Błędne koło
Błędne koło.
Wstajesz... Nie, to złe słowo, od "budzisz się" do "wstajesz" jest przecież jeszcze całkiem długa droga, prawda? Niekiedy (choć materac, zdawałoby się, taki mięciutki, a pościel tak przyjemnie ciepła) jest to droga bardzo wyboista.
Zatem... budzisz się. Jeśli masz jeszcze to szczęście, że reagujesz na budzik, zamaszystym gestem wyłączasz go. Jeśli nie, zerkasz na zegarek tylko po to, żeby spostrzec, że już jest te kilka minut, kilka kwadransów, ba, kilka godzin nawet za późno. Dziwisz się? Niekoniecznie. Się przyzwyczaiłeś. Zrezygnowany, jak zawsze, grymas bierze górę. Zresztą, jak można wstawać rześko i żwawo, jeśli noc skończyła się nad ranem? I nie, nie po dzikiej imprezie czy ostrej nauce do późna, na to już od dawna nie masz ani energii, ani ochoty, nie, nie. Noc, polegająca głównie na zapętlonych myślach, na rozrzucaniu dookoła łóżka zasmarkanych chusteczek, na zaciskaniu oczu, zaciskaniu zębów i zaciskaniu ramion wokół mokrej i zimnej poduszki. Cóż zatem robisz?
Ano, w scenariuszu jako tako pozytywnym, wstajesz. Och, przepraszam, bo to znowu nie do końca TO słowo, nieprawdaż? Z w l e k a sz się. Zwlekasz się, z trudem, co najmniej tak, jakbyś już o poranku taszczył na plecach wojownika sumo zdyskwalifikowanego za przekroczenie dopuszczalnej wagi i ze dwa czołgi, w bonusie. I w sumie to właściwie nie tylko na plecach. Bo jeszcze bardziej ciąży chyba jednak głowa. A raczej potwory, które sobie w niej wyhodowałeś. Potwory, które karmisz. Które karmisz toksyną. Toksycznymi, ciężkimi myślami, które, zamiast fruwać radośnie gdzieś w okolicach błękitnego nieba, płatków śniegu, Mount Everest tudzież twarzy bliskich nam osób (jak to niegdyś bywało), snują się teraz zaledwie po podłodze (nota bene, podłodze brudnej, bo komuż chce się w takich chwilach troszczyć o codzienność? Ano właśnie.
Oprócz karku i głowy ciąży przecież nawet i głupia dłoń... I to tak ciąży, że wyciśnięcie na szczoteczkę pasty Colgate zakrawa chwilami na życiowy sukces, tak samo jak wyjście po bułki czy też tychże bułek pokrojenie). Właśnie tak. Ale to był scenariusz pozytywny. Bo, uwierz mi (a przynajmniej spróbuj uwierzyć, Panie "Ja-I-Tak-Wiem-Lepiej-Ja-I-Tak-Czuję-Swoje", że naprawdę dobrze jeszcze, gdy mimo wszystko masz się dla kogo zwlec, gdy mimo wszystko masz się do czego ruszyć. Gdy za chwilę usłyszysz czyjekolwiek "Jak się spało?" (choć, owszem, spało się fatalnie), gdy za chwilę porwie Cię wir pracy, wir nauki. (Może nie do końca tej jedynej wymarzonej pracy, może nie do końca tej jedynej wymarzonej nauki, ba, może nie do końca "wir", może nie do końca "porwie", ale j e d n a k. Jednak są płaszczyzny, w których powinieneś funkcjonować, pola bitwy, na których musisz codziennie walczyć). Negatywny scenariusz to bowiem ten, gdy z pościeli się, ot tak, po prostu nie ruszasz. I nie, nie to, że "Dzień dziecka". Nie to, że Weekend Leniwca, że ochoczo chwytasz wtedy za książkę, że fundujesz sobie śniadanie do łóżka, że rozlewasz troszeczkę kakałka, ale przecież wcale Cię to nie stresuje, że dzwonisz po ulubioną pizzę, że wkładasz milutki w dotyku szlafrok, że jesteś panem i władcą swojego dnia, że jesteś panem i władcą swojej samotności, że delektujesz się nią, perwersyjnie tak śmiejesz się Światu w twarz z ustami pełnymi płatków Nestle, mówiąc mu "Ha! Nie ma mnie! Dzisiaj mnie, dla ciebie, Świecie, nie ma! Dzisiaj jestem tylko dla siebie, i cieszę się tym, słyszysz ? I cholernie się z tego cieszę!". Nie, nie, nie. To nie ta bramka. To nie te czasy. Wreszcie, to nie ten Ty, rzecz by się chciało.
Zatem... nie ruszasz się, bo...bo nie. Bo nie ruszasz. Bo nie czujesz potrzeby. Bo nie widzisz sensu. Bo nie ma dla kogo. Bo nie ma dla czego. Bo plany się rozmyły. Bo wspomnienia bolą. Bo rzeczywistość rozpikselowana. Bo "i tak za dużo już czasu straciłem". Bo i tak "nic mi się przecież nie uda". Bo nie warto. Bo nie warto próbować, bo nie warto się starać, bo nie warto się, oj, pod żadnym pozorem nie warto, emocjonalnie się angażować, bo, prędzej czy później, czarna polewka, a potem to już tylko czarna rozpacz i, ewentualnie, czarna dziura, ta w środku. Wyjąca pustką. Paląca niemocą. Vanitas. I cóż. Może wyjdziesz siku. Może wyjdziesz po piwo. Może wyjdziesz, żeby włączyć komputer, żeby sprawdzić pocztę (choć, tak tak, znowu nikt nie napisał). Może nawet wyjdziesz na tę stronę i przeczytasz te moje tu nowicjuszowskie farmazony. Może. Czegokolwiek jednak nie zrobisz, i tak towarzyszyć ci będzie ona. Owa obezwładniająca niechęć. Do siebie, do swojego stanu, do całej tej (cenzura) rzeczywistości. Może minie na chwilkę, gdy roześmiane dziecko przyniesie ze szkoły laurkę, może minie na drugą chwilkę, gdy zaświeci słońce. Ale, właśnie, na chwilkę. Po to, by zaraz znowu zepchnąć Cię w tę, och, jakże typową ostatnio, otchłań. Do czego jednak zmierzam?
Ach tak, tytuł. Błędne koło. Bo zastanawialiście się może kiedyś, o ile ktokolwiek dotarł aż tutaj (moje szczere gratulacje) dlaczego zwrot "błędne koło" nazywa się właśnie tak, jak się nazywa, "b ł ę d n e koło"? Z doświadczenia, małego, owszem, ale jednak, wiem bowiem, że owe koło w istocie jest błędne. Ono jest błędem. Nie rozsuwasz zasłonek w pokoju, bo się nienawidzisz a nienawidzisz się, bo nie rozsuwasz zasłonek w pokoju. Bo prokrastynujesz, nie widząc w niczym sensu, a nie widzisz w niczym sensu, bo wciąż prokrastynujesz. Bo krytykujesz się, nic nie robiąc ze swoim życiem, a nie robisz niczego ze swoim życiem, bo za mocno samego siebie krytykujesz. I wiecie co? Nie chcę sprzedawać tutaj tanich hasełek. Nie chcę rzucać, aż za dobrze wszystkim nam znanymi, kowalami własnego losu, braniami się w garść, "Always look at the bright side of life" i "Och, przecież będzie dobrze", bo ja t e ż nie wyszłam dzisiaj (przedwczoraj, tydzień temu, miesiąc temu) z domu, ja też nie poszłam na wykłady, też nie przebrałam się nawet z piżamy, nie uczesałam włosów, nie wpakowałam do kosza rozkwitających na dywanie chusteczek, jedynych wiernych towarzyszek mojej teraźniejszej niedoli. Siedzę tutaj sobie, brzdąkam na gitarce smętne balladki, głowa pęka od myśli, myśli pękają od nadmiaru goryczy i kompletnie nie wiem, co, i jak, zrobić dalej ze swoim życiem. Nie wiem. Z autopsji wiem natomiast, że moje "dzisiaj" dołoży ciężkawą dosyć cegiełkę do i tak nie za ciekawego "jutro". Wiem też, że za to, czego nie zrobię dzisiaj, będę się jeszcze mocniej nie tolerować za dzień czy miesiąc.
Koło. Błędne koło. Dlatego też, Drogi Czytelniku, Kochana Czytelniczko, skoro już to czytasz, znaczy to, że coś ewidentnie po prostu nie jest w Twoim życiu tak. To może być problem Twój, problem kumpeli, problem chłopaka, problem stary bądź problem całkiem nowy. Nieważne, to naprawdę nieważne. Ważniejsze jest w tym momencie bowiem to, żebyś po przeczytaniu moich tu wypocin, wstał od tego cholernego komputera-przyjaciela i coś zrobił, cokolwiek. Dosłownie co-kol-wiek. I wcale nie mówię tu od razu o odchodzeniu od dręczącego Cię męża, zmianie kierunku studiów, rzucaniu pracy, powrocie do kraju, wyjeździe z kraju, zapisaniu się na kurs japońskiego, pójściu do lekarza czy wynalezieniu szczepionki na nowotwór prostaty. Wstań, zrób przysiad, odetchnij głęboko, sprzątnij chusteczkę, obejrzyj ulubiony film, naucz się choć jednego jedynego nowego słówka z angielskiego. Zrób coś, dla siebie, świadomie. Małe kroczki. Niechaj to będzie pozbawione dawnego entuzjazmu, niechaj będzie z grymasem zrezygnowania, ale podejmij jakikolwiek wysiłek na długiej drodze do swojego nowego "ja". (Albo właściwie, do swojego starego-nowego ja. Bo przecież kiedyś nimi byliśmy, hę? Byliśmy szczęśliwi. Choćby i sto lat temu, choćby i przez durną chwilę, ale byliśmy. Bywaliśmy też energiczni, bywaliśmy uśmiechnięci, zatem...?). Bez tego dzisiejszego kroczku, choć najdrobniejszego, choć pojedynczego, choć bolącego, choć tak paradoksalnie trudnego, jutro znowu spojrzymy sobie w lustro z tym samym "Auć, to z n o w u ja", "Auć, to znowu t e n s a m beznadziejny dzień". Znowu będziemy się zadręczać, oj będziemy, a do ciężaru, i tak już przecież od dawna taszczonego, dojdzie nam jedynie nowiutka cegiełka kolejnego zmarnowanego "wczoraj".
Uff, już zaraz kończę, przepraszam. Ale wiecie co? Mimo że przeżywam najgorszą jesień-zimę mego życia, mimo że wiele już czasu przepłynęło mi przez palce, mimo że się pogubiłam, mimo że mnie odtrącono, mimo że po raz pierwszy aż tak źle mi ze sobą, po prostu mi źle źle źle, że nie mam energii, że zawsze przecież mocno obecna motywacja spadła do poziomów chyba minusowych ...za chwilkę kliknę na "Wyślij historię", potem wstanę, zrobię przysiad, wezmę prysznic, wezmę głęboki oddech i dokończę robić na drutach szalik dla kumpla. Po co?
A po to, żeby jutro po raz setny powojować z marazmem nieśmiało broniąc się słowami "Ale chociaż szalik wczoraj dokończyłam..." i coby za miesiąc, za dwa, za pięć lat, popatrzeć wstecz na ów marny okres w życiu z cieniem gorzkiego uśmiechu, że przynajmniej robić na drutach się z rozpaczy nauczyłam. (Ach, no i jeszcze te chusteczki po drodze do łazienki sprzątnę).
A... Ty?
- Zaloguj się lub utwórz konto aby dodać komentarz







Komentarze
Dziękuję Ci za te słowa. Opisałaś dokładnie to co i mnie spotyka na co dzień. Moje życie to ruina. Może czas i moje chusteczki w końcu sprzątnąć...?
Nie mam słów:)))))) rewelacja, naprawdę znakomity artykuł, tak potrafisz zasypać potokiem słów, że teraz doprawdy wstaję od komputera i nie to żebym narzekała na swoją nieaktywność ale rzeczywiście może lepiej się poruszać niż siedzieć:). Pozdrawiam i gratuluję artykułu.
Świetnie napisane, gratulacje za bardzo ładnie napisaną historię.
Droga Atio,
Na ten portal trafiłam przypadkiem i cieszę się, że znalazłam Twój tekst. Bardzo Ci dziękuję za podzielenie się Twoimi doświadczeniami, ponieważ sama mam bardzo podobne, tak jakbym o sobie czytała. Życzę dużo optymizmu i motywacji do odnalezienia samej siebie :-)
Violu, równie szanowni Anonimowi, to ja Wam dziękuję. Dziękuję Wam za powiększenie odległości między kącikami moich ust! ;)
Odległość ta będzie natomiast jeszcze większa (i jeszcze trwalsza), jeśli komukolwiek choćby i na chwilkę uda się otrząsnąć z wyżej opisanego marazmu. Powodzenia więc!
Tutaj jeszcze raz ja, anonimowa autorka komentarza z wczoraj :-) Ze swojej apatii próbuję wyrywać się każdego dnia na wiele sposobów, niektóre pomagają, czasem jest lepiej, czasem gorzej, ale dobrze jest wiedzieć, że ktoś też codziennie próbuje. Jeśli chciałabyś (ewentualnie, bo oczywiście nie zmuszam) pogadać o czymkolwiek, mój e-mail to bialastokrotka123@poczta.fm. Powodzenia ze wszystkim!
Dziękuję.
Tekst dobrze napisany, dziękuję Ci, że znalazłaś choć tę odrobinę motywacji do podzielenia się nim z nami. Oczywiście, sama prawda i to podana na całkiem ładnym talerzu. Mimo, że opisujesz tak ciężką sprawę, udało mi się odnaleźć w tym jakieś iskierki humoru, taki śmiech przez łzy. Paradoksalnie to mnie podniosło na duchu. Dziękuję
WIĘCEJ! Błagam o więcej! Załóż bloga, stronę, cokolwiek - chcę cię czytać!
IrethTasartir@poczta.fm
Bloga- to za mało książkę napisz.
@ Wszyscy: Heh, dzięki (choć ja po prostu na szybko wyrzuciłam z siebie mój obecny, dziwny, nowy stan. I tyle) :)
@ Olus: Miło mi to słyszeć. (A właściwie czytać). Dziękuję więc i Tobie, się trzymaj!
@ Ireth, Wszyscy: Co do tego bloga, to nie jest to znowu aż taki wyolbrzymiony pomysł, bo widząc, jak wiele przykrych schematów powtarza się u jak dużej liczby anonimowych osób, wpadł mi już jakiś czas temu do głowy pomysł pójścia o krok dalej i założenia pewnego rodzaju forum, gdzie na zasadzie codziennych wpisów moglibyśmy się wymieniać "osiągnięciami" (ewentualnie dzielić niepowodzeniami) i w pewien sposób monitorować próby wydostawania się z prywatnych "błędnych kół". I nie wiem. Z jednej strony trąci mi to takim jakby syndromem grupy wsparcia, podobnym nieco na przykład do tego, jak dla mnie przerysowanego, pomysłu wirtualnych pamiętników odchudzania (dla tych, którzy się z konceptem nie spotkali: gdzie kobietki wpisują i komentują, ile to danego dnia kalorii nie pochłonęły, brzuszków nie zrobiły i basenów nie przepłynęły, a wszystko na drodze do węższej talii czy upragnionego rozmiaru S). Z drugiej jednak, ponoć w "kupie raźniej", no i tu chodzi chyba o coś więcej niż polubienie swojego obwodu w pasie, tu się rozchodzi o długotrwałe polubienie siebie, o polubienie swojego życia i polubienie swojego odbicia w lustrze (nawet tego bez makijażu i w "wymiętych" po nocy włosach), czego Wszystkim tu zaglądającym, na przekór pobudek tego zaglądania, bardzo mocno życzę.
(Dzięki za komentarz, ślę Ci zaraz maila, nota bene, zabawna sprawa, bo myślałam już o tym wcześniej, zauważywszy gdzieś pod innym tekstem topos zagubionych "pięknych dwudziestoletnich" ;-)). Pozdrawiam!
Artykuł świetny!!!
Zastanawiam się co ma robić młodzież chora na depresje. Starsi ludzie, którzy pracują dostają nawet zwolnienia lekarskie, bo są chorzy. A my młodzież, co mamy zrobić, ja nie mam siły chodzić do szkoły, uczyć się. Jestem w 2 klasie technikum. Każdy poranek jest dla mnie tragedią, nie mam siły podnosić się z łóżka. A mam 2 zmianę czasami, nawet na 14 i zanim minie ten czas żeby wyjść do szkoły to ja jestem wykończona. Zapłakana i od płaczu boli mnie głowa.:(:(:(
Nie, no w tej chwili właśnie idę ogarnąć nieszczęsne łózko i siebie z piżamki i lecę pod prysznic :) a dalej się zobaczy... może nawet i po bułki do sklepu pójdę... Dzięki!
Rewelacja.
Jak już założysz jakąś stronę/bloga/forum/grupę wsparcia to dasz znać? elaine@szeptem.pl
Dzięki;]
Jesteś niesamowitą osobą, Atia! Długo tu nie zaglądałam i miałam szczęście, że jestem dziś na stronce z twoją historią i komentarzami - widać, że są także i inni, którzy chcieliby bardzo, byś założyła bloga lub coś zdziałała:) Bardzo, ale to bardzo podnosisz ludzi na duchu, taką masz już osobowość, jesteś "nasza kochana Atia", jesteś po prostu najbardziej realna z nas tutaj:), masz w sobie to coś i czekamy na twoje kolejne kroki - daj znać kiedy i gdzie, to tam zasufujemy:)!!!