- abcdepresja.pl
- Historie Użytkowników
- Poczucie bezsilności i złości
Poczucie bezsilności i złości
Witam,
od dwóch i pół miesiąca jestem mamą. Zawsze chciałam mieć dzieci, więc synek był zaplanowanym dzieckiem, mimo że od 2006r. nie pracuję (zostałam źle potraktowana i zwolniona z pracy). Po tamtych przeżyciach bardzo bałam się iść do pracy, miałam milion powodów, by nie chodzić na rozmowy kwalifikacyjne. Za namową męża byłam na kilku, tak przerażona, że nic z tego nie wyszło. Później przestał nalegać, by mnie nie stresować, a ja coraz bardziej nie miałam ochoty wychodzić z domu. Czułam się brzydka i bezwartościowa (ma dużą nadwagę), dużo spałam w dzień, popadłam w obsesje dbania o dom, o mój bezpieczny świat.
W listopadzie 2008r. poszłam do psychologa, ale on przepisał tylko leki. Dwa miesiąc później poszłam do innego lekarza , zaczęłam terapie, po której trochę się wyciszyłam, ale wciąż bałam się iść do pracy. Wstydziłam się tego, że siedzę w domu i jestem na utrzymaniu męża. W maju 2009r. odstawiłam leki i zaczęliśmy się starać o dziecko. W ciąży przerwałam terapię. W lipcu spóźniał mi się okres, myślałam, że to przez leki na żołądek (jednym ze skutków ubocznych było zaburzenie miesiączkowania), pod koniec miesiąca zrobiłam test, byłam w ciąży, ginekolog potwierdziła 6 tydz. Termin miałam na 23 marca 2010r. Byłam zaskoczona, że tak szybko zaszłam w ciążę, jak każda przyszła mama bałam się tego, co będzie, porodu i tego jak dam sobie radę jako matka. Ciążę znosiłam całkiem dobrze, mimo drobnych dolegliwości, choć czasem żałowałam podjętej wcześniej decyzji o dziecku. W trzecim trymestrze okazało się, że mam cukrzyce ciążową i częściej muszę chodzić do lekarza.
Synek rozwijał się prawidłowo, wg. usg miał być duży, więc miałam się zgłosić wcześniej do szpitala, ale na kilka dni przed terminem przeziębiłam się i do szpitala pojechaliśmy z mężem tydzień po terminie, nie miałam skurczów, moje dziecko nie spieszyło się na świat. W szpitalu przy kolejnym ktg okazało się, że małemu skacze tętno i 3 godz. po przyjęciu jechałam na cc, dla mnie to był szok, tak bardzo chciałam rodzić z mężem. Staś urodził się zdrowy, dostał 10 pkt. ważył 4450 i miał 57 cm. długości. Na sali operacyjnej mi go nie pokazano, dopiero po 2 godz. przynieśli dziecko na chwilę. Położna próbowała go przyłożyć do piersi, ale mały płakał, a ja nie mogłam nawet głowy podnosić po znieczuleniu przez następną dobę. Dwa dni po porodzie dostałam dziecko na salę i miałam sama się nim zajmować. Było mi ciężko, bo synek był duży, a rana na brzuchu bolała. Nie wiedziałam jak go przewijać, karmić, nosić, nie miałam pojęcia jak się nim zajmować, a personel szpitala nie wiele mi pomógł. Kazali go przykładać do piersi, a ja nie miałam pokarmu. Kiedy próbowałam, synek się denerwował, że nic nie leci i dostawał butelkę. Kiedy pojawiły się pierwsze kropelki mleka, byłam szczęśliwa. Niestety po 3 dniach od porodu nie nastąpił nawał pokarmu wciąż było go niewiele, a synek nie chciał ssać piersi (tylko dwa razy udało się na chwilę go przystawić). Po nieudanych próbach poddałam się i zaczęłam go karmić wyłącznie butelką. Teraz mam do siebie o to żal, czuje się gorszą matką, bo nie urodziłam go naturalnie i nie karmię piersią.
Kilka dni po porodzie miałam klasyczne objawy baby blues. Chciało mi się płakać, czułam, że sobie nie radzę przy dziecku, myślałam, żeby go oddać, bo ktoś inny lepiej się nim zajmie. Położna środowiskowa stwierdziła, że sobie radzę, a karmić nie będę, bo tak czasami bywa, że nie ma pokarmu. Po powrocie ze szpitala mama mnie odwiedzała, by pomagać przy dziecku, mąż miał 2 tyg. urlopu, ale ja czułam, że nie daje rady. Bałam się być sama z synkiem, że kiedy zacznie płakać, nie będę wiedzieć co robić. Teraz mniej się boję, wiem kiedy jest głodny, a kiedy śpiący. Czasem nie reaguje na jego płacz i nie mam ochoty się nim zajmować. Zaraz po porodzie nie obudziły się we mnie uczucia macierzyńskie, wciąż powoli odkrywam czym jest macierzyństwo.
Nie czuje się dobrą matką. Chociaż kocham synka, czasami mam ochotę go porzucić, żałuje że go urodziłam. Złoszczę się na niego, bo np. obsikał ubranko, albo ulało mu się na ubranko (często też na mnie) jeszcze zanim się odbiło po jedzeniu. Opieka nad dzieckiem i domem mnie męczy, mało śpię. Często jestem zestresowana i zniechęcona do życia, myślę o samobójstwie. Nie wie jak mąż znosi, moje wybuchy złości i humory. Wiem, że bardzo mnie kocha. Pomaga mi przy dziecku, wspiera, jest dobrym mężem, a ja mam poczucie winy, że go krzywdzę swoim zachowaniem.
Staś jest pogodnym dzieckiem, nie płacze po nocach, powinnam być szczęśliwą matką i żoną, ale nie jestem. Może to moja natura perfekcjonistki, przy malutkim dziecku nic się nie da zaplanować i spokojnie zrobić, a ja lubię, kiedy w domu jest czysto i obiad ugotowany na powrót męża z pracy. Wściekam się kiedy coś mi nie wychodzi. Nienawidzę samej siebie, czuje obrzydzenie do swojego ciała, rozstępów i obwisłego brzucha po ciąży. Kiedyś nie wytrzymam i się zabiję, nie wiem co robić.






Boże co się z Tobą dzieje... jak mi przykro. Wiem co czujesz, bo sama jestem w niezłej depresji. Zaczęłam leczenie już ponownie po kilku letniej przerwie, i pani doktor ostrzegała mnie, że depresja może wrócić po urodzeniu i może mi być ciężko i źle .Nie wróciła po samym urodzeniu mojej córeczki, ale teraz, po 10 m-cach. Tylko tyle, że ja kocham moją malutką bardzo, a siebie nienawidzę za to, że jak mam problemy, to wpadam w deprechę. Nie mogę uwolnić się od strachów, nie sypiam bez leków nasennych, a rano nie wyszłabym spod kołdry, bo się boję. A muszę, bo przecież mała stoi w łóżeczku i się już uśmiecha.
Myślę, iż powinnaś mieć jakąś pomoc, na pewno farmakologiczną i kogoś z kim możesz pogadać; jakąś dobrą duszę, ciepłą osobę. Dobrze, że masz dobrego męża, bo mój nie należy do najlepszych....
I nie odbieraj sobie życia - ja już to zrobiłam i po dwóch dobach odzyskałam przytomność...
Jak będziesz mieć ochotę pogadać to się odezwij:mw1976@poczta.fm
Strasznie mi cię żal, ale ja na przykład w pewnym stopniu chciała bym być na twoim miejscu, pewnie zastanawiasz się dlaczego - zaraz ci to wyjaśnię. Ja właśnie jestem w 40 tyg ciąży i dowiedziałam się parę dni temu, że mój mąż kocha inna i że nie wie, czy chce ze mną być. To pierwsze nasze, długo planowane, maleństwo, bo już raz poroniłam i strasznie się bałam, że znowu stanie się to samo. Teraz, jak już udało mi się donosić tę ciążę i wydawało mi się, że będę szczęśliwą mamą - okazuje się, że on chce mnie i dziecko zostawić.
Całe życie marzyłam o szczęśliwej rodzinie, a teraz wszystko się zawaliło. Piszę ci to dlatego, że może podejdź do swojej sytuacji troszeczkę z innej perspektywy - doceń to co masz, zdrową niunię, kochającego męża - miliony kobiet by chciało być na twoim miejscu.
Piszesz, że nie akceptujesz swojego ciała - ja mało przytyłam, nie mam rozstępów, uważam, że po porodzie bardzo szybko wrócę do swojej figury (a miałam niezłą) i co mi z tego i tak nikt mnie nie chce, jedynie to moje słodkie maleństwo, które pojawi się za kilka dni, może godzin.
Trzymaj się i wiedz, że ja ci zazdroszczę, pozdrawiam.
Nie wiem na ile moja historia Ci pomoże, ale mam nadzieję, że poczujesz, że nie jesteś odosobnionym przypadkiem. Czytam Twoją historię i widzę siebie samą. Przy okazji może ktoś ustosunkuje się do mojej wypowiedzi - będę wdzięczna.
Swoje dziecko urodziłam 2,5 roku temu. Baby blues przerodził się w depresję poporodową, przy czym ewidentne objawy tej depresji wystąpiły u mnie dwa miesiące temu. Podobnie jak Ty czułam się złą matką, niemającą kontaktu z dzieckiem, bałam się swojej córeczki, nie potrafiłam jej szczerze przytulić, w pełni oddać się zabawie i spędzaniu z nią czasu. Wszystko co robiłam robiłam mechanicznie i ogarniał mnie przeraźliwy lęk jak tylko usłyszałam płacz lub marudzenie. Wszystko było nie tak jak sobie wyobrażałam i niestety nadal jest.
Dokładnie tak samo jak Ty oczekiwałam, że świat z dzieckiem będzie piękny, super poukładany, ja będę świetnie zorganizowana, dom w idealnym porządku, obiadek na czas itd. itd. Zderzenie z rzeczywistością okazało się tak bolesne, że pękły w końcu we mnie wszelkie mechanizmy obronne i zareagowałam chyba typowymi dla depresji objawami: paniką, lękami napadowymi, zamknięciem się w sobie oraz cała gamą objawów somatycznych: potliwością, nadmiernym egocentryzmem, nadwrażliwością, drżeniem rąk, mrowieniem skóry, cierpnięciem rąk, karku, trudnościami ze snem itd. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że obarczam się gigantycznym poczuciem winy za to, co się ze mną dzieje.
Jestem w trakcie leczenia, które jednak jeszcze nie przyniosło pożądanych efektów. Wiem, że dwa miesiące to sporo za mało, żeby wyjść z tego stanu, ale każdy kolejny dzień, który przynosi rozczarowanie jeszcze bardziej mnie przygnębia. Chcę jednak walczyć i pewnego dnia zacząć się uśmiechać. Jeśli miałabym Ci coś doradzić, to zgłoś się ponownie do psychiatry, a potem do psychologa i szczerze, otwarcie powiedz co się z Tobą dzieje.
Moja pani psycholog powiedziała mi, że czasami trzeba się po prostu rozsypać, żeby potem uprzątnąć ten cały bałagan nagromadzony przez lata i zacząć budować solidny fundament. I tego się na razie trzymam - nie jest lepiej, bo jeszcze się sypie ze mnie, to czego muszę się definitywnie pozbyć.
Musimy się jakoś wspierać, bo zawsze łatwiej jeśli się wie, że nie jest się jakimś dziwolągiem na siłę wtłoczonym w rolę matki, żony, ale takich osób jest wokół dużo, dużo więcej. I z tym się jakiś czas żyje, jakiś czas walczy i w końcu wygrywa.
Bądźmy w kontakcie - pisz (agnieszka_s2@o2.pl)
Jeśli ktoś przeszedł przez to samo co my, to piszcie i radźcie. Potrzebujemy wsparcia.
Cześć. Dawno tu nie zaglądałam. Jest coraz gorzej ze mną, a rodzina oczekuje, że się pozbieram i będę żyć normalnie. Czuję się bardzo samotna, oni nie chcą mnie zrozumieć. Do lekarza nie pójdę, bo to nic nie da - zrozumiałam, że mi nic już nie pomoże.
Znajdę sposób żeby się skutecznie zabić i skończyć z tym koszmarem.
Dodaj nowy komentarz