Od ostatniego posta mięło tutaj trochę czasu. Wróciłem do Polski, zaniedbałem szkołę na maksimum możliwości, aż nawet koledzy wypominali. Przez tydzień spędziłem czas w szpitalu, przy bliskiej mi osobie której nie dano szansy na przeżycie. Stałem nad tym łóżkiem, widząc ten druzgocący widok - aparatura wykonywała wszystkie czynności przez organizm. Dostrzegłem wtedy ile to ludzie wkładają wysiłku żeby uratować tego człowiek. Drobny człowiek na łóżku, dookoła potężne aparatury. Rozrywało mi serce z bólu, uczestniczyłem przy ostatnim namaszczeniu. To ja wykonywałem telefony do rodziny informując o stanie krytycznym. Nie jedną rozmowę musiałem rozpoczynać po dłuższej chwili, żeby ogarnąć swój smutek. Te złe dni minęły, chociaż lekarze stracili wiarę. Będąc przy łóżku bałem się dotknąć, że to tak jakbym dotykał śmierć. Zaraz potem pojawiła się myśl że bardzo byłoby mi smutno gdyby nikt nie chciał mi podać ręki w ostatnich minutach. Przełamałem się. Kiedy tylko mogłem byłem w szpitalu, by potrzymać za rękę. Lekarze mówią że to cud, że żyje i jeszcze większym szokiem jest tak szybki powrót do zdrowia. Już dwa tygodnie odkąd te wydarzenia miały miejsce. Byłem w tym okresie silny, a teraz, kiedy wszystko wróciło do normy znowu stałem się słabeuszem. Jeśli jest we mnie radość to chwilowa, wywołana czymś zabawnym albo podczas dobrej imprezy. Ale w pozostałych minutach życia jestem smutny, przygnębiony, jakby nic więcej nie miało już mnie spotkać. Nie cierpię tego uczucia, kiedy nawet znajomi nie zagadują bo wiedzą że rozmowa nie będzie się kleiła. Niby smutny ale posiadam swój temperament. W szkole często słyszę że jestem niemiły i moje komentarze są wredne. Nie cierpię szeptania za plecami, dlatego bez względu na sympatię do drugiej osoby potrafię publicznie ją upomnąć gdy obraża tych których nie ma. Wydaje się to poprawne, ale zwracanie uwagi w sposób obelg to złe rozwiązanie. Odbyłem swoją wymarzoną wycieczkę z najlepszym kolegą za granicę. Od tamtej pory nasz kontakt podupadł. Kiepsko szło dogadywanie się nam w obcym państwie, i to nie z obcokrajowcami tylko sami ze sobą. Były sytuacje że zamiast cieszyć się z wyprawy kłóciliśmy się zażarcie. Wróciliśmy do kraju, na pytania ciekawskich odpowiadaliśmy że było świetnie itd. Tak, zwiedziliśmy dużo, dotknęliśmy innej kultury, ale to co było między nami zdystansowało nas do siebie. Przemyślałem to dokładnie, przeprosiłem. Wszystko wybaczone i wtedy pojawia się to uczucie obojętności. Odpuszczam sobie, nie zależy mi już. Najlepszy kolega, tyle za nami a ja nagle czuje że staje się w moich oczach zwykłym znajomym. To uczucie towarzyszyło mi już kilkakrotnie w życiu. Odpuściłem sobie po roku naukę gry na instrumencie chociaż o tym marzyłem i kosztowało mnie to sporo pieniędzy. Moją pasją są podróże, ale brak mi zainteresowań na zwykłe dni. Szlifuję języki w ciągu dalszym, ale czuję że to mało. Z jednej strony czuję że muszę więcej, ale zaraz jedna wielka bezradność. Rodzice zwracają mi ostatnio uwagę że odkąd mam te 18 lat zbyt często sięgam po alkohol. Są to pierwsze ostrzeżenia, ale ja już się martwię. Nie mam wyrobionego w sobie samozaparcia i przeraża mnie że jak będę miał wolną rękę to spożywanie alkoholu będzie zbyt częste. Dziś - wolałem uciec do domu do łóżka niż wyjść na spotkanie ze znajomymi z klasy. Bardzo ich cenię i dobrze się z nimi czuję ale coś jest nie tak. Mówią że czasem zachowuje się jak nie ja, a wg. mnie cały czas jestem sobą. Boje się. Jeśli zagubie się we własnym JA to nikt mi nie pomoże. Chciałbym tryskać radością i być szczęśliwy. Wiele razy słyszałem że ciężko mnie nie lubić, ale ostatnio pracuję na to żeby przestać darzyć mnie sympatią. Nauczyciele postrzegają mnie jak rozpuszczone dziecko z bogatego domu, a nam się nie przelewa tylko rodzice robią co mogą żebym mógł osiągnąć to czego im rodzice nie zapewnili. Komentarze od bliskich znajomych typu "ty to jak zawsze, wszystko olejesz". Nie chcę taki.
Od ostatniego posta mięło tutaj trochę czasu. Wróciłem do Polski, zaniedbałem szkołę na maksimum możliwości, aż nawet koledzy wypominali. Przez tydzień spędziłem czas w szpitalu, przy bliskiej mi osobie której nie dano szansy na przeżycie. Stałem nad tym łóżkiem, widząc ten druzgocący widok - aparatura wykonywała wszystkie czynności przez organizm. Dostrzegłem wtedy ile to ludzie wkładają wysiłku żeby uratować tego człowiek. Drobny człowiek na łóżku, dookoła potężne aparatury. Rozrywało mi serce z bólu, uczestniczyłem przy ostatnim namaszczeniu. To ja wykonywałem telefony do rodziny informując o stanie krytycznym. Nie jedną rozmowę musiałem rozpoczynać po dłuższej chwili, żeby ogarnąć swój smutek. Te złe dni minęły, chociaż lekarze stracili wiarę. Będąc przy łóżku bałem się dotknąć, że to tak jakbym dotykał śmierć. Zaraz potem pojawiła się myśl że bardzo byłoby mi smutno gdyby nikt nie chciał mi podać ręki w ostatnich minutach. Przełamałem się. Kiedy tylko mogłem byłem w szpitalu, by potrzymać za rękę. Lekarze mówią że to cud, że żyje i jeszcze większym szokiem jest tak szybki powrót do zdrowia. Już dwa tygodnie odkąd te wydarzenia miały miejsce. Byłem w tym okresie silny, a teraz, kiedy wszystko wróciło do normy znowu stałem się słabeuszem. Jeśli jest we mnie radość to chwilowa, wywołana czymś zabawnym albo podczas dobrej imprezy. Ale w pozostałych minutach życia jestem smutny, przygnębiony, jakby nic więcej nie miało już mnie spotkać. Nie cierpię tego uczucia, kiedy nawet znajomi nie zagadują bo wiedzą że rozmowa nie będzie się kleiła. Niby smutny ale posiadam swój temperament. W szkole często słyszę że jestem niemiły i moje komentarze są wredne. Nie cierpię szeptania za plecami, dlatego bez względu na sympatię do drugiej osoby potrafię publicznie ją upomnąć gdy obraża tych których nie ma. Wydaje się to poprawne, ale zwracanie uwagi w sposób obelg to złe rozwiązanie. Odbyłem swoją wymarzoną wycieczkę z najlepszym kolegą za granicę. Od tamtej pory nasz kontakt podupadł. Kiepsko szło dogadywanie się nam w obcym państwie, i to nie z obcokrajowcami tylko sami ze sobą. Były sytuacje że zamiast cieszyć się z wyprawy kłóciliśmy się zażarcie. Wróciliśmy do kraju, na pytania ciekawskich odpowiadaliśmy że było świetnie itd. Tak, zwiedziliśmy dużo, dotknęliśmy innej kultury, ale to co było między nami zdystansowało nas do siebie. Przemyślałem to dokładnie, przeprosiłem. Wszystko wybaczone i wtedy pojawia się to uczucie obojętności. Odpuszczam sobie, nie zależy mi już. Najlepszy kolega, tyle za nami a ja nagle czuje że staje się w moich oczach zwykłym znajomym. To uczucie towarzyszyło mi już kilkakrotnie w życiu. Odpuściłem sobie po roku naukę gry na instrumencie chociaż o tym marzyłem i kosztowało mnie to sporo pieniędzy. Moją pasją są podróże, ale brak mi zainteresowań na zwykłe dni. Szlifuję języki w ciągu dalszym, ale czuję że to mało. Z jednej strony czuję że muszę więcej, ale zaraz jedna wielka bezradność. Rodzice zwracają mi ostatnio uwagę że odkąd mam te 18 lat zbyt często sięgam po alkohol. Są to pierwsze ostrzeżenia, ale ja już się martwię. Nie mam wyrobionego w sobie samozaparcia i przeraża mnie że jak będę miał wolną rękę to spożywanie alkoholu będzie zbyt częste. Dziś - wolałem uciec do domu do łóżka niż wyjść na spotkanie ze znajomymi z klasy. Bardzo ich cenię i dobrze się z nimi czuję ale coś jest nie tak. Mówią że czasem zachowuje się jak nie ja, a wg. mnie cały czas jestem sobą. Boje się. Jeśli zagubie się we własnym JA to nikt mi nie pomoże. Chciałbym tryskać radością i być szczęśliwy. Wiele razy słyszałem że ciężko mnie nie lubić, ale ostatnio pracuję na to żeby przestać darzyć mnie sympatią. Nauczyciele postrzegają mnie jak rozpuszczone dziecko z bogatego domu, a nam się nie przelewa tylko rodzice robią co mogą żebym mógł osiągnąć to czego im rodzice nie zapewnili. Komentarze od bliskich znajomych typu "ty to jak zawsze, wszystko olejesz". Nie chcę taki.
Dodaj nowy komentarz