Nie miałam nigdy sielankowego życia, zawsze miałam rzucane kłody pod nogi - był ślub i był rozwód, zostało dziecko, które wychowywałam sama przez dwadzieścia lat. Wszystko było na mojej głowie: praca, dom, jednym słowem byłam ojcem i matką zarazem. Gdy syn się ożenił i wyprowadził z domu, poczułam ogromną pustkę wokół siebie.
W pracy poznałam mężczyznę, który wychowywał 11-letniego syna, a że lubię dzieci zgodziłam się z nimi zamieszkać. Konkubent, ponieważ nie mieliśmy ślubu, okazał się tyranem, alkoholikiem, snobem. Miałam zakaz kontaktu ze swoim synem, swoją rodziną, sąsiadami. Były wyzwiska, obelgi, wypominania, sprawdzania moich kieszeni, torebki, tego nie da się opisać. Co by się nie stało, wszystko było moją winą.