Będzie dobrze. Musi być. Zawsze w końcu jest.
Słońce świeci, w komputerze niestety go nie ma. Może by tak zacząć od tej radości ze wschodzącego słońca, albo teraz zbliżającej się melancholi Jesieni. To jest Piękne. I nad tym warto się skupić. Może to będzie powód do wyjścia z domu?
Mnie to zwykle uspokaja. Natura i Jej czyste, pełne Piękno.
Tak bardzo Ci współczuję, ale jednocześnie dziękuję za Twoją historię, bo widzę w niej siebie, a że mam 18 lat to przeraża mnie, że jeśli nic nie zrobię, za 6 lat będę tą samą osobą w depresji. Ja nie chcę. A Ty chcesz tak dalej? Łap się czego możesz.
Najprościej powiedzieć będzie dobrze, nie przejmuj się,zawsze po burzy przychodzi słońce. To nie jest tak! Choć wiara jest bardzo potrzebna nie zawsze człowiek jest w stanie się uporać ze wszystkimi problemami, jeśli jeszcze walczy z nimi sam!!! Jestem dorosłym człowiekiem mam 27l.i odkąd pamiętam nigdy nie miałem żadnej taryfy ulgowej od życia. Mój ojciec wyprowadził się z domu, gdy miałem jakieś 15l. był Alkoholikiem nigdy nie mogłem na niego liczyć. I jak sądzę wtedy coś już we mnie zaczęło gasnąć. Było mi wstyd przed rówieśnikami zazdrościłem im szanujących się rodzin. Również warunki mieszkalne w jakich wówczas przebywaliśmy bardzo na mnie wpłynęły, ponieważ mieszkałem razem z matką i siostrą u dziadków. Masakra czego moja matka musiała wysłuchiwać przez tyle lat od własnych rodziców przechodzi ludzkie pojęcie!!!! A na nasz temat też nie żałowano świńskiej polszczyzny. Ja miałem to szczęście, że szkołę średnią 5 lat spędziłem po za domem. Po moim ukończeniu szkoły wróciłem do ukochanego domu u dziadków, nic się nie zmieniło. Moja matka podupadała również psychicznie na zdrowiu co można zrobić w takiej bezradności, niemocy, wysłuchując tych wszystkich bluźnierstw ze strony własnych rodziców. Nie mogła z nami nigdzie pójść bo nie było dokąd i za co... To jest Najgorsze być zależnym od kogoś i nie moc gdy nic nie można zrobić. Ja też nic nie mogłem nic zrobić, bo ojczyzna wezwała. W trakcie odbywania służby wojskowej bardzo rzadko jeździłem na przepustki, gdyż byłem jeszcze zbyt krótko, by moc liczyć na częste przepustki. Wtedy to w jakimś 4 miesiącu mojej służby będąc w domu pojąłem, że moja matka jest poważnie chora, ona temu zaprzeczała, a ja w to nie wierzyłem, ponieważ już jej stan fizyczny pokazywał co choroba potrafi zrobić z człowieka, ale nie mam zielonego pojęcia dla czego mnie tak oszukiwała. Przecież można było coś zrobić?! Zawczasu a ja nie byłem świadomy, że matka już się poddała. A moi dziadkowie a jej rodzice mieszkając pod jednym dachem, widząc co się dzieje, nie kiwnęli palcem. DLACZEGO nie żal im własnego dziecka gdy cierpi? Nawet zwierzęta tak się nie zachowują. W Armii rozmawiałem na ten temat z moimi przełożonymi opowiedziałem o całej sytuacji jak to wszystko wygląda.Stwierdzili również, że wyolbrzymiam wszystko i żebym się nie martwił będzie dobrze. Ja w to jednak już nie wierzyłem, nie miałem kogo prosić o pomoc? Tak więc moje przerażające przypuszczenia się sprawdziły. W wieku 22 lat od 7 lat nie mając już ojca, a teraz już i matki, tak wkroczyłem w dorosłe życie. Po odsłużeniu ZSW wróciłem do domu, jeśli można tak to nazwać. I co dalej ? Ja pomagałem siostrze 7 lat młodszej ona mnie, wspieraliśmy się nawzajem. Zacząłem pracować w okolicy zamieszkania, lecz moja ukochana babcia uświadomiła widocznie sobie, że nie mając już swojej córki może teraz zacząć swoje czary na mnie. Któregoś to razu nie wytrzymałem wściekłem się! Jak można tak dręczyć ludzi? Wyzywając od sk...., p...., a najgorzej co mnie ruszyło to to, jak usłyszałem że miałem matkę w dupie, że przeze mnie zmarła, że byłem złym synem...Co byście zrobili na moim miejscu.Myślę, że matka poddała się chorobie, bo już nie chciała słuchać i cierpieć być upokarzaną osobą, odeszła w milczeniu... Wydaje mi się, że ojca również rozumiem dlaczego pił, choć to nie jest żadne usprawiedliwienie. Jak w człowieku coś pęknie podda się dla pozoru może być twardy z wierzchu ale w środku kompletna galareta. I wydaje mi się że już od dawna tak mam. Nie radząc sobie kompletnie nie mogąc liczyć na nikogo zacząłem ostro popijać, bo to była dla mnie ucieczka. Pewnego razu będąc nieźle pod wpływem siadłem w samochód, nie wiem gdzie chciałem jechać? Rozbiłem się na drzewie auto, wrak poszedł na złom, a ja miałem tylko złamaną nogę i parę siniaków. Nie zgadniecie byłem zły, że przeżyłem. Idiotyczne myślenie prawda? Depresja jest najgorszą chorobą ze wszystkich. Wyniszcza kompletnie człowieka ze wszystkich sił, odbiera wszelką chęć do życia, a najgorzej, że ciężko z niej wyjść. Nie mogę ułożyć sobie życia. Pracowałem w stolicy nieźle zarabiałem, miałem piękną i inteligentną kobietę. Straciłem i pracę i miłość swojego życia to G mnie totalnie zniszczyło. Z dnia nadzień jest co raz gorzej, biorę leki, byłem w szpitalu 3 miesiące na oddziale leczenia zaburzeń nerwowych i depresji było chwilowo nieźle. Trzy miesiące temu miałem nieudaną próbę samobójczą, gdyż już nie wierze, że będzie lepiej. Wszystko straciłem - rodzinę, wiarę, miłość i nadzieję. Nienawidzę już tego życia, lecz nie mam teraz na tyle odwagi by z tym wszystkim skończyć. A to już się ciągnie kilka ładnych lat.
cześć ;*
jak czytam o Waszych problemach to czasami aż mi głupio,że ja o swoich myśle jakby były końcem świata .
A jednak tak jest . Każdy czasami czuje, ze życie go przerasta. Każdy ma swój mały koniec świata. Nie wiem co Ci napisać, bo tak naprawdę wszystko wydaje mi się zbyt banalne. Głowa do góry ;* Zawsze po burzy wychodzi słońce. Choćby ta burza trwała latami, kiedyś w końcu nadejdą słoneczne dni ; ) Wierzę,że odnajdziesz swoje szczęście. Ale musisz w to wierzyć i chcieć. Pomyśl,ze tak naprawdę już nic nie masz do stracenia. a tak naprawdę wiele do zyskania. i przede wszystkim pokonaj niechęć do świata i ludzi i uśmiechnij się ; )) wiem,ze to może głupio i naiwnie brzmi, ale ja pomimo wielu smutków wierze w lepsze jutro i w to,że będzie kiedyś tak jak sobie to wymarzyłam ; ) czasami w te szczęśliwe dni, odczuwam namiastkę spełnienia i staram się dążyć do tego aby tych dni było coraz więcej. Bo wiem, że dużo zależy ode mnie.
wszystkiego dobrego ;*
trzymaj się cieplutko i oby udało Ci się w życiu ;)
aaa i ZAPAMIĘTAJ .! pierwszym krokiem do szczęścia jest zaczęcie żyć naprawdę, a nie w wirtualu. Skoro on był powodem Twoich niepowodzeń - usuń go ze swojego nowego - lepszego zycia ; )
ja miałem nie tyle ojca alkoholika,ale tyrana z uprzedzeniami.Zmarnował życie wielu osobom.Moje także...Po prostu był to stary który uważał że jak pracuje i żywi rodzinę to już wszystko i wielką łaskę robi.Kiedy jako dziecko przychodziłem się wygadać czy zwierzyć często albo mnie nie rozumiał,albo bagatelizował sprawę uważając to za bzdury.Przez to zacząłem tłumić w sobie uczucia,gdy mi coś nie wychodziło zamiast dodać otuchy,wytłumaczyć to kończyło się krzykiem i obrażaniem typu Ty niedojdo,nic z ciebie nie będzie łamago...w końcu przestałem wierzyć w siebie,popadłem w kompleksy niższości a to zaowocowało konflikty z rówieśnikami w szkole jak pamiętam.Zawsze się go bałem,a gdy próbowałem sie sprzeciwić była tyrada nieziemska,przemoc słowna,zastraszanie...za wszystko decydował za moje zarobione pózniej pieniądze,jaki zawód mam mieć bo tylko on uważał gdzie się nadaje.Raz mu powiedziałem że zmieniam szkołę bo stolarzem sie trzeba urodzić i nie podoba mi się to...Myślałem że mnie wtedy zabije...Najgorsze przyszło jednak kilka lat pózniej kiedy zmarła moja mama po ciężkiej chorobie.wtedy zaczął się dopiero wyżywać na mnie a miałem tego pecha że z żoną i dzieckiem mieszkałem u niego bo obiecał mi że przepisze mi mieszkanie na własność.Nic bardziej mylnego...Rozpił się i zapił w końcu na śmierć pozostawiając mi 40tysięcy złotych długów w bankach jako spadkobiercy a mieszkania i tak nie przepisał...załamałem się psychicznie,zacząłem się w pracy opuszczać i zaniedbywać,popadać w ostre konflikty ze współpracownikami,zacząłem nieporadnie spłacać długi po nim ,których nie potrafię spłacić...zaczęła się zaległość w czynszu,lodówka zaczęła pustoszeć.Zaczęły się dramatyczne sceny z żoną,która wini mnie za wszystko i twierdzi że była głupia zadawając się z takim kimś.Sama zaczęła się urywać z domu,pić,zdradzać mnie,jak powiedziała poszukać sobie faceta z bezpieczną niszą finansową,zaradnego i zdrowego.Niestety nie mogę wykonywać ze względów zdrowotnych wysoko płatnych specjalistycznych prac ponieważ zachorowałem na zespół alporta...niewydolność nerek z utratą słuchu,zaburzenie gospodarki elektrolitowej...renty odmówili na komisji,jestem dializowany(chemodializa)czeka mnie eksmisja niebawem.Myślę że śmierć jest wybawieniem dla mnie,nie boje się o siebie ale o moje dzieci-co z nimi będzie.Obecnie mam 36 lat,życie zmarnowane,bezcelowe,w samotności bez jakiegokolwiek wsparcia z najbliższego otoczenia...Wraka się omija z daleka-wiadomo.Nie można kochać przecież życia do którego nie ma się prawa.Chciałbym żebyście a zwłaszcza kobiety napisały cokolwiek do mnie...Piszcie na mail mr.robo@o2.pl
Będzie dobrze. Musi być. Zawsze w końcu jest.
Słońce świeci, w komputerze niestety go nie ma. Może by tak zacząć od tej radości ze wschodzącego słońca, albo teraz zbliżającej się melancholi Jesieni. To jest Piękne. I nad tym warto się skupić. Może to będzie powód do wyjścia z domu?
Mnie to zwykle uspokaja. Natura i Jej czyste, pełne Piękno.
Tak bardzo Ci współczuję, ale jednocześnie dziękuję za Twoją historię, bo widzę w niej siebie, a że mam 18 lat to przeraża mnie, że jeśli nic nie zrobię, za 6 lat będę tą samą osobą w depresji. Ja nie chcę. A Ty chcesz tak dalej? Łap się czego możesz.
Pozdrawiam. Trzymaj się mnocno. Trzymaj siebie.
Najprościej powiedzieć będzie dobrze, nie przejmuj się,zawsze po burzy przychodzi słońce. To nie jest tak! Choć wiara jest bardzo potrzebna nie zawsze człowiek jest w stanie się uporać ze wszystkimi problemami, jeśli jeszcze walczy z nimi sam!!! Jestem dorosłym człowiekiem mam 27l.i odkąd pamiętam nigdy nie miałem żadnej taryfy ulgowej od życia. Mój ojciec wyprowadził się z domu, gdy miałem jakieś 15l. był Alkoholikiem nigdy nie mogłem na niego liczyć. I jak sądzę wtedy coś już we mnie zaczęło gasnąć. Było mi wstyd przed rówieśnikami zazdrościłem im szanujących się rodzin. Również warunki mieszkalne w jakich wówczas przebywaliśmy bardzo na mnie wpłynęły, ponieważ mieszkałem razem z matką i siostrą u dziadków. Masakra czego moja matka musiała wysłuchiwać przez tyle lat od własnych rodziców przechodzi ludzkie pojęcie!!!! A na nasz temat też nie żałowano świńskiej polszczyzny. Ja miałem to szczęście, że szkołę średnią 5 lat spędziłem po za domem. Po moim ukończeniu szkoły wróciłem do ukochanego domu u dziadków, nic się nie zmieniło. Moja matka podupadała również psychicznie na zdrowiu co można zrobić w takiej bezradności, niemocy, wysłuchując tych wszystkich bluźnierstw ze strony własnych rodziców. Nie mogła z nami nigdzie pójść bo nie było dokąd i za co... To jest Najgorsze być zależnym od kogoś i nie moc gdy nic nie można zrobić. Ja też nic nie mogłem nic zrobić, bo ojczyzna wezwała. W trakcie odbywania służby wojskowej bardzo rzadko jeździłem na przepustki, gdyż byłem jeszcze zbyt krótko, by moc liczyć na częste przepustki. Wtedy to w jakimś 4 miesiącu mojej służby będąc w domu pojąłem, że moja matka jest poważnie chora, ona temu zaprzeczała, a ja w to nie wierzyłem, ponieważ już jej stan fizyczny pokazywał co choroba potrafi zrobić z człowieka, ale nie mam zielonego pojęcia dla czego mnie tak oszukiwała. Przecież można było coś zrobić?! Zawczasu a ja nie byłem świadomy, że matka już się poddała. A moi dziadkowie a jej rodzice mieszkając pod jednym dachem, widząc co się dzieje, nie kiwnęli palcem. DLACZEGO nie żal im własnego dziecka gdy cierpi? Nawet zwierzęta tak się nie zachowują. W Armii rozmawiałem na ten temat z moimi przełożonymi opowiedziałem o całej sytuacji jak to wszystko wygląda.Stwierdzili również, że wyolbrzymiam wszystko i żebym się nie martwił będzie dobrze. Ja w to jednak już nie wierzyłem, nie miałem kogo prosić o pomoc? Tak więc moje przerażające przypuszczenia się sprawdziły. W wieku 22 lat od 7 lat nie mając już ojca, a teraz już i matki, tak wkroczyłem w dorosłe życie. Po odsłużeniu ZSW wróciłem do domu, jeśli można tak to nazwać. I co dalej ? Ja pomagałem siostrze 7 lat młodszej ona mnie, wspieraliśmy się nawzajem. Zacząłem pracować w okolicy zamieszkania, lecz moja ukochana babcia uświadomiła widocznie sobie, że nie mając już swojej córki może teraz zacząć swoje czary na mnie. Któregoś to razu nie wytrzymałem wściekłem się! Jak można tak dręczyć ludzi? Wyzywając od sk...., p...., a najgorzej co mnie ruszyło to to, jak usłyszałem że miałem matkę w dupie, że przeze mnie zmarła, że byłem złym synem...Co byście zrobili na moim miejscu.Myślę, że matka poddała się chorobie, bo już nie chciała słuchać i cierpieć być upokarzaną osobą, odeszła w milczeniu... Wydaje mi się, że ojca również rozumiem dlaczego pił, choć to nie jest żadne usprawiedliwienie. Jak w człowieku coś pęknie podda się dla pozoru może być twardy z wierzchu ale w środku kompletna galareta. I wydaje mi się że już od dawna tak mam. Nie radząc sobie kompletnie nie mogąc liczyć na nikogo zacząłem ostro popijać, bo to była dla mnie ucieczka. Pewnego razu będąc nieźle pod wpływem siadłem w samochód, nie wiem gdzie chciałem jechać? Rozbiłem się na drzewie auto, wrak poszedł na złom, a ja miałem tylko złamaną nogę i parę siniaków. Nie zgadniecie byłem zły, że przeżyłem. Idiotyczne myślenie prawda? Depresja jest najgorszą chorobą ze wszystkich. Wyniszcza kompletnie człowieka ze wszystkich sił, odbiera wszelką chęć do życia, a najgorzej, że ciężko z niej wyjść. Nie mogę ułożyć sobie życia. Pracowałem w stolicy nieźle zarabiałem, miałem piękną i inteligentną kobietę. Straciłem i pracę i miłość swojego życia to G mnie totalnie zniszczyło. Z dnia nadzień jest co raz gorzej, biorę leki, byłem w szpitalu 3 miesiące na oddziale leczenia zaburzeń nerwowych i depresji było chwilowo nieźle. Trzy miesiące temu miałem nieudaną próbę samobójczą, gdyż już nie wierze, że będzie lepiej. Wszystko straciłem - rodzinę, wiarę, miłość i nadzieję. Nienawidzę już tego życia, lecz nie mam teraz na tyle odwagi by z tym wszystkim skończyć. A to już się ciągnie kilka ładnych lat.
cześć ;*
jak czytam o Waszych problemach to czasami aż mi głupio,że ja o swoich myśle jakby były końcem świata .
A jednak tak jest . Każdy czasami czuje, ze życie go przerasta. Każdy ma swój mały koniec świata. Nie wiem co Ci napisać, bo tak naprawdę wszystko wydaje mi się zbyt banalne. Głowa do góry ;* Zawsze po burzy wychodzi słońce. Choćby ta burza trwała latami, kiedyś w końcu nadejdą słoneczne dni ; ) Wierzę,że odnajdziesz swoje szczęście. Ale musisz w to wierzyć i chcieć. Pomyśl,ze tak naprawdę już nic nie masz do stracenia. a tak naprawdę wiele do zyskania. i przede wszystkim pokonaj niechęć do świata i ludzi i uśmiechnij się ; )) wiem,ze to może głupio i naiwnie brzmi, ale ja pomimo wielu smutków wierze w lepsze jutro i w to,że będzie kiedyś tak jak sobie to wymarzyłam ; ) czasami w te szczęśliwe dni, odczuwam namiastkę spełnienia i staram się dążyć do tego aby tych dni było coraz więcej. Bo wiem, że dużo zależy ode mnie.
wszystkiego dobrego ;*
trzymaj się cieplutko i oby udało Ci się w życiu ;)
aaa i ZAPAMIĘTAJ .! pierwszym krokiem do szczęścia jest zaczęcie żyć naprawdę, a nie w wirtualu. Skoro on był powodem Twoich niepowodzeń - usuń go ze swojego nowego - lepszego zycia ; )
ja miałem nie tyle ojca alkoholika,ale tyrana z uprzedzeniami.Zmarnował życie wielu osobom.Moje także...Po prostu był to stary który uważał że jak pracuje i żywi rodzinę to już wszystko i wielką łaskę robi.Kiedy jako dziecko przychodziłem się wygadać czy zwierzyć często albo mnie nie rozumiał,albo bagatelizował sprawę uważając to za bzdury.Przez to zacząłem tłumić w sobie uczucia,gdy mi coś nie wychodziło zamiast dodać otuchy,wytłumaczyć to kończyło się krzykiem i obrażaniem typu Ty niedojdo,nic z ciebie nie będzie łamago...w końcu przestałem wierzyć w siebie,popadłem w kompleksy niższości a to zaowocowało konflikty z rówieśnikami w szkole jak pamiętam.Zawsze się go bałem,a gdy próbowałem sie sprzeciwić była tyrada nieziemska,przemoc słowna,zastraszanie...za wszystko decydował za moje zarobione pózniej pieniądze,jaki zawód mam mieć bo tylko on uważał gdzie się nadaje.Raz mu powiedziałem że zmieniam szkołę bo stolarzem sie trzeba urodzić i nie podoba mi się to...Myślałem że mnie wtedy zabije...Najgorsze przyszło jednak kilka lat pózniej kiedy zmarła moja mama po ciężkiej chorobie.wtedy zaczął się dopiero wyżywać na mnie a miałem tego pecha że z żoną i dzieckiem mieszkałem u niego bo obiecał mi że przepisze mi mieszkanie na własność.Nic bardziej mylnego...Rozpił się i zapił w końcu na śmierć pozostawiając mi 40tysięcy złotych długów w bankach jako spadkobiercy a mieszkania i tak nie przepisał...załamałem się psychicznie,zacząłem się w pracy opuszczać i zaniedbywać,popadać w ostre konflikty ze współpracownikami,zacząłem nieporadnie spłacać długi po nim ,których nie potrafię spłacić...zaczęła się zaległość w czynszu,lodówka zaczęła pustoszeć.Zaczęły się dramatyczne sceny z żoną,która wini mnie za wszystko i twierdzi że była głupia zadawając się z takim kimś.Sama zaczęła się urywać z domu,pić,zdradzać mnie,jak powiedziała poszukać sobie faceta z bezpieczną niszą finansową,zaradnego i zdrowego.Niestety nie mogę wykonywać ze względów zdrowotnych wysoko płatnych specjalistycznych prac ponieważ zachorowałem na zespół alporta...niewydolność nerek z utratą słuchu,zaburzenie gospodarki elektrolitowej...renty odmówili na komisji,jestem dializowany(chemodializa)czeka mnie eksmisja niebawem.Myślę że śmierć jest wybawieniem dla mnie,nie boje się o siebie ale o moje dzieci-co z nimi będzie.Obecnie mam 36 lat,życie zmarnowane,bezcelowe,w samotności bez jakiegokolwiek wsparcia z najbliższego otoczenia...Wraka się omija z daleka-wiadomo.Nie można kochać przecież życia do którego nie ma się prawa.Chciałbym żebyście a zwłaszcza kobiety napisały cokolwiek do mnie...Piszcie na mail mr.robo@o2.pl
Dodaj nowy komentarz