- abcdepresja.pl
- Historie Użytkowników
- Zawsze jest mała nadzieja
Zawsze jest mała nadzieja
Postanowiłam napisać. Pewnie dlatego, że jak zwykle szukam usprawiedliwienia. I to, że nie potrafię „wziąć się w garść” i cieszyć się życiem nie jest moją winą. Żałosne? A jakże…
Mam blizny na obu rękach, wiadomo w którym miejscu. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że żyły podcina się wzdłuż a nie w poprzek. Mają już…zaraz…10 lat. Chyba powinnam obchodzić jubileusz mojej próby samobójczej. Ale się nie udało. Choć, może by się udało, gdybym nie stchórzyła. Dlaczego to zrobiłam? Nie wiem. Chyba ze strachu. Bałam się tego, co mnie czeka w przyszłości. Nadal się tak bardzo boję. A może to było „dorastanie”? szczerze mówiąc (pisząc?), ja nawet tamtego okresu dobrze nie pamiętam.
Spałam, płakałam, kryłam się przed rodzicami i tak w kółko. Często sama się zastanawiam, o co mi chodziło. Czy o to, że mój ojciec pił? Ale przecież go kochałam. Było mi przykro, że nie potrafię mu pomóc. Było mi przykro, że mamy mało pieniędzy, bo pracował tylko mój ojciec. Było mi przykro, że rodzice obrzucają się błotem, że mama wymaga od taty by więcej zarabiał, by nie pił, a on się starał…ale nie dawał rady. Od dziecka tak bardzo chciałam mu pomóc, ale nie potrafiłam. Tyle razy słyszałam, jak rodzice się kłócili. Jak ona kazała mu przysięgać, że więcej nie będzie pić, że nie będzie zabierał pieniędzy, a on przysięgał…tak bardzo było mi żal. Ale czy nie lepiej byłoby, gdybym go nienawidziła? W końcu to on zabierał mi te drobne, które dostawałam od rodziny. A ja zawsze go kryłam. Może wydawało mi się, że wtedy nie będzie wojny w domu? Ale przecież to i tak nie działało. Zdaje się, że moim rodzicom przypadał całkiem spora rola w tym opisie.
Były jeszcze długi. Jak miałam trochę ponad 10 lat po raz pierwszy pojawił się człowiek, który twierdził, że mój ojciec go oszukał. Tata się nie przyznawał. Płakał. Nie wracał do domu. W końcu babcia z dziadkiem zapłacili… Nie byliśmy bogaci, więc gdy mojej mamie nadarzyła się okazja, by wyjechać za granicę na słynne truskawki, od razu się zgodziła. Podczas jej nieobecności zamieszkała z nami moja babcia. Rzekomo po to, by pilnowała ojca i rachunków. Głupota. Babcia była tak łagodna i tak kochała swojego syna, że nigdy nie widziała by popełnił coś złego. Wierzyła we wszystko co mówił. W rezultacie babcia pomieszkała trochę z nami, a potem wróciła do swojego mieszkania i do nas czasem „wpadała”. A tymczasem tata przestał płacić rachunki. Najpierw odcięli nam telefon, więc w rezultacie mama przebywająca wówczas za granicą nie miała z nami żadnego kontaktu. A długi narastały. W końcu gdy mama wróciła, miała „mnóstwo spraw do załatwienia” – to znaczy mnóstwo pieniędzy do wydania na zaległe należności. Kłócili, wyzywali, godzili. Pojawił się nawet nowy wątek!
Otóż moja mama wyjechawszy do Hiszpanii zaznała lepszego życia, a z nim nowego mężczyzny, o czym nie omieszkała poinformować swojej rodziny. Ja nie wiem, czy ona dumna była z tego czy co? Czy uważała, że upolowanie lepszej partii jest czymś chwalebnym? Odkąd pamiętam, przed swoimi rodzicami i siostrami opowiadała, jaki to jej mąż jest niezaradny i jaka to ona jest biedna. Pociechą jest tylko A., która świetnie się uczy. Ale nie było nowego męża, o nie, została przy starym. Rzekomo ze względu na mnie. Ciekawe, po jaką cholerę?
W końcu mama znowu wyjechała. Ojciec znowu obiecał, że „już nie będzie”. Nie wiem, czy inni uwierzyli, czy wygodniej im było tak myśleć. W tym czasie udało mi się wreszcie skończyć gimnazjum i ku mojej wielkiej radości, dostałam się do świetnego liceum w W. Jak się później okazało, zbyt świetnego dla mnie. Musiałam dojeżdżać do szkoły. I chyba duże miasto, nowa szkoła – to było dla mnie za dużo. Była przerażona. Bałam się odezwać, poruszyć, miałam wrażenie, że wszyscy na mnie patrzą, oceniają, wyśmiewają. Źle się czułam wśród nowego towarzystwa. Odkąd pamiętam, byłam chorobliwie nieśmiała i czułam się gorsza od WSZYSTKICH. Tam byli ludzie z dobrych, zamożnych domów. A ja…chciałam po prostu zniknąć. I zniknęłam.
Przestałam chodzić do tej szkoły. Ale oczywiście w domu dzielnie udawałam, że wszystko jest ok. ojciec nie zauważył, bo w czasie, gdy ja powinnam być w szkole, on był w pracy. Przeze mnie ojciec sprzedał nasz dom i kupił mieszkanie w W. Od dobrych kilku lat rodzice mówili o przeprowadzce, a gdy zaczęłam chodzić do szkoły w innym mieście, wszystko stało się tak szybko. Ojciec chciał pokazać całemu światu, że nie jest nieudacznikiem, za którego, jak mniemał, wszyscy go uważają. Chciał udowodnić, że potrafi dokonać korzystnej transakcji. I sprzedał, gdy tylko nadarzyła się okazja. A potem przyszedł list od nauczycieli ze szkoły, do której postanowiłam sobie nie chodzić. Ojciec pierwszy raz w życiu na mnie nawrzeszczał. Nigdy się tak nie bałam. Mama krzyczała na mnie na okrągło ( a ja na nią…), ale on – nigdy.
Gdy byłam mała byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Upił się, nie odzywał do mnie. A ja chciałam tylko jednego - umrzeć. Prosiłam Boga, by czas się zatrzymał, by nie nadszedł kolejny dzień, tak bardzo nie chciałam wiedzieć, co przyniesie. W końcu jakoś porozmawialiśmy. Byłam z nim w tej szkole, do której nie chodziła. Wcisnęłam im jakąś bajeczkę, że „to nie jest to co chcę robić w życiu”, a oni albo łyknęli, albo chcieli pozbyć się uczennicy psującej renomę szkoły. W każdym razie, udało się załatwić mi inna szkołę. Cały czas wiedziałam, że nie ma mowy, bym do niej poszła, ale dzielnie rozmawiałam z pedagogami, mówiłam im, to co chcą usłyszeć i wszystko było pięknie. Ja naprawdę nie wiem, czy ludzie są tak durni, czy po prostu jest im wygodniej pewnych rzeczy nie dostrzegać? I odstawiałam szopkę od początku.
Udawałam, że idę do szkoły, choć wtedy stało się to już trudniejsze, bo ojciec już mi tak nie wierzyła jak dawniej. A ja wyznaczyłam sobie datę mojej śmierci. Schowałam się tak, że nie mogli mnie znaleźć, znowu próbowałam podciąć żyły? I co? Nie mogłam. Wróciłam do domu. Potem ojciec mnie już o nic nie pytał. Chyba chciał mi pomóc, a ja tylko byłam zła na siebie, że nie miałam wystarczająco dużo siły, by się wykończyć. W końcu wróciła moja mama i nadszedł czas przeprowadzki. Nie chodziłam do szkoły. Ojciec mnie krył. I jednocześnie pił coraz więcej. To wszystko go przerosło. Przed przeprowadzką była mowa o tym, że zmieni pracę. Akurat, za bardzo się bał ośmieszenia, nigdy by tego nie zrobił. Wiedziałam to, czułam, jak bardzo jest sfrustrowany, widziałam w jego oczach to, co było…w moich. Nie mieliśmy pieniędzy, bo nic nam nie dał. Nie mogę zapomnieć, jak usłyszałam, że mama płacze w kuchni, bo chciała zrobić obiad, ale nie było z czego. Zniknął na parę dni, potem wrócił potłuczony, brudny. I zrobił to.
Powiesił się gdzieś w lasku sosnowym w miasteczku, z którego się wyprowadziliśmy. A co się potem okazało? Że zostawił mnie i mamie parę tysięcy długów w bankach. A ja nie potrafiłam, nie umiem być zła na niego, nie mogę przestać myśleć o tym, jak nieszczęśliwym człowiekiem był, jak życie go złamało. Mam wrażenie, że nic dobrego go nigdy nie spotkało i mam pretensje do siebie, że nigdy nie zrobiłam nic, by mu ulżyć. Przecież byłam jego córeczką. Córeczką obojga rodziców, z której byli dumni, a która ich zawiodła bo się „bała”. To małe dzieci boją się ciemności, ja nie powinnam. NIE WOLNO MI BYŁO. Nie wolno. A moja mam, na którą spadły te wszystkie długi. Nie miała nikogo, do kogo mogłaby się zwrócić. I jeszcze ja. W końcu się dowiedziała, że sobie porzuciłam szkołę. Dowiedziała się moja cała rodzina. Mama płakała, ja płakałam. Nie chcę tego pamiętać. W końcu stanęło na tym, że mama znowu wyjedzie za granicę. Musiałyśmy mieć pieniądze na spłatę długów. Ale wiem też, że mama wyjechała, bo chciała uciec od tego wszystkiego. I ja naprawdę wcale jej za to nie winię. Może czasem… a co ze mną?
W końcu zaczęłam na nowo chodzić do szkoły. Ale co śmieszne, wróciłam do miasteczka, z którego się wyprowadziłam. Zamieszkałam z babcią w kawalerce. Wydawało mi się, że tak będzie najlepiej. W końcu tam byli ludzie, których znałam. Może nawet przyjaciele? Jakoś wzięłam się w garść. Nie chciałam, by ktokolwiek miał ze mną kłopoty. Ale jednocześnie…chciałam by ktoś zwrócił na mnie uwagę. W szkole zdarzało mi się płakać. Klasa uważała, że jestem dziwna, trudno mi było się zaprzyjaźnić. Ale to ok. tak zawsze było. Związki międzyludzkie nigdy nie były moja mocną stroną. Ale była jeszcze babcia. 2 lata wcześniej straciła męża. Potem swojego ukochanego syna. I to chyba było dla niej za dużo. Wydaje mi się, że cieszyła się z tego, że z nią mieszkam. Nie mogła uwierzyć, że jej syn popełnił samobójstwo. Po jakimś czasie zaczęła rozmawiać, jak jej się wydawało z nimi. Ale to nic. W końcu to zrozumiałe. Byłam zła na siebie, że nie potrafię bardziej jej pomóc. Z biegiem czasu babcia zaczęła uważać, że jej syn i mąż żyją ale gdzieś odeszli i czasem jak, ja odwiedzam to mnie pyta gdzie jest tata i czy z nami mieszka. W końcu wszystko się wyprostowało.
Wróciłam do dużego miasta, studiuję. Mama nadal często wyjeżdża. Udało nam się wyjść z długów i powodzi nam się o wiele lepiej niż kiedyś. Za 2 lata kończę studia. I co? Boję się. Nie chcę żyć. Przecież powinien być happy end. A ja nie wierzę, że w życiu czeka mnie coś dobrego, że coś osiągnę. Nigdy nikogo nie miałam. Przyjaciół nam niewielu. A może już nie mam ich wcale? Tak bardzo staram się żyć, by nikomu nie przeszkadzać. Każdego dnia martwię się, co będzie dalej. Nie lubię na siebie patrzeć. Mam wrażenie, że NIE WOLNO mi dobrze o sobie myśleć, że tak nie powinno być, to zarozumiałe. W końcu jestem tylko gruba, obrzydliwą głupią świnią,. Gdy tak o sobie myślę, to w jakiś sposób nawet sprawia mi to satysfakcję. Bo wtedy odnoszę wrażenie, że robię tak, jak być powinno. Gdyby nie to, że boję się, że skrzywdzę mamę, że kiedyś będzie sama i biedna, to znowu próbowałabym się zabić. Chciałbym tak jak koleżanki z roku umawiać się z chłopakami, plotkować o tym, czy o tamtym. Ale nie potrafię. I sama nie wiem, czy nie umiem, czy nie chcę. Czasem wydaje mi się, że nie potrzebuję ludzi wokół mnie, że tylko mam złudne wrażenie pragnienia posiadania życia takiego jak inni. Nie lubię siebie. Czuje do siebie obrzydzenie, gdy krzyczę na mamę z byle powodu. Wszystko mnie drażni. Coraz trudniej mi pohamować złość. Nie chcę taka być. A jednak szczekam i kąsam. Powinnam sie opanować. Przecież wszystko jest dobrze. Czy liczę na to, że po napisaniu tego tasiemca, którego prawdopodobnie nikt nie przeczyta będzie mi lepiej? Jasne, że nie. Ale zawsze jest mała…nadzieja…








Idąc z nadzieją, dojdzie Pani do celu... Jaki on będzie, zależy od Pani. Nigdy nie jest za późno, żeby zmienić swoje życie, myślenie i naprawić coś. Wszystko zależy od Pani, Pani życie jest w Pani rękach.
Pozdrawiam
Dziewczyno nie obwiniaj się za cale zło tego świata. Dałaś radę, jesteś silna, gdybyś nie była to dawno''by cię nie było''. Powinnaś być z siebie dumna. Dasz radę i wszystko będzie dobrze. Pozdrawiam
Przeczyta i to wielu ludzi. Jesteś silna i bądź nadal. Zacznij żyć własnym życiem i ciesz się że jesteś zdrowa!
Moja biedna dziewczynko:) Choć jesteś już metrykalnie dorosła, tak naprawdę jesteś małą dziewczynką, bo przecież nie miałaś prawdziwego dzieciństwa, przeszłaś piekło i naprawdę możesz być z siebie dumna, nieważne, że próbowałaś czy chciałaś popełnić samobójstwo, nie zrobiłaś tego, kształcisz się, a więc gdzieś tam wewnątrz wierzysz, że może być lepiej, że jednak to wszystko ma jakiś sens. Bardzo cię rozumiem, bo też jestem dzieckiem z rodziny dysfunkcyjnej, choć metrykalnie dzieckiem przestałam być bardzo dawno. Mogłabym być twoją mamą ze względu na wiek, ale koleżanką ze względu na mentalność:)
Nie jestem w stanie napisać ci nic, co by ci pomogło, bo na rozum to ty wszystko wiesz, ale wewnątrz jest inaczej, niż byś chciała. Mogę zasugerować ci tylko jedną rzecz, o której jestem przekonana, że ci pomoże, bo sama przez to przeszłam-to psychoterapia. Jest specjalna, nazywa się terapią dla DDA-to dorosłe dziecko alkoholika, jeśli sama nie jesteś uzależniona, to nie czekaj, tylko startuj z tym z mety. Jeśli masz problem z nadużywaniem alkoholu (jak większość dzieci alkoholików i ja m.in.) najpierw czekałaby cię terapia dla osób uzależnionych od alkoholu, ja zrobiłam taką terapię, trwało to 2 lata, choć było momentami ciężko, bolało jak diabli, była to najlepsza nauka jaką pobierałam w życiu. Żałuje, że nie mogę chodzić na dda, bo mieszkam za granicą ale tobie gorąco to doradzam. Przynależność do grupy, poczucie, że nie jesteś jakimś dziwadłem, bo otaczają cię ludzie mający takie same problemy. Naprawdę pomaga, to taka grupa wsparcia, jakiej nikt nie zastąpi, poza tym bardzo chętnie nawiążę z tobą korespondencję. Jesteś bardzo interesującą dziewczyna i wiele z siebie odnajduję w twoich wynurzeniach, np. że jestem gruba i brzydka:)) trzymaj się cieplusio. Jeśli będziesz miała ochotę, napisz kasiutkos@yahoo.com
Przeczytałam Twoją historię i sporo w niej odnalazłam z siebie, z mojego życia! Tak wiele przeżyłaś, pokazałaś, że jesteś silna. Jestem pewna, że Twój Tata chciałby abyś walczyła o siebie, o swoje życie, które przecież Ci dał i już samo to powinno być dla Ciebie największym darem od niego, którego nie wolno Ci zaprzepaścić! Spróbuj zbliżyć się do ludzi tak wiele Ci mogą dać. Zasługujesz na szczęście i ono kiedyś Cię znajdzie.
Pamiętaj nigdy się nie poddawaj!
"Idź do przodu i nie odwracaj się za siebie" tak mi ojciec mówił jak żył...Jeśli chcesz być szczęśliwy nie wolno gmerać w pamięci... .każdy z nas nosi ciężki bagaż życiowych doświadczeń i to w jaki sposób go udźwigniemy, w odpowiednim momencie odłożymy zależy w większości od nas, naszego podejścia, przebudzenia ... Ja jedynie wierzę w to, że będziesz(-emy) szczęśliwa (-wi).Zrób to dla siebie, ale również dla taty .... i tak krótki motyw P Coehlo :
Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko wtedy uda nam się pojąć, jak wielkim cudem jest życie, gdy będziemy gotowi przyjąć niespodzianki, jakie niesie nam los.
Bowiem każdego dnia wraz z dobrodziejstwami słońca Bóg obdarza nas chwilą, która jest w stanie zmienić to wszystko, co jest przyczyną naszych nieszczęść. I każdego dnia udajemy, że nie dostrzegamy tej chwili, że ona wcale nie istnieje. Wmawiamy sobie z uporem, że dzień dzisiejszy podobny jest do wczorajszego i do tego, co ma dopiero nadejść. Ale człowiek uważny na dzień, w którym żyje, bez trudu odkrywa magiczną chwilę. Może być ona ukryta w tej porannej porze, kiedy przekręcamy klucz w zamku, w przestrzeni ciszy, która zapada po wieczerzy, w tysiącach i jednej rzeczy, które wydaja się nam takie same. Ten moment istnieje naprawdę, to chwila, w której spływa na nas cała siła gwiazd i pozwala nam czynić cuda. Tylko niekiedy szczęście bywa darem, najczęściej trzeba o nie walczyć. Magiczna chwila dnia pomaga nam dokonywać zmian, sprawia, iż ruszamy na poszukiwanie naszych marzeń. I choć przyjdzie nam cierpieć, choć pojawią się trudności, to wszystko jest jednak ulotne i nie pozostawi po sobie śladu, a z czasem będziemy mogli spojrzeć wstecz z dumą i wiarą w nas samych.
Biada temu, kto nie podjął ryzyka. Co prawda nie zazna nigdy smaku rozczarowań i utraconych złudzeń, nie będzie cierpiał jak ci, którzy pragną spełnić swoje marzenia, ale kiedy spojrzy za siebie – bowiem zawsze dogania nas przeszłość – usłyszy głos własnego sumienia: „A co uczyniłeś z cudami, którymi Pan Bóg obsiał dni twoje? Co uczyniłeś z talentem, który powierzył ci Mistrz? Zakopałeś te dary głęboko w ziemi, gdyż bałeś się je utracić. I teraz została ci jedynie pewność, że zmarnowałeś własne życie.”
Biada temu, kto usłyszy te słowa. Bo uwierzył w cuda, dopiero gdy magiczne chwile życia odeszły na zawsze.
— Paulo Coelho (ur. 1947)
Nad brzegiem rzeki Piedry usiadłam i płakałam...
Wiele ciepła życzę
Dodaj nowy komentarz