200 na rękę plus 465 renty, ale cóż to za mało. Jak dostaje wypłatę i mówię żonie to ona mówi czy warto iść po te ochłapy. W nosie mam ją, jutro jadę na rozmowy do jednego z domów dziecka, gdzie mieszkam, w sprawie pracy jako wolontariusz może mi to pomoże chce być jak najmniej w domu. NAJGORSZE, ŻE WOŁAM O POMOC, A NIKT MNIE NIE SŁYSZY!!!!widocznie tak ma być, pozdrawiam.
WALCZ
Spodobało mi się jedno zdanie z forum: "nie chce popełniać samobójstwa, ale żyć też nie chcę". Niestety w takich czasach żyjemy, mimo wszystko perspektywa braku pracy, bliskiej osoby, jakiejkolwiek stabilizacji, a do tego słynna maksyma "człowiek człowiekowi wilkiem" w pracy, na każdym kroku. Nie dziwię się osobom, którzy decydują się podejmować takie kroki, zresztą jest to suwerenna decyzja każdego człowieka, a ci którzy nazywają takich ludzi tchórzami powinni wiedzieć, że nie wszyscy ludzie na świecie mają taką sama konstrukcję psychiczną co oni. Do tego dochodzą różne czynniki społeczne,psychologiczne. Pewne rzeczy w życiu codziennym, które dla jednej są normalne, dla innych już nie są.
Najgorsze jest to, że samobójstwa popełniać chcą osoby wykształcone, dla których rynek pracy jest okrutny, a oni mieli swoje ambicje, plany, ale również zasady moralne, którymi się kierują. Na współczesny wyścig szczurów nie wszyscy są mentalnie przygotowani, szkoda, że nikt o tym nie pomyślał wcześniej pod koniec lat dziewięćdziesiątych.
Drogi Piotrze.
Rozumiem Cię. Ale proszę nie rób sobie krzywdy. Nie zostawiaj swoich dzieci z taką straszną kobietą (albo super niedomyślną..), która ma za nic w jakim stanie się znajdujesz. Coś mi się wydaje, ale mogę się mylić, gdyż mało o sobie napisałeś, że dużą "pomocą" w zapędzaniu Cię do prób samobójczych jest Twoja żona. Zwróciłam uwagę, że wypomina Ci ilość pieniędzy, które dostajesz. A Ty, jako ambitny mężczyzna, najprawdopodobniej czujesz się niczym z tego powodu. Ale to bzdura!! O tym jakim jesteś mężczyzną świadczy nie ilość pieniędzy, które przynosisz do domu po takim strasznym wydarzeniu, ale to jakim jesteś człowiekiem, a widać że ambitnym i wrażliwym. Wcale nie musisz dominować w swoim stadzie (np. że to Ty utrzymujesz rodzinę), żeby nim być!! Swoim dzieciom jesteś potrzebny, nie z powodu tego, ILE przynosisz pieniędzy, tylko że jesteś ich ojcem! Z Tobą jest jak najbardziej w porządku. Dzisiaj to nie są czasy, że to facet koniecznie ma pokrywać utrzymanie rodziny. Są kolesie co nic nie przynoszą żonom i wcale nie mają kłopotów ze zdrowiem.
i W OGÓLE nie przejmuj się gadaniem swojej żony! Wiem, że łatwo mówić, ale jeśli ktoś kogoś dręczy psychicznie (bo na to mi takie jej gadanie zakrawa) to jest wredny. Musisz jej wybaczyć, może postawić jej ultimatum (jestem pewna, że jakby co znalazłbyś wiele kobiet, które nie lecą na kasę, a na wnętrze!!), ale ta babka zdecydowanie przekracza Twoje granice jako człowieka - nie bądź naiwny i po prostu nie wierz. Paradoksalnie postawienie jej granicy może wzbudzić jej respekt do Ciebie. To tak jakbyś jej mówił, żeby nie pokazywała Ci swojego ciała, bo ma trochę lub bardzo zniszczony brzuch (w porównaniu np. do aktorek porno), tym samym nie brał pod uwagę, że po prostu Urodziła. I tym samym sugerował, że nie jest prawdziwą kobietą, bo nie ma idealnego ciała, tak jak ona Ci (może Nieświadomie) sugeruje, że kiepski z Ciebie facet.
MOŻE też być tak, że wcale tak na to nie patrzy, że jest po prostu niedelikatna, a to Ty masz honor męski i wydaje Ci się, że prawdziwy facet POWINIEN zarabiać na utrzymanie rodziny. Tak taka jest obiegowa opinia. Podobnie jak ta, że facet powinien zawsze móc, mieć długiego na min. 20 cm albo że nie płacze ;) Nie prawda, jest w obecnych czasach wielu facetów, którzy sprawdzają się świetnie jako gospodyni domowa albo niania, lepiej od żon, a to one zarabiają. Albo razem dzielą trudy zarabiania/wychowywania dzieci.
Pozdrawiam, i nie karm się tendencyjnym myśleniem i obiegowymi opiniami. Zabraniam :)
Myślę, że dobre jest to, iż zdajesz sobie sprawę z Twojego "wołania o pomoc". Teraz wskazane byłoby otoczyć się ludźmi rozumiejącymi i wspierającymi. Jeśli to nie może być rodzina, to może jakaś grupa wsparcia, ludzie którzy pomogą Tobie poradzić sobie z lękami, niepokojem. Warto spróbować wszystkiego. Powodzenia
Witam!
Jestem w podobnej sytuacji, co prawda nie podejmowałem jeszcze tak zdecydowanej próby odebrania sobie życia, ale byłem już bardzo bliski. Nie chcę po prostu "sfuszerować".
Z ciekawostek mogę Ci powiedzieć, że zarabiam około 7-8 tys., ostatnio przekazałem żonie odłożone dodatkowo 50 tys. (z prac wykonanych dodatkowo przez kilka lat) ale wsparcia też nie otrzymuję. Widocznie niektóre żony tak mają... Też mam dziecko i chyba tak naprawdę to te krótkie chwile z nim powodują, że przesuwam termin na dzień następny... Wiem, że kiedyś to nie wystarczy :( Pozdrawiam.
Musisz być silny i nie dać się... na tym świecie niejednokrotnie odnajdziesz szczęście jeszcze:)
Mój problem jest z goła inny. Nie chcę umierać, nie czuję potrzeby zabicia się, ale żyć też nie chcę. Nienawidzę siebie za to kim/czym jestem. Z jednej strony chcę mieć kontakt z ludźmi, zwłaszcza z tą jedną osobą, z którą można się związać na całe życie - z drugiej nie pozwalam nikomu poznać siebie takim, jakim jestem. Z przyczyn, o których nie chcę pisać, które są ode mnie niezależne, nigdy nie będę mógł być tak blisko z drugą osobą jak widniejący wyżej anonimowi. Żona, dzieci, rodzina - te rzeczy zawsze pozostaną po za moim zasięgiem. Chcę je mieć, ale też nienawidzę tego, że je chcę. Pragnę być zrozumiany, ale brzydzę się otwierać przed kimś i obnażać swoje prawdziwe wnętrze. Jestem mizantropem gardzącym ludzką egzystencją, gardzę sobą i jednocześnie chciałbym być taki, jak reszta szarej masy.
Niestety jestem zbyt wrażliwy, zbyt inteligentny, zbyt asertywny i uparty. Jestem pełen skrajności, dualizmów i skrajnych bipolarnych stanów emocjonalnych. Mam czasami objawy schizofrenii, ale nie wiem czy są one prawdziwe, czy tylko moim własnym złudzeniem wynikającym z obawy przed tą chorobą. Nie jest mi obca, występuje w mojej rodzinie i wiem co potrafi zrobić z człowieka.
Depresja dopada mnie w momentach samotności gdy po dniu spędzonym w pracy wracam do mieszkania, w którym nikt na mnie nie czeka. Nie mieszkam sam, ale jestem sam. Zawsze byłem samotny. Odludek, aspołeczny typ, 'zimny głaz' cytując moją najbliższą rodzinę. 'Najbliższą' w symbolicznym znaczeniu.
Nie wiem co mam zrobić, nie widzę wyjścia z mojej sytuacji. Za każdym razem gdy wydaje mi się, że dam sobie radę i przyzwyczaję się do swojej beznadziejnej sytuacji los rzuca mi pod nogi następną kłodę. Dostałem się na wymarzone studia - nie obroniłem się, bo straciłem zapał. Przywykłem do samotnego życia - poznałem nowych kolegów w pracy, którzy każdego dnia pokazują mi jak wspaniale jest mieć kogoś. Pogodziłem się z tym - lekarz wykrył wadę serca (mam 28 lat), prawdopodobnie wrodzoną i niewykrytą od dziecka. Chyba jednak mój problem sam się rozwiąże. Nie chodzę więcej do lekarza, nie podetnę sobie żył, nie skoczę z okna. Poczekam aż choroba sama mnie zabije. Nie chcę umierać, ale żyć też nie mogę.
Napisz na adres sopyh na googlemail proszę, wyślij chociaż swój adres e-mail - ja napiszę. Nie mogę z całą pewnością powiedzieć o jakich problemach piszesz, ale wiem że przechodzę przez podobne.
errata: sopyh78 na googlemail
A ja Cię lubię na podstawie tego opisu, wydajesz mi się bliski :)
Zdaje mi się, że masz problemy typowe dla artystycznej duszy. Może się mylę. Ale jakby co witaj w klubie ;) pozdr.
Witam, jestem studentka pielęgniarstwa i pisze prace na temat " Depresja a myśli samobójcze"
Jeżeli ktokolwiek chciałby podzielić się ze mną swoimi przeżyciami, byłabym bardzo wdzięczna... ułatwiło by mi to napisanie mojej pracy.. z góry dziękuję...
kinga7773@wp.pl
Witaj, chętnie podzielę się z tobą swoimi przeżyciami, a są bardzo bogate, wieloletnie. W tym czasie udało mi się pomóc skutecznie osobom z takim pragnieniem, bo wiem czego człowiek w takiej sytuacji potrzebuje i to jest dopiero doświadczenie. Jeśli chcesz to zadzwoń 798318678, dopóki jestem.
Ja leczę się psychiatrycznie od lat, różne rzeczy się dzieją, różne diagnozy. Teraz znowu mam epizod depresyjny, mam bardzo nasilone myśli samobójcze. Właściwie to już nawet mniej więcej zaplanowałam ten krok - kiedy to zrobię, jak się do tego przygotuję i wreszcie w jaki sposób odbiorę sobie życie. Cały czas łudzę się jednak, że może się wszystko ułoży, że zostanę wyciągnięta z tej matni. Z jednej strony wydaje mi się że już wszystko co dobre to za mną, że już nie spotka mnie nic pozytywnego, nie mam już siły walczyć, trwać, istnieć. Z drugiej jednak strony szarpią się we mnie jakieś resztki instynktu przetrwania, zostały jeszcze jakieś okruchy nadziei. Jestem teraz w kropce, czuję się bardzo źle, nie wiem co mam robić, czuję się taka samotna, niepotrzebna, rozczarowana, przegrana, niezdolna osiągnąć szczęście, za słaba by przeżyć to życie. Tak jak ktoś wyżej napisał - życie wciąż rzuca mi kłody pod nogi. Jak już wydaje mi się że jest dobrze, że wreszcie mogę powiedzieć o sobie że jestem zadowolona ze swego życia, szczęśliwa, to zawsze coś się musi sp....:( Ja już nie mam siły znosić kolejnych ciosów od życia :(
Witam!
Pragnę podzielić się z Wami moimi przeżyciami. Chodzi o mojego tatę, który tydzień temu odebrał sobie życie:( Miał ogromne problemy w pracy i bardzo długo nam (rodzinie) o tym nie mówił. Przede wszystkim tam zostawiono go samemu sobie, a był na kierowniczym stanowisku. Kiedy w końcu postanowił się tym podzielić, a było to dwa tygodnie przed śmiercią, właściwie żadne nasze argumenty wyjścia z sytuacji do niego nie docierały. On to już postanowił i chyba nas na to przygotowywał. Ale i tak nie umieliśmy odczytać sygnałów. Dzień "przed" załatwiłam mu psychologa, zgodził się że pójdzie. W ogóle był bardzo spokojny, przytakiwał na wszystko. Wiem, że bardzo kochał mamę, nas i wnuki... a i tak cierpienie jego było silniejsze, chciał się uwolnić, żeby już nie bolało... Za to teraz My nie umiemy sobie z tym poradzić!!! Ból, tęsknota, żal, pustka... Jak dalej żyć? Miał przecież tyle planów. Nie pomyślał, że to teraz My cierpimy. Dlatego apeluję do wszystkich zastanówcie się zanim to zrobicie. Jak będą żyć Wasze dzieci, żony, mężowie... Mój półtoraroczny syn, codziennie pyta o dziadka, nie umiem mu wytłumaczyć, że go nie ma i nie będzie. Nie będzie go w ogóle pamiętał, a był jego ulubionym wnukiem. Problemy są różne, ale zawsze jest jakieś wyjście, trzeba tylko o tym dużo, dużo rozmawiać czy z rodziną, czy też z ze znajomymi, albo poradzić się psychologa, nie dusić w sobie. Mój tata był trochę zamknięty w sobie i chyba go to zgubiło, a my za późno to zauważyliśmy...
Witam,
U mnie wszystko zaczęło się 10 lat temu, gdy zmarł mój Tata. Nie mogłam nic zrobić, nawet wyjść z domu. Nie miałam na kogo liczyć, nikt nie starał mi się pomóc, bo nikt nie zauważał, że zjada mnie depresja. Żyłam, a raczej trwałam ze względu na moją córkę. Mąż nie jest zbyt wrażliwym człowiekiem, pewnie do dziś z niczego nie zdaje sobie sprawy, a może i nie chce. Ja żyję na pograniczu, nie pracuję, wycofałam się ze wszystkiego. Walczę każdego dnia, ale jest coraz ciężej. Mnie życie też nie oszczędza- moja córka, którą zawsze kochałam nad życie jest oschła i wiecznie rozkapryszona. A ja tak się staram... Ale po co to robić, po co się wysilać, kiedy inni i tak mają to w nosie...Nie mam co liczyć na zrozumienie, każdy myśli tylko o sobie, a ja cierpię. Nie mam się do kogo zwrócić, wszyscy myślą, że jestem zadowoloną z życia osobą, a ja tonę... Mam 35 lat, a czuję się jak stary, zmęczony człowiek... Nie wiem, co robić...
Powiedzcie mi co to jest za stan z jakim zmagam się od jakiegoś czasu. Boję się, że to depresja, a ja całe życie (mam 35 lat). Nie wierzyłem tak naprawdę, że można na coś takiego zachorować. Moje objawy to:
- Okropny przeszywający lęk, który gniecie za mostkiem,nie pozwalający spać.
-Ogromne poczucie beznadziejności,ż e nie dam sobie rady w przyszłości (10-20 letniej).
-Obawa o to, że w każdej chwili może się stać coś strasznego z moją rodziną (nie ze mną).
-Rozważanie, że w najgorszym wypadku jakbym już nie miał wyjścia to zabiję się.
-Palenie większej ilości papierosów z taką myślą, że dzięki temu krócej pożyje.
-Ogromna nienawiść do osób, którzy są szczęśliwe, którym się powiodło.
Tak przedstawiam te objawy, jak najrzetelniej. Nigdy nie zwracałem się z pytaniem o te objawy, gdyż nie przywiązywałem do nich wagi. Objawy narastały powoli od około pół roku. Nie pisałbym, ale dzisiejszy dzień mnie dobił kompletnie,nie mogłem nic robić, zmuszałem się do zrobienia czegokolwiek. Dodam, że moja rodzina jest zdrowa, ja mam pracę i w zasadzie nic takiego się nie dzieje, co by tłumaczyło ten mój stan. Bardzo proszę o jakąś odpowiedź, może po prostu jestem przewrażliwiony. Pozdrawiam. Łukasz.
Ludzie, macie duże problemy, naprawdę, ale waszym podstawowym "błędem" jest to, że o nich nie rozmawiacie, a ważnym w życiu jest mieć kogoś, przed kim można się zwyczajnie wygadać. Wiem, że nie zawsze jest to proste, ale wokół nas jest wielu, mimo wszystkich, życzliwych osób, które może nie od razu są w stanie pomoc, zaprzyjaźnić się, ale na pewno umieją słuchać. Szukajcie ich, bo warto żyć naprawdę, to brzmi banalnie, ale nie skazujcie na cierpienia po stracie osoby waszych bliskich, dzieci, niewyrozumiałej żony, bo często bliskie nam osoby robią pewne rzeczy nieświadomie, mino wielkiej miłości jaką nas obdarzają. Odważcie się na rozmowy, to podstawa, trzymam kciuki.
Mam 22 lata i jestem na etapie szukania chętnych do popełnienia samobójstwa. Że ciągle o tym myślę, to wszyscy wiedza, ale, że mnie własny ojciec od wieśniar wyzywał, a znajomi mu przyklaskują. Niewiele to kogokolwiek obchodzi. Jak czytam.. "życie jest święte, nie wolno ci", "jeśli chcesz to zrobić, to znaczy, że jesteś ślepy". Piszą jakby znali każdego i wszystko o wszystkich wiedzieli. Z drugiej strony powinnam dziwnie się czuć wstawiając komentarz po kimś, kogo spotkało coś, co wszyscy bez wyjątku uznają za powód do co najmniej złego nastroju, tzn. wypadki itp. Mam wrażenie, że nie istnieję. Przecież widzę, że wiele osób, które przyczyniły się do stanu, w którym obecnie się znajduję. manipulują mną, śmieją się dosłownie lub nie. Jestem w mega dołku, a za chwilę wmawiają mi, że mam urojenia. Ty jesteś leniwa i tyle. Wszystko, co przeszłam staje się nieważne, a ich wpływ na mnie spada do zera. Nie mogę tego wytrzymać. Czasem chciałabym, żeby ktoś mi naprawdę dał jakiś "porządny" powód, taki który by został uznany za ważny? Który zostałby zauważony. Takie skakanie jest jeszcze gorsze. Biorę tabletki. tzn. w sobotę wzięłam ostatnia. Nową receptę dostanę jeszcze w tym tygodniu, ale w 3 dniu bez tych tabletek czuję się jak wrak, a z drugiej strony dopiero teraz mogę o tym pisać. Komentarze rodziny ograniczone są do minimum. Przeraża mnie to, że nie potrafię jaz funkcjonować bez tabletek. W sumie pierwszy raz wzięłam je prawie 8 lat temu.. ale przecież istnieją ludzie, których samobójstwa wielu w ciszy własnych przemyśleń uważa za właściwe, tzn. "gdybym ja się tak czuł. Nie miał/a innego wyjścia". Ale ten temat nie istnieje. Wracając do tabletek.. z drugiej strony mam wrażenie, że strasznie mnie ogłupiły. 8 lat z wieloma przerwami, ale jednak.
jestem chętny bartus23@op.pl odezwij się
ja także bikiwi@interia.pl
Witam
Przykro jest czytać takie rzeczy pisane przez tyle osób... 2 listopada 2009 roku popełnił samobójstwo mój narzeczony. Wiele razem przeszliśmy, byliśmy razem ponad 3 lata zaczęło się po pół roku podjął próbę samobójczą, którą przeżył cudem, potem wypadek samochodowy bardzo ciężki, który przeżyliśmy dla siebie, żeby jak najszybciej być razem. Wszystko zaczęło się układać, mieszkaliśmy razem, dostał dobrą pracę, stać nas było na utrzymanie mieszkania, wszystkie problemy zniknęły. Aż tu nagle pewnego dnia znalazłam go w naszym mieszkaniu martwego....... to było straszne, do tej pory nie mogę się z tym pogodzić nie wierzę że nie żyje. Wydaje mi się, że po prostu wyjechał! Ból po stracie tak bliskiej osoby mimo, że wiedziałam wcześniej, że stać go na to jest nie do opisania. Apeluję do wszystkich którzy myślą o samobójstwie. Pomyślcie o bliskich, im się świat na głowę zwali i też mogą tego nie wytrzymać. To nie jest żadne wyjście! Chętnie pomogę radą, rozmową każdemu kto ma myśli samobójcze. Opiszę jak wygląda życie po stracie bliskiej osoby- zastanów się co zrobisz swojej mamie, córce lub bratu....
Pozdrawiam
kajusia200988@wp.pl
Twój komentarz uświadamia mi jedną ważną rzecz, że nie warto się z kimkolwiek wiązać. Przykład twojego męża pokazuje, że nawet jeśli znalazł szczęście z tobą, nadal mu było ciężko co poskutkowało samobójstwem i zadaniem tobie cierpienia.
"zastanów się co zrobisz swojej mamie, córce lub bratu...." wiem o tym bardzo dobrze i to jedyna rzecz, która trzyma mnie jeszcze na tym świecie. Sama myśl o tym jaki ból mogę im zadać powoduje, że zaczynam płakać. Z drugiej strony matka, córka, brat nie mają pojęcia z jakim cierpieniem muszę ja sam walczyć przez ten czas.
Witam,
Szukam odpowiedzi na pytanie czy stan menopauzy lub jej przejścia ma coś wspólnego z samobójstwem lub też z stanem, który doprowadza moją mamę do mówienia dziwnych rzeczy, lęków itp. Szukając trafiłam na te forum..nigdy nie udzielałam się na forach teraz poczułam, że muszę, bo już nie wiem gdzie szukać pomocy. Moja mama leczy się psychiatrycznie od kilku lat bierze leki od depresji, ostatnio było nam ciężko. Długi, nie wyrozumiały mąż, który pił i nie szczędził pretensji i podtekstów pod mamy adresem i nie wyrozumiała ja, która widziała, że coś jest nie tak ale twierdziłam, że to wynik rozdrażnienia i rozżalenia, które nastąpiło po utracie przez moją mamę własnej matki i bliskiej ciotki, którą się opiekowała w szpitalu. Mama zaczęła mówić dziwnie o Bogu, o tym że ją wybrał, że ona była zawsze dobra dla ludzi i dlaczego ją ludzie krzywdzą. Wszędzie widziała podstęp. W końcu poszła na kolejną wizytę do swojego lekarza psychiatry, który dodał jej nowe leki i zaczęła się "jazda". Mama rano wstała, zaczęła krzyczeć, płakać mówić, że umiera, że wszystko nam wybacza, zaczęła nas błagać abyśmy jej powiedzieli że wierzymy w Boga, że ona uzdrawia ludzi. Pochowałam leki, które lekarz przepisała, zadzwoniłam do lekarza i powiedziałam o całym zdarzeniu. Powiedziała, że jest zaskoczona ale to chyba są początki psychozy....:(( Nie wiem co to jest, trochę o tym czytałam. To było traumatyczne przeżycie głownie dla mnie. Jestem jedynaczką, z mamą od zawsze w dobrych stosunkach, mój tata też się przestraszył. Teraz mija już 4 dni od tego zdarzenia, wiem że to też wynik menopauzy która prawdopodobnie się zaczęła, lęki, wybuchy gorąca, drażliwość, dlatego wczoraj poszłyśmy zrobić z mamą wynik hormonów. Na wynik czeka się tydzień. Nie wiem co robić? Niby jest dobrze wiem, że ulży jej jak weźmie hormony, ale czy jej stan psychiczny się poprawi? Dziś nie spała całą noc, a ja razem z nią. Bezsenność też jest wynikiem menopauzy. Może ktoś coś odpowie na ten przypadek? Jestem w takim stanie, że nie potrafię tego opisać, a wiem że muszę być silna i racjonalnie myśleć. Dziękuję za uwagę...:((
Dlaczego odbierasz to w ten sposób " nie warto się z kimkolwiek wiązać"? Właśnie warto tylko trzeba słuchać czasami tej drugiej osoby, każdy z nas ma w życiu jakieś problemy- mniejsze lub większe ale z każdym można dać sobie radę jeśli się tylko chce. Natomiast popełniając samobójstwo nie dajesz wyboru swoim bliskim, oni są już skazani na życie ze świadomością Twojej śmierci. Postaraj się zainteresować rodzinę swoimi problemami, może Cie ktoś odciąży trochę, a jak nie w rodzinie to znajdź wsparcie, radę, wolę wysłuchania u kogoś innego, może nawet obcego. Jest wiele takich osób jak ja, które zechcą wysłuchać i zrobić tyle ile w ich mocy żeby nikt nie musiał już więcej cierpieć po stracie bliskiej osoby...
Piszesz, że brat, mama, córka nie wiedzą co teraz przechodzisz i jak cierpisz tak? Za to Ty nie będziesz wiedział jak oni będą cierpieć widząc cię w trumnie, żyjąc dzień po dniu bez ciebie a wszystko dokoła tylko Cię będzie przypominać i nie daj Boże, żeby cie znalazł martwego ktoś bliski, bo ten widok z przed oczu NIGDY NIE ZNIKA!!!!!
Ten obraz mam w dzień i w nocy. On nigdy nie zniknie. Ten obraz drąży moje myśli i skłania do odejścia. W takiej chwili nie myślę co inni...
W Wigilię mój brat odebrał sobie życie, miał 30 lat. Do tego kroku skłoniła go prawdopodobnie ciężka choroba. Mógł się leczyć,ale nie czuł się już mężczyzną. Nie widział przed sobą przyszłości. Największy kamień rzucił na serce własnej mamie. Do końca życia zapamięta tę Wigilię. Zrobił nam straszną krzywdę. Najgorsze jest to, że ja nie potrafię mu wybaczyć. Z jednej strony myślę sobie, że był strasznym egoistą...jak mógł zrobić to rodzicom i to w takim dniu. Tym bardziej, że zawsze mógł na nas liczyć...a z drugiej strony cały czas myślę o tym jak nieszczęśliwym człowiekiem był ostatnio. Jednak nie miał prawa zrobić tego co zrobił. To moi rodzice i Bóg dali mu życie...i ich pragnieniem było tylko, aby to życie przeżył uczciwie i do końca. Popełnił straszny grzech i okaleczył moją rodzinę na całe życie, na wszystkie święta, niedzielne obiady, rodzinne spotkania, imieniny, urodziny i rocznice...sprawił że wszyscy mamy smutek w sercach, źle sypiamy, martwimy się o siebie nawzajem bardziej niż jest to konieczne i niewiele rzeczy daje nam teraz powody do radości. Mama straciła cały blask i radość życia. Była pogodną, piękną i zadbaną kobietą teraz jest zgarbioną, smutną i zamkniętą w sobie staruszką. On już nie wróci, ale ja chcę aby wróciła moja mama, radość i uśmiech mojej rodziny. Nienawidzę samobójców. Wiem że to są chorzy ludzie, ale wiem również że nie ma sytuacji bez wyjścia i są dookoła ludzie gotowi w każdej chwili pomóc...mój brat osierocił dwuletnią córeczkę-słodką, śliczną i bezbronną istotkę dla której był całym światem....i on jej ten świat zburzył...na zawsze!!!
Witam. Rozumiem wasze wypowiedzi. Każdego dnia walczę z myślami, chcę umrzeć. W moim życiu się nie układa, nie jestem szczęśliwa, mimo, że mam chłopaka, nie mam w nim wsparcia i nie rozumie tego, że czuję ból i brakuje mi szczęścia. Moje problemy głównie związane są z rodzina, ale on mi nie pomaga, sam doprowadza mnie do rozpaczy swoim zachowaniem, mam mu wiele do zarzucenia i gniewam się ciągle na niego, później kocham. Nie rozumiem siebie ciągle sama w życiu stwarzam sobie problemy, nie potrafię się z niczego cieszyć, ciężko mi zasnąć, bo stale o wszystkim myślę i czuję ogromny ból i pustkę...czegoś mi brakuje..moje życie jest takie bez sensu. Żyję tylko dla moich braci, których bardzo kocham i boję się, że jak już moja rodzina się wyniszczy to ja tylko im zostanę i muszę żyć dla nich, tylko jak taka słaba osoba jak ja da im bezpieczeństwo i ciepło. Kiedy sama sobie nie jestem w stanie pomoc, nie cieszy mnie nic, ciągle uciekam przed czymś, moje wybory życiowe są totalna klapą. Czuję się gorsza od innych, mam dużo kompleksów, obwiniam się za wszystko, szukam też winy w innych, codziennie chcę krzyczeć jak bardzo mi źle, żeby ktoś w końcu to zrozumiał i zmienił moje życie. Mam dopiero 21 lat, a jedyne czego chce to spokoju i szczęścia, mam ogromną nerwicę i depresję, nie korzystam z pomocy specjalistów. Brałam leki ale mi nie pomagały, dalej się smucę i jest mi źle, życie mnie nie cieszy. Potrzebuje wsparcia i pomocy, chcę zmienić swoje życie, ale jestem bezsilna ;( Ania
Proszę o pomoc!
Mam 18 lat, 2 lata temu zmarł mój ojciec, a 1,5 roku temu moja matka nie dałam sobie z tym wszystkim rady. Próbowałam się zabić i w konsekwencji trafiłam do szpitala dziecięcego na oddział psychiatrii i psychoterapii wieku rozwojowego. Byłam tam 1,5 miesiąca i stwierdzono u mnie depresję. Trafiłam do pogotowia opiekuńczego (nie dosłownie ale coś w tym stylu) miałam leki, kontrolę u psychiatry oraz terapię z psychologiem, ale uzyskałam pełnoletność, wróciłam do domu, mieszkam sama bez kontaktu z lekarzem, odstawiłam leki. Przez pierwsze 3 miesiace było okey, czułam, że ich nie potrzebuję ale do czasu od ostatniego miesiąca mam po raz kolejny myśli samobójcze. Jestem sama, nie chcę umierać ale też nie chcę żyć, nie radzę sobie:(
Boję się strasznie tego, że jak się zgłoszę do lekarza, to on mnie skieruje do szpitala psychiatrycznego, a to jest najgorsze co mogło by się zdarzyć jeszcze w moim życiu. Dlatego proszę o pomoc. Co mogę zrobić, aby było dobrze? Ja chcę być szczęśliwa, cieszyć się z tego co mam ;(
Bardzo mało napisałaś o sobie. Napisz co Cię cieszy, jaką muzykę lubisz, jakich masz przyjaciół, szkołę, jaka Ci rodzina pozostała. Przeżyłaś straszną tragedię. W głębi duszy masz prócz chęci śmierci inne pragnienia, pozytywne pragnienia. Napisz nam o tym. Wykrzycz wszystko. Nie lekarzom tylko takim ludziom jak my, którym też jest źle. Może wspólnie sobie pomożemy dając kopa złym myślom o odejściu. Boże...masz dopiero 18 lat. Zaczynam się bać już nie o siebie tylko tak młodych ludzi jak Ty. Pisz, krzycz, ulżyj sobie...Waldek
Ja chyba już umarłem. 10 grudnia powiesił się mój syn. Miał 26 lat. Zostawił żonę, 2 małych dzieci, mnie i swoją matkę, i siostrę. Obwiniam się, że to moja wina, że nie potrafiłem z nim rozmawiać, słuchać, doradzić....Gdybym tak mógł cofnąć czas. To jest nie realne. Obiecałem synkowi, że codziennie przez cały rok będę na cmentarzu mu zapalał światełko, że w każdą niedzielę i w święta, i bez okazji będę w kościele na mszy i za jego duszę będę przyjmował komunię. Mam wszystko. Pieniądze, pracę, dom,....materialnie nic mi nie brak. Są wnuczki, które mnie uwielbiają, a myśli są złe. Chcę iść za moim synkiem. W nim miałem nadzieję. To ja miałem odejść a nie on. Od niego jedna wnuczka ma 4 latka a druga roczek. Widzę na jawie i we śnie jak on wisi, a ja staram się go ratować, chociaż on jest już zimny, staram się oddychać za niego ale z jego płuc wydobywa się tylko charkot. To mój synek.
Planuję ze wszystkimi detalami co zrobię i jak zrobię. Wszystkie moje doczesne sprawy będą zamknięte i uregulowane. Mam czas do 10 grudnia do godziny 21,30 ...no tak mniej więcej. W głowie mam raz pustkę a raz chaos myśli. Chyba nikogo to nie obchodzi co czuję i jak mi źle. Może psychiatra by pomógł ale nie mam czasu na wizyty. Czuję, że nie mogę tego zrobić ale muszę i chcę. Boję się tylko, że moja dusza nie zostanie przyjęta po tym czynie do nieba. Boję się tego czynu. Krzyczę w myślach o pomoc...nikt moich myśli nie słyszy. Chcę się spotkać z synkiem, jak mi go brak, jak strasznie za nim tęsknię. A zresztą...kogo to obchodzi. Waldek
Od kiedy pamiętam, zawsze byłam smutna, z małą przerwą na ostatni rok kiedy to czułam, że mam wszystko, że złapałam Pana Boga za nogi, ale nagle nie wiem dlaczego zostało mi odebrane. Kiedy miałam 16 byłam przez rok z chłopakiem, który bardzo mocno mnie kochał, a ja nie potrafiłam tego uszanować i zostawiłam go bez żadnego powodu. Kiedy po jakimś miesiącu dotarło do mnie co zrobiłam, było już za późno. Próbowałam walczyć, bezskutecznie. Postanowiłam wtedy, że odbiorę sobie życie. Nie myśląc o tym co będzie czuła moja rodzina połknęłam w ciągu 2 godzin 12 opakowań tabletek przeciwbólowych. Kiedy leki zaczęły działać, spanikowałam, trafiłam do szpitala, ale nie psychiatrycznego. Po prostu na oddział dziecięcy na płukanie żołądka. Kolejne 3 lata mojego życia przepełniały mnie poczuciem własnej beznadziejności, nie potrafiłam żyć ze świadomością, ze miałam anioła, i nie potrafiłam tego docenić. Nie dopuszczałam do siebie nikogo, płakałam codziennie, tylko przy innych tego nie okazywałam. Dwa lata temu poznałam chłopaka, jak zwykle nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogłabym coś do niego poczuć, a już tym bardziej on do mnie. Zaprzyjaźniliśmy się, widywaliśmy codziennie ale nie chodziło nam o uczucia. To pierwsza osoba od wielu lat przy której nie wstydziłam się i nie bałam być sobą. Czułam, że w końcu nie muszę niczego udawać. Po pół roku przyjaźni usłyszałam od tego chłopaka, że mu na mnie zależy i wtedy poczułam to samo. Pierwszy raz od tylu lat nie zastanawiałam się jak ta historia się skończy tylko jak wspaniale może się rozwinąć. W końcu znaliśmy się jak łyse konie, zawsze na siebie mogliśmy liczyć. Układało się cudownie. Nigdy nie sądziłam, że można być tak bardzo szczęśliwym. Bardzo się starałam dla tego chłopaka, bo za nic w życiu nie chciałam go stracić. Jednak po 8 miesiącach on okłamał mnie. Bardzo okłamał. Zrobił coś czego prosiłam żeby nie robił. Później bardzo przepraszał, prosił o szanse, i ja dostał. Dostał, bo bardzo go kocham i chciałam żeby było jak kiedyś, jednak nie mogłam zapomnieć o tym co się stało. Znów czułam się niekochana, niechciana, potrzebowałam poczucia bezpieczeństwa. Mój stan psychiczny z dnia na dzień się pogarszał. Chłopak obiecywał, ze ze mną będzie, że mnie nie zostawi samej ale dwa miesiące temu oznajmił mi, że mnie już nie kocha. Po prostu. Zostałam sama. Miałam wszystko i nagle niewiadomo czemu zostało mi to odebrane. Od zawsze moja reakcja na stres jest chudniecie. Przez dwa miesiace schudłam 10kg. Mój były chłopak w ciągu tych dwóch miesięcy gania za dziewczynami, a ja sobie nie radzę z życiem. Byłam u psychiatry i nic. Nic mi nie pomaga to, że się wygadam więc już nawet z najbliższymi nie rozmawiam. Myślę dużo o samobójstwie. Ten chłopak był moim sensem życia, był dla mnie dowodem na to, że może jednak można mnie kochać i akceptować taką jaka jestem ale jak widać nie można. Mam myśli samobójcze, mało tego, listy już są napisane, wszystko co potrzebne też jest już przygotowane i dokładnie przemyślane. Jedyne co mnie wciąż trzyma przy życiu to to jak zareaguje moja rodzina, kiedyś im obiecałam, że będę silna, że dam sobie radę. Oni widzą jak ja cierpię, jak nic mnie nie cieszy, a mnie to straszne boli. Bo oni nie są w stanie mi pomoc choć tak bardzo się starają. Wiem, że samobójstwo to egoizm, wiem, ale co i po takim życiu kiedy cierpię ja i cierpią moi najbliżsi, dlatego, że ja cierpię? Czuje się wypalona. I naprawdę nie jestem ciekawa co mnie w życiu czeka, bo zostałam bardzo zraniona i wiem, że już nikomu nie zaufam, a nie chcę być resztę życia sama.
I to jest właśnie egoistyczne podejście nie myślę co inni.... to oni będą cierpieć i to całe życie!!
Aniu ja mam 22 lata i dwa miesiące temu powiesił się mój narzeczony, więc jestem w odwrotnej sytuacji niż Ty, proszę Cię nie rób tego życie to nie zabawa i nie będzie kolorowo ale takie już jest. Ja jestem po operacji serca i nie jest za dobrze, wielu rzeczy nie mogę robić-nawet mieć dzieci, zarazili mnie żółtaczką w szpitalu i powiesiła się osoba, z którą mieszkałam i dzieliłam życie. Czy też nie powinnam się zabić? A jednak żyję, mam brata 6 letniego- co by mu rodzice powiedzieli? Że po prostu mi na nim nie zależało? Nie chciałam widzieć jak dorasta uczestniczyć w jego życiu? Podałam przykład brata ale każdy ma kogoś takiego w życiu jak mój Marcyś... Dajmy im szansę przywitać się z nami każdego następnego dnia!! Ludzie błagam was ja też wolałabym być w niebie tam jest moja ukochana babcia, narzeczony i nie ma problemów... Ale w życiu nie o to chodzi żeby tchórzyć!!
Tobie Waldku powiem, że odbieranie sobie życia jest grzechem śmiertelnym, nie jesteś chory psychicznie tylko załamany i nigdy- być może nie spotkasz się z synkiem jeżeli pozbawisz się życia! A już na pewno bardziej mu pomożesz modląc się za niego, chodząc do kościoła i przyjmując komunię świętą- to tak jakbyś dokładał kolejną śnieżno- białą różyczkę synowi w drodze do nieba( przynajmniej ja to sobie tak tłumaczę i pomaga mi ta myśl). Weź się w garść i pomyśl o żonie i wnukach będą cierpieć tak jak Ty teraz po stracie synka... jeden pogrzeb w rodzinie to za mało cierpienia??
Proszę piszcie swoje imiona będzie łatwiej. Pozdrawiam i życzę nam wszystkim sił na kolejny dzień życia. Karolina.
Oczywiście Karolinko Twoje słowa nic jeszcze nie przesądziły w mojej sprawie, w moich myślach. Mam jeszcze sporo czasu do podjęcia ostatecznej decyzji ( czytałaś mój post). Twoje słowa są światełkiem w ciemnym tunelu niemocy i żalu. Przeżyłem i przeżywam swój ból. Chcę patrzeć i pomagać moim wnusiom stać się nastolatkami, kobietami...lecz czy mam do tego prawo? Swojemu synowi nie pomogłem, coś przegapiłem, boję się kolejnego błędu. Błąd w biznesie można naprawić a.... Dziękuję za Twoje miłe słowa. Młodzi ludzie są naprawdę ekstra.
Przepraszam. Nie podpisałem się w poście powyżej. Waldek
Mam na imię Kinga. Wiem, że są tu osoby z ważniejszymi problemami niż mój. W końcu jestem nastolatką i większość myśli, że to dla popisu lub zwrócenia na siebie uwagi. Nie. Nie jest tak. Zawsze oszukiwałam się, że jestem osoba silną psychicznie, ale niedawno zrozumiałam, że to było oszustwo. Jestem bezsilna. Nie radzę sobie. Przed rodzicami cały czas stwarzałam pozory, że jestem silna, radzę sobie, szybko zawieram znajomości. Ale to jest tylko zasłona dymna. Chcę odejść. Mam jedną siostrę - Justynę. Najgorsze jest to, że nigdy nie czułam wsparcia u rodziny. A kiedy już byłam bardzo blisko zrealizowania swojego planu samobójstwa nagle otrzymywałam to wsparcie.. Później były inne czynniki. To chciałam zobaczyć swoją wówczas nienarodzoną kuzynkę, chciałam przeżyć swoje ostatnie urodziny. Lub zrobić coś dobrego. Teraz rodzice chcą mnie przepisać do innej szkoły. Wiem, że to nic takiego, ale ja nie radzę sobie z tym. Nie mogę się z tym zmierzyć. To głupi powód, ale zawsze było tak, ze byli rodzice i siostra. Miałam wrażenie, że to mnie brakowało. Jestem tą młodszą siostrą (najmłodszą, bo pierwsza córka rodziców miała jakąś wadę i zmarła zaraz po urodzeniu.) A to te młodsze zawsze gorsze. Nie chciałam, że by stracili jeszcze jedną córkę, ale ostatnio zrozumiałam, że ja właściwie się na nich nie znam. To są obcy dla mnie ludzie. Przeszkodziło mi jeszcze jedno. Przyszywana ciocia składała mi życzenia urodzinowe i powiedziała, że życzmy mi tak dużo szczęścia jak bardzo, bardzo mnie kocha. Nie chciałam jej opuszczać. Wiem, że to głupie że wypisuje tu te rzeczy, ale sama już nie wiem co robić. Ja sobie nie radzę !!
Kiniuś. Tu nie ma ważniejszych problemów niż Twój. Mam na imię Waldek. Przeczytaj kilka postów wyżej. Na miłość Boską nie patrz tylko w siebie. Mój syn pewnie myślał podobnie jak Ty. Stała się tragedia. Chcesz tak samo zrobić? Skarbie. Tobie dopiero na świat. Chcesz pogadać? Szmat życia jest już za mną i znam życie od złych i dobrych stron. Czy wiesz co czuje rodzic, który stracił swoje dziecko?? Jeden raz powiedziałem "kocham cię Tomuś", wszystko było ważniejsze niż własne dziecko, odszedł....Nie rób tego swojej rodzinie i sobie. Pisząc to płaczę. Jest mi źle gdy wspominam swoje dziecko, gdy czytam młodych ludzi piszących o czymś czego nie da się cofnąć.
Jeżeli chcesz Kiniuś pogadać ze zgorzkniałym dziadkiem napisz...Może nawzajem sobie pomożemy. Waldek
paswal1960@interia.eu
Każdy z nas jest ważny razem z jego problemami, każdy z nas jest też inny jeden zniesie prawie wszystko co go spotka i podniesie głowę do góry by żyć dalej, a inny nie ma na to sił. Wiek w tym wypadku nie ma znaczenia- można być młodą doświadczoną przez życie osobą bardziej niż nie jedna osoba w sile wieku... Chciałabym żeby to forum wyróżniało się od innych, żeby łączyła nas chęć uzyskania tu pomocy, wsparcia, siły do życia. Pomagajmy sobie wzajemnie, piszmy co nas boli co czujemy i czy oczekujemy czegoś od siebie zawsze jest jakieś światełko w tunelu i tylko to nam pomoże. Proszę Was na litość Boską nie piszcie, że nie ma już dla Was szansy, że jedyne wyjście to śmierć, bo to podstawowy błąd wyjścia się szuka a śmierć to ucieczka i tchórzostwo.
Kinga trzymaj się może zmiana szkoły to to światełko- poznasz kogoś, pokochasz, może znajdziesz przyjaźń... Powodzenia. Karolina.
Tobie przydałaby się terapia a nie leki. Pomoc innych ludzi.
Waldku dziękuje za te ciepłe słowa pod moim adresem- bardzo dużo mi dały. Pomaga mi to, że mogę choć odrobinkę komuś w podobnej sytuacji pomóc. Moi bliscy nie rozumieją dlaczego udzielam się na tym forum, a ja po prostu czułam, że muszę , nie umiałam im tego wytłumaczyć do dziś, kiedy przeczytałam Twój post. Podobnie jak Ty obwiniam się o śmierć mojego narzeczonego, myślę że mogła bym coś zrobić aby żył. Kiedy jego już nie ma czuję się gorsza przed Bogiem przecież on dał mu życie a ja nie dopilnowałam by je zachował byłam za niego odpowiedzialna przecież. Teraz on nie żyje po części przeze mnie- więc dołożę wszelkich starań i zrobię co w mojej mocy aby pomóc tym, którym jeszcze mogę... Boli mnie tylko to, że sama sobie nie umiem pomóc:(
"lecz czy mam do tego prawo? Swojemu synowi nie pomogłem"- Waldku nie możesz tak myśleć!!! To wcale tak nie działa, ja z Łukaszem- moim narzeczonym jeździłam do psychologów, czekałam przed gabinetem żeby mieć pewność, że tam był po 2 próbie powieszenia byłam cały czas przy nim w szpitalu( mimo, że był w śpiączce), Jeździłam do niego po pracy( pracowałam do22) i na 6 znów do pracy. Nie chciałam zostawiać go samego, robiłam wszystko co kazali lekarze, a jednak spróbował 3 raz niestety skutecznie.... Wiem, że był chory, wiem też że robiłam wszystko co mogłam, ale nadal się obwiniam. Tylko ze to chyba nie w nas Waldku jest problem oni sami nie chcieli lub nie mogli sobie pomóc.
Dla Łukasza zawsze będzie miejsce w moim sercu mimo, że jestem młodą osobą zawsze będę o nim pamiętała i myślała. Waldku spróbuj zrobić to samo, po prostu żyć dalej. Dziś przed snem pomodlę się również za Twojego synka o wieczne zbawienie i za Ciebie o siłę na kolejne dni, pozdrawiam, Karolina.
Dzięki Karolinko. Trudno mi coś wyrokować lecz wiara, marzenia, miłość innych dają mi siły na kolejne dni życia a kolejne dni oraz m.innymi Twoje słowa dają siłę na kolejne dni, tygodnie.
Piszesz "Boli mnie tylko to, że sama sobie nie umiem pomóc". Pomagasz sobie pomagając mnie i innym. Myślę, że ja powoli wychodząc z matni złych myśli (nie ukrywam- dzięki Tobie) też Ci pomagam. Żeby sobie pomóc musimy mieć świadomość, że jesteśmy jeszcze innym potrzebni. Jeżeli dzięki moim słowom jeden tylko człowiek odstąpi od ostatecznego rozwiązania to poczuję jakbym dał kopa w tyłek duszy Tomusia, która poleci do samego nieba przed tron Pana:) Kurde- nawet nie myślałem, że jeszcze potrafię tak ułożyć słowa.
Dobranocka. Waldek
Ja też myślę o samobójstwie. Przygotowuję się. Boję się. Jola
Napisz Jolu co się dzieje, dlaczego. Prawie wszyscy na tym forum jedziemy na tym samym wózku zmierzającym do złych myśli. Może wspólnie uda się nam z niego wysiąść. Pisz i trzymaj się. Waldek
Jeśli ktoś z Was potrzebuje pogadać, to nie krępujcie się. Jestem w stanie poświęcić Wam chociaż cząstkę swojego czasu. :)
zielony_kibic@wp.pl
Odpowiem na każdego maila.
Samobójstwo to nie jedyna droga do rozwiązania problemów jakie nad nami ciążą.
Zdradził mnie chłopak, którego tak kochałam i poza którym nie miałam nikogo innego. Nie jesteśmy ze sobą już 3 miesiąc, a mi wciąż nie przechodzi... Idę ulica i widzę wszystkie chwile, kiedy byliśmy razem. To mnie zabija od środka... Oprócz tego w domu mam nie za ciekawą sytuację. Ciągle kłócę się z matką, zdarza się że nie odzywamy się do siebie kilka miesięcy (najdłużej było pół roku milczenia po prostu koszmar...) Nie mam znajomych, przyjaciół, bo jestem ciągle zaganiana przez zbliżającą się maturę, więc nie mam się komu wyżalić... Mam już tego serdecznie dosyć, nienawidzę tego życia. Zastanawiam się tylko jak byłoby najszybciej i bezboleśnie to skończyć.......
Witam.
Mam na imię Olga mam 34 lata. Moje problemy zaczęły się rok temu.
ciągle płaczę
nie mogę spać
nie mogę jeść
dusi mnie klatka piersiowa
nie wychodzę z domu już dwa miesiące
nie czuję sensu życia i nie chcę żyć, boję się
nie chce rozmawiać, ze znajomymi ,ograniczyłam ich wizyty
nie mam ogólnie ochoty na nic ,straciłam siłę walki
Mój mąż uważa, że jest wszystko dobrze, a Ja wiem, że tak nie jest chcę się zabić.....
Nie chcę się zabić i nie chcę żyć. Nie wiem już co robić. Boję się to zrobić, ale nie mam już sił, wszystko wygląda tak samo, zero nadziei na przyszłość.
Boje się, że to boli. Straciłem prace i nie mogę znaleźć innej. Jeżeli znajdę, to nie będę mógł żyć tak jak kiedyś. Nic już nie wróci. Może to czytasz?. Może. Poznał nas Artur. Odwoziłem go kiedyś do domu. Dawno temu. Właściwie to Ty pierwsza zaproponowałaś spotkanie. Chce, żebyś wiedziała, że żałuje tego, co kiedyś się stało. Tego jak mieszkaliśmy w L., tego jak było w P. W sierpniu byłem pod Twoim domem. Widziałem Jego. Był z Psem, a ja chciałem zobaczyć Cię. Pamiętasz Lotnisko 20.11.2004 w Gdańsku? Pamiętasz co wtedy powiedziałaś? W. byłaś dla mnie wszystkim. Wszystkim, co miałem.
R.
ramzesman@wp.pl