- abcdepresja.pl
- Historie Użytkowników
- To jedyne miejsce, w którym mogę się podzielić swoim problemem
To jedyne miejsce, w którym mogę się podzielić swoim problemem
Witam wszystkich - ja również chciałabym opisać tu swoją historię.
Obawiam się, że na świecie nie ma innego miejsca, w którym mogłabym się nią podzielić. Myśli samobójcze pojawiały się u mnie już kilkakrotnie, jednakże dopiero teraz postanowiłam szukać informacji o ewentualnej chorobie. Czytałam objawy, robiłam testy i wynik zawsze był taki sam - depresja. Boję się tego, boję się życia i przyszłości. Nie mam przyjaciół, ale w stosunku do "bliskich" i znajomych udaję osobę pełną chęci do życia, choć moje czyny na to nie wskazują. Do tego bardzo trudno mi rozmawiać o uczuciach, przyjmować czyjąś krytykę lub opowiadać o swoich potrzebach czy mówić o swoich ranach. Praktycznie natychmiast reaguję płaczem. Płaczę też w samotności - niezwykle często. Pamiętam, że robiłam to już wtedy, gdy byłam bardzo mała i spałam w jednym pokoju z rodzicami. Odwracałam się do ściany i łzy płynęły mi po policzkach. Czułam, że nikt mnie nie kocha.
Rodzice nigdy nie byli moimi przyjaciółmi. Ważniejszy dla nich był zawsze mój starszy brat, który nic nie musiał i do 30 roku życia mieszkał z nami w mieszkaniu i nie pracował. Ja od dziecka nigdy nie czułam, aby ktoś w domu chciał, abym była tak po prostu szczęśliwa. To, co dawali lub umożliwiali mi rodzice musiało być praktyczne i czegoś mnie nauczyć. W szkole podstawowej byłam najlepszą uczennicą w klasie, ale rodzice nigdy tego nie doceniali. Co więcej - poniżali mnie przy moich małych koleżankach pytając - "A jak Anka zachowuje się w szkole?", "A czy naprawdę dostała 5 z klasówki, bo aż nie chce się wierzyć" - mimo, że chodzili na wywiadówki, widzieli mój dzienniczek i od wychowawczyni słyszeli same pochlebne słowa (do dziś mam opis mojej osoby napisany przez wychowawczynię w 6 klasie - same dobre słowa - że jestem rzetelna, odpowiedzialna, dobrze się uczę, zachowuję itd.). Nie miałam możliwości rozwijać swoich pasji, ponieważ rodzice uważali je za bezsensowne - moją pasją miała być nauka, do której jakoś w szczególny sposób się nie garnęłam. Zawsze byłam tą beznadziejną, która nic nie potrafi. Nie mogłam się zwierzać swoim rodzicom, bo zawsze słyszałam słowa krytyki i bałam się przyznawać do błędów - zresztą i tak zawsze wszystko było moją winą - nawet najmniejsza pierdoła nie mogła pozostać bez gorzkiego odzewu.
W gimnazjum klasa, jak i młoda wychowawczyni, bardzo mnie nie lubili - byłam inna. Były to trzy lata, w trakcie których nauczyłam się, że jestem niczym i na nic nie zasługuję. Zaczęłam wagarować. Samotnie. Zwykle jeździłam sama autobusami lub szłam gdzieś daleko za miasto, aby rozmyślać i płakać. Oczywiście opuściłam się w nauce i słyszałam pod swoim adresem jeszcze gorsze epitety - że jestem nic niewarta i na nic nie zasługuję, że z pewnością nie skończę gimnazjum - mimo, że ocen nie miałam tragicznie złych - żadnych zagrożeń ani dwój.
Następne było liceum. Klasę miałam trochę lepszą, ale odstawałam od nich. Była to klasa wyłącznie żeńska - pełna różowych, umalowanych panienek - ideałów. Ja taka nie byłam. Nie widziałam jak się ubrać, nie stać mnie zresztą ani na markowe ubrania, ani na makijaż. Do tego te straszne problemy z cerą. Mimo, że dziewczyny mnie nie gnębiły, to też ja nie miałam odwagi, aby się z nimi zaprzyjaźnić. Wciąż byłam samotna, a wieczory spędzałam sama w domu. Nie miałam z kim porozmawiać mimo, że tak strasznie chciałam. Znowu słyszałam w domu, że jestem nikim i nie skończę liceum, bo mnie wyrzucą. Mimo średnich ocen na świadectwie miałam trzecią najlepiej napisaną maturę w całej szkole - zresztą bardzo dużo czasu spędziłam na nauce.
Faktem wartym odnotowania jest moja licealna miłość. Tak, miałam chłopaka przez 2 lata. Kochałam go, ale zbyt użalałam się nad sobą, aby z nim być. Nigdy też się przed nim nie otworzyłam, bo byłam pewna, że jeśli pozna moje prawdziwe podejście do życia, to zostanę sama. Udawałam więc, że jest dobrze, ale pewnego dnia nie wytrzymałam i zerwałam z nim. Przeżyłam to bardzo mocno - bardzo schudłam, sporo łez wypłakałam - myślałam, że to koniec mojego życia, ale udźwignęłam to wszystko i skupiłam na maturze. Nie sądzę, abym usłyszała jeszcze od kogoś słowo kocham.
Zresztą jestem brzydka, zamknięta w sobie i nie zasługuję na to, aby mieć kogokolwiek. Mam straszny trądzik a jeszcze żeby tego było mało - natrętnie wszystko na twarzy rozdrapuję. Myślę, że to jakieś uzależnienie. Dodatkowo tyję, bo kiedy jestem smutna uwielbiam się objadać. Jak świnia. Rodzice nigdy nie chcieli mi pomóc. Dwa razy dzięki swojemu uporowi poszłam do państwowego dermatologa. Nigdy nawet nie wykupili mi wszystkich leków - zawsze tylko z listy to, co jest najtańsze (np. maść cynkową + tonik, a antybiotyków i kremów już nie). Na prośbę o wizytę u kosmetyczki moja mama parska śmiechem, jakbym co najmniej chciała zafundować sobie coś królewskiego, za to czasami mówi, że "straszę wyglądem" albo "wyglądam paskudnie". A rodziców stać - sobie wszystko fundują, kupili w salonie samochód, dokładają pieniądze bratu, zresztą ogólnie żyjemy na poziomie.
W te wakacje postanowiłam pójść do pracy. Było mi bardzo ciężko, bo patrząc na siebie, nie chce mi się wychodzić z domu. Zarabiałam naprawdę mało, ale cieszyłam się z każdego grosika. Zaczęłam używać kosmetyków i leków na moją cerę. Wygląd bardzo się poprawił, zaczęłam mieć powodzenie u chłopców i troszkę dodałam sobie siły (ale nie chcę wchodzić w związek, bo boję się, że skończy się jak poprzedni). W pracy byłam bardzo wykorzystywana przez innych. Często płakałam. Nie radziłam sobie z tym. Po trzech miesiącach skończyła mi się umowa, jak i pieniądze na leki i kosmetyki. Wróciłam do punktu wyjścia i znowu boję się spotkać z ludźmi. Większość czasu spędzam przed komputerem. Odzywają się do mnie czasami starzy znajomi. Niektórzy z nich dostrzegają, jakie miałam/mam problemy i że oni przechodzili/przchodzą to samo.
Od innych słyszę, że jestem ładna i mam TYLKO trądzik, do tego inna niż wszystkie, inteligentna, spontaniczna i miła dziewczyna. Jeśli tylko ktoś mnie chwali to natychmiast wybucham płaczem. I tak nie czuję się silna. Pamiętam jak dziś, gdy jako dziecko straciłam przyjaciółkę (postanowiła zacząć zadawać się z normalnymi maluchami) i na odchodne powiedziała, że jestem brzydka... Dostałam się na studia dzienne do Krakowa - to 90 km od mojego miejsca zamieszkania. Myślałam, że wreszcie będzie to okres, w którym coś w moim życiu się zmieni. Wyjadę z tego chorego domu - pełnego konfliktów między wszystkimi i zacznę coś nowego, swojego, wśród osób o podobnej pasji. Rodzice jednak nie chcą puścić mnie na studia. Ciągle słyszę, że i tak ich nie skończę, więc to wyrzucenie pieniędzy w błoto. Zostały już tylko 2 tygodnie, a ja jeszcze nie mam mieszkania i rodzice mówią, że nie dostanę na nie pieniędzy, bo zrobię tam "melinę" (!) (dodam, że nigdy nie piłam alkoholu, nie paliłam papierosów, nie chodziłam na imprezy - byłam samotnikiem). Chciałam wynająć pokój w mieszkaniu studenckim, ale im bliżej rozpoczęcia roku akademickiego tym bardziej widzę, że nie ma szans, abym mogła pójść na studia. Rodzice mówią, że nie są mi one potrzebne, zresztą i tak wszystko "prze********"... I jak już się tak upieram, to mogę dojeżdżać, ale na dojazdy nie dostanę ani grosza, więc muszę iść do pracy (nie wiem jak... nie mam pomysłu).
Pewna jest jedna rzecz - jeśli zostanę w tym domu jeszcze dłużej to skończę ze sobą. Nie chcę obiecywać sobie "jeszcze rok i będzie lepiej" - to już zbyt długo trwa... Nie radzę sobie ze sobą i ze wszystkimi problemami. Szukam pomocy, ale nie wiem nawet gdzie mogłabym ją znaleźć. Jeśli mi się to nie uda... Boję się siebie, swoich myśli i czynów. Naprawdę, jestem pewna, że nikomu na całym świecie nie zależy na tym, abym żyła. Czasami chciałabym umrzeć, żeby zrobić im na złość. Zostawić list, w którym napisałabym, że ich kocham tylko za to, że byli moimi rodzicami, a nie za to jakimi byli rodzicami. Dać im nauczkę, że zniszczyli mi już 20 lat życia, a nie wiem ile jeszcze by zniszczyli. A jeśli przetrzymam to wszystko? Jaką będę matką? Może będę zachowywać się identycznie jak oni. Wolałabym wcale nie żyć, gdybym miała komuś sprawić tyle cierpienia. Czuję, że umieram za życia. To coś okropnego :(








przeczytalem fragment twojej histori jest to niemal klasyczny sposob niszczenia dziecka przez wlasnych rodzicow czyz nie wiedza ze szacunek rodzicow jest konieczny do prawidlowego zycia dziecka a rozpoznanie i rozwuj w dziecku zamilowan to ich powinnosc
witam.może chciałabys sie ze mna skontaktowac?mam na imię Karolina.np.na gg-2624545
kochana, musisz sie wyrwać z tego domu koniecznie. Jak sie chce to wszystko można, znam takie przypadki osob z trudnych rodzin, ktore własnie po odejsciu z patologicznego domu odkryły ile mają w sobie siły i woli walki. Ty ją masz, widze to od razu. Mam nadzieje, ze udało Ci sie wyjechac na te studia, a jezeli jednak nie, to i tak wyjedz do innego miasta, zarób a na studia pojdziesz jak odłozysz na mieszkanie i opłaty. Albo poszukaj pomocy u kogos. Zawsze jest jakies wyjscie, pamietaj! musisz tylko dobrze poszukac i być odważna. Wiem co mówie, u mnie w rodzinie tez całe życie było bardzo źle a skutki tego odczuwam każdego dnia, w każdej relacji.... ale staram się walczyć chociaż czasem upadam... Walcz o siebie, o swoje życie, bo warto...jesteś wspaniałą osobą, pozdrawiam gorąco
Czytając to co napisałaś, nie mogłem uwierzyć że to czytam. Nie doświadczyłem wszystkiego co opisałaś, ale z pewnością większość zdarzeń dotyczy mnie do dzisiejszego dnia i doskonale Cię rozumiem. Bardzo mi zależy żeby z tobą porozmawiać. GG 7750484. Kamil
Ja jestem po 2 próbach samobójczych i teraz wiem, że nie warto tego robić. Podaję mój numer gg 11706918.
Dodaj nowy komentarz