- abcdepresja.pl
- Historie Użytkowników
- W posukiwaniu samodzielnego rozwiązania
W posukiwaniu samodzielnego rozwiązania
Jestem młoda, ale tylko ciałem. Mój umysł i przeżycia świadczą o zupełnie czym innym. Moje życie towarzyskie składa się z odpowiedzialnych spotkań ze starszymi ode mnie osobami, które traktują mnie na równi ze sobą. Nie pijam z nimi alkoholu, nie palę i jestem w miarę normalną nastolatką. Zacznę od tego, że od jakichś 8 lat rejestrowałam się dosłownie na każdej możliwej stronce społecznościowej w Internecie.
Pisałam z różnymi osobami, po czym zrywałam z nimi wszelki kontakt lub po prostu zapominałam o ich istnieniu. Traktowani jako pewien rodzaj automatu do rozmów nie dowiedzieli się o mnie zbyt wiele. Na jednej z tych stronek poznałam [później] swojego "chłopaka". Był z innego miasta, w tym samym wieku i mieliśmy podobne zainteresowania. Ideał. Wymieniliśmy się numerami gadu-gadu i tak przez ponad miesiąc rozmawialiśmy, praktycznie o niczym. Nie wiem co wtedy sobie wyobrażałam, co o nim myślałam, jak widziałam przyszłość. Nagle dostałam olśnienie. To znaczy przyjrzałam się sobie i swojemu zachowaniu. Powiedziałam sobie wprost, że jestem głupią egoistką zabierając temu biednemu chłopakowi czas, który mógłby przeznaczyć na coś ciekawszego lub przynajmniej na godną siebie połówkę. Po czym "zerwałam" z nim.
Nie jestem pewna czy mnie dobrze zrozumiał. Moje intencje i pretensje do samej siebie. Żyję już z tą niepewnością ponad 3 lata i boję się tak często zahaczać o ten temat, ponieważ wiem, że może on sprawiać ból. Nie mogę mu powiedzieć, że go kocham, ponieważ byłaby to nie prawda. Kocham kogoś zupełnie innego [owiedziałam mu to, lecz od razu uprzedziłam go przed moją gigantycznie zaniżoną samooceną, dając mu wolną rękę- olać mnie (wiadomo, nauka) albo jednak znaleźć dla mnie czas poza pisaniem na gadu-gadu], a do niego czuję coś w połączeniu zauroczenia z podziwem. Rok po "uwolnieniu" go ode mnie dowiedziałam się, że pojawi się w moim mieście i doszło do wielkiego starcia. Serce bardzo chciało mnie przekonać do tego, żeby się z nim wreszcie zobaczyć, ale rozum uświadamiał mnie o mojej beznadziejności. Można się domyślić, że to drugie wygrało. Starałam się w miarę jak najczęściej się z nim kontaktować, ale stał się niedostępny. W swoim mieście trafił [wg mnie] na nie odpowiednich kolegów i często robią imprezy [na szczęście nie pije z nimi nic mocniejszego, tylko pije piwo, ale fajki wodne też są] przez co trudno z nim rozmawiać na ciekawy temat. Ostatnio jednak udało mi się z nim dogadać, dzięki czemu on mnie poznał ze swoim przyjacielem, a ja ze swoją koleżanką z klasy i w tę sobotę przyjechali nas odwiedzić.
Pierwszy raz go zobaczyłam i jeszcze bardziej nie mogłam sobie wybaczyć. Stał się tajemniczy, mściwy i żądny zagłady nad światem. Jakimś cudem jestem "blisko niego" [w tym znaczeniu, że po prostu chyba już zrozumiał, że może na mnie zawsze liczyć, zaufać mi i polegać na mnie] i dzięki temu jest szansa na kolejne spotkanie z taką samą grupą jak ostatnio [czyt. w tę sobotę]. Wtedy nie przyjechali oficjalnie. Rodzice nie zgodzili się na takie długie podróże. Zrobiłam parę zdjęć [w każdej możliwej chwili wpatruję się w nie i płaczę] i jego kolega dodał jedno do znanego portalu społecznościowego i przez niego miał problemy w domu. Rodzice zobaczyli je. Jakoś przekonał ich, że to jednak fotomontaż, ale przez nerwy ucierpiało jego zdrowie. Uspokoił się, ale po dwóch dniach nadal widać skutki uboczne-odkaszliwanie krwią. Przez swoich znajomych skaleczył się, ale to mniej istotne. Jest mi bardzo źle z tą świadomością, że mogłam zniszczyć idealnego chłopaka i jego niesamowite życie. Czuję się mało wartościową i niepotrzebną osobą. Myślę, że odebranie sobie życia byłoby najlepszym rozwiązaniem moich problemów, gdyby jednak tak było, już dawno bym to zrobiła. Przez to wciąż cierpię i mam wrażenie jakbym innych również udręczała.
Myślałam nad sposobem jakby to "zakończyć", ale na każdą opcję znajdywałam gorszą stronę. Metody były w miarę wykonalne. Np. przez powieszenie-po nieudanej próbie zostałby tylko ślad na szyi i żal do siebie; po zjedzeniu dużej ilości różnego rodzaju tabletek mogłabym tylko się zatruć i przepisano by mi inne na odtrucie; przez utopienie się zmarnowałabym ubrania, w których mógłby chodzić ktoś inny, a po strzale z pistoletu czy innego rodzaju broni zostałby tylko bałagan i nic nie warte organy, które można by było przeszczepić chorym. Zostaje mi tylko czekać na [nie] szczęśliwy wypadek lub zwykłe zrządzenie losu. Czy jednak istnieje najodpowiedniejsze wyjście z tej sytuacji? Czy mogłabym osobiście rozwiązać te problemy?







Dodaj nowy komentarz