bralem kiedys czulem sie dobze lecz pszy braniu wycowywalem sie spolecznie bardzo mocna poznalem boga ktury pomugl jestem szczesliwy pracuje nie biore leku pani doktor troche nie rozumie tego pozdromarcin
Cześć bylem 14 razy w szpitalu psychiatrycznym, strasznie cierpiałem, nie zdawałem sobie z tego sprawy dawało chore szczęście dzięki Jezusowi i chodzeniu do kościoła uwierzyłem, dał mi siłę i nie biorę żadnych leków, nic trzeba brać krzyż swój i zaufać Bogu. Pozdrowienia a wystarczy szczera spowiedź święta i duch święty daje siłę z Panem Bogiem. Jak ktoś chce pogadać dzwońcie 792 596 570 Marcin
Ja zaczęłam brać tabletki 16 lat temu, ale wtedy tylko w chwilach zdenerwowania, potem ponieważ życie mnie nie rozpieszczało sięgałam po te tabletki coraz częściej. Od ostatnich trzech lat biorę je regularnie, teraz tabletki 10 mg. Potrzebuje 4 tabletki dziennie, żeby normalnie funkcjonować, trudno opisać co czuje jak próbuje nie wziąć prochów. W głowie mam tylko te prochy jak i kiedy je łyknąć, potrzebuje ich jak spotykam się ze znajomymi żeby swobodnie rozmawiać. Tez po spożyciu alkoholu biorę tabletki bo wtedy nie śpię, mam już skierowanie na odwyk i psychoterapie ale odwlekam bo nie mam czasu, rodzina, praca i wydaje mi się że beze mnie nie bezie to wszystko funkcjonować. Pomóżcie jak się odnaleźć w tym świecie? Znaleźć radość życia bez prochów?
Bardzo ale to bardzo ciężko wyjść z takiego stanu, ale mnie się udało, ponieważ wstyd mi było już ubiegać się o tabletki, bardzo wstyd i zdałam sobie sprawę, że bardziej mnie dobijał ten wstyd aniżeli to cierpienie, tamto było cięższe do zaakceptowania przeze mnie. Zdałam sobie sprawę, że skoro tak się źle mam, gdy nie wezmę tabletki oraz że zamiast o życiu codziennym myślę o tabletkach oraz o spaniu, że nie mogę doczekać się kiedy nadejdzie pora możliwa bym się zdrzemnęła po tabletce, bo biorąc, a nie śpiąc, nie było to już wcale przyjemne takie funkcjonowanie. Zaparłam się i zrobiłam plan, twardo wydzieliłam, podzieliłam tabletki, do kiedy mi starcza, do kolejnej wizyty, bym oczami nie świeciła przed lekarzem, który chce mnie jedynie wspomóc, a ja tu robię z siebie wraka z dnia na dzień i kombinuje co tu nabujać lekarzowi. A KŁAMAĆ PO PROSTU NIE ZNOSZĘ, więc i to mnie dobijało, a nie znoszę zwłaszcza lekarzy, ponieważ to jest tak jakbym sobie sama "grób ścieliła". Wpadała w swoje własne sidła, czy jak kto chce może to nazwać po swojemu, co jak co, ale lekarza oszukać to siebie oszukać,
a więc zaczęłam sukcesywnie /a miałam poodkładane w różnych miejscach i podzielone bym się nie pomyliła biegnąc po tabletkę gorączkowo jak zwykle. Zmniejszałam dawki ale nie "książkowo" dokładnie, że np co dwa tygodnie czy coś tylko walcząc /czytaj : przetrzymując i jeśli trzeba było to unikając sytuacji, gdzie bym nie wytrzymała powiedzmy wtedy bez prochów/ i zmniejszając dawki zgodnie z tym czy byłam w miarę gotowa do kolejnego zmniejszenia. Pilnowałam też równych odstępów czasu, jeżeli w opisie znalazłam że ten lek funkcjonował/nie pamiętam już dziś, a nie chce mi się szukać/ np do 9 godzin to wmawiając sobie, że jest on nadal w organizmie i mimo, że mniej funkcjonuje to jak najmniej "zazębiać" go kolejna dawka, tak więc z początku zamiast 4 razy na dobę obliczałam najpierw jakie do tej pory przerwy były pomiędzy dawkami /a były jak się zdumiałam nieregularne także!/. Zredukowałam do tych trzech dawek i zmniejszając godziny a ostatnia dawkę zawsze przed snem i wyciszałam się nie robiąc nic konkretnego przed snem co by pobudzało moją aktywność psychiczną, po prostu próbowałam się znużyć, siadałam sobie w kąciku i np czytałam Biblie albo wspominałam sobie jakieś przyjemne sytuacje z życia jak np. niejedne fajne wakacje, marzyłam sobie i tak aż mi się ziewało i potem dosłownie biegłam do łózka, jeśli czułam moment, że mnie sen łapie.
To był koszmar ten odwyk, zaiste, włącznie z efektami fizycznymi z tym, że już dokładnie nie pamiętam/minęło ok 6 lat/, było mi słabo i duszno, to pamiętam na pewno, ale wiele innych objawów było, acha, nawet zdarzało mi się, że robiłam tak, że jak się źle czułam i to było psychosomatyczne to by siebie oszukać brałam zwykły paracetamol i wmawiałam sobie, że musi do cholery pomóc, bo ja z tym nałogiem skończyć muszę! Już mi wystarczało, że palę od lat, bo jestem nerwowa a tu jeszcze takie upodlenie, takie poddanie się, takie niesamowite zmiany w zachowaniu, osobowości czy coś. To trucizna po której wcale nie czułam się po dłuższym czasie dobrze, a wręcz nie umiałam nawet się uśmiechnąć, a leki w ciągu dnia narastały i bałam się wręcz kontaktu z ludźmi!
Muszę jednak pocieszyć ciebie oraz innych którzy czytają, a chcieliby podjąć decyzje o rzuceniu prochów. Otóż nie trwało to wcale tak długo jak się z tym liczyłam, że mogło, nie chce skłamać ile bo nie pamiętam, bo skupiałam się na liczeniu dawek i godzin na przerwy i redukcji oraz wypełnieniu czasu POMIMO TOTALNYCH DEKONCENTRACJI ITD ale pamiętam, że w stosunkowo szybkim czasie zaczęłam sukcesywnie czuć się lepiej oraz czuć się znowu "sobą".
Nie powiem, że teraz nigdy nie biorę przeciwlękowych ale zawsze biorę tylko tyle /a staram się mniej/ ile lekarz mi zaleci jako wspomagająco do leczenia i NIGDY ALE TO NIGDY JUŻ NIE SZUKAM WYMÓWEK I WYTŁUMACZEŃ DLA LEKARZA BY DOSTAĆ LEKI TAKIE, ZDAJE SIĘ JEDYNIE NA JEGO DECYZJĘ. Nie biorę ich wiec nieustannie a okresowo i wspomagająco. Pamiętam jak raz nie spalam PRZEZ TRZY TYGODNIE:(, nie jadłam itd. źle ze mną się działo, lekarz zadecydował, że powinnam dodatkowo koniecznie przyjmować nasenne w takiej sytuacji, a ja stwierdziłam: "panie doktorze, jeśli mi pan powie, że mam czy że mogę nie spać ażeby tylko się nie uzależnić, to ja postąpię wg pańskiego zalecenia". /Lekarz jednak zdecydowanie wtedy stwierdził, że absolutnie nie i że muszę spać/.
Ludzie, zdajcie się na lekarza swojego, a nie kombinujcie, bo we własne sieci się zaplączecie i potem będziecie płakać, bo potem to się jest już jak zombie:(.
Po prostu przestań brać te leki, one działają jak narkotyki! Przecież widzisz, że masz w głowie tylko jak i kiedy je łyknąć.Przeżyłam koszmar przez te tabletki, to jest największe gówno nasenne jakie mogło mnie spotkać. Brałam je potem nawet w dzień, bo bez nich myślałam, że zdechnę i chodziłam po ścianach, tak mnie omamiły te tabsy, zrobiły ze mnie zombi! Ryja, mózg tak, że nie wiesz kim jesteś i przestajesz mieć kontrolę nad tym w jakich ilościach je bierzesz.
Ciężko wyjść, ale można. Nie spałem prawie wcale w początkach depresji. Dostałem od psychiatry lek i wreszcie zasypiałem. Wtedy to było dla mnie wybawienie z koszmaru i pozwoliło na funkcjonowanie zawodowe. Brałem 6 miesięcy, później stopniowo zmniejszałem dawkę, brałem jakieś ziołowe środki oczywiście zgodnie ze wskazówkami lekarza. Pierwsze odstawienie przyszło mi gładko. Oczywiście trochę trwało w zw. ze zmniejszaniem dawki. Później znowu jesień znów musiałem pewien okres brać później wiosna też. Bujałem się tak okresowo ponad dwa lata, aż wreszcie udało się. Jedynie sporadycznie może 2 lub 3 razy przed wyjątkowo stresującymi sytuacjami, gdy nie mogę usnąć biorę 1/4 lub 1/2 tabletki. Mój patent przy zmniejszaniu dawki to żyletka, którą " kroiłem " tabletkę. Np, gdy usypiałem już na 1/2 to jednego dnia brałem 1/2 a drugiego coś koło 1/4 trzeciego znów 1/2. Oczywiście lekko nie było, ale gdy wybierałem się spać, starałem się nie koncentrować na tym czy usnę czy nie, bo " na siłę" to się na pewno nie uśnie. Przy zmniejszaniu dawki brałem np. 1/4, a gdzieś na szafce miałem przygotowaną kolejną ¼ w sytuacji, gdy po 1/2 spokojnie usypiałem i tak metodą czasami wielu żmudnych prób usiłowałem usnąć. Gdy " poleżakowłem" danej nocy dość długo i nie zasnąłem to wrzutka drugiej 1/4, ale czasami się udawało zasnąć na mniejszej dawce, przy czym, ponieważ cały czas pracowałem zawodowo, następnej nocy nie eksperymentowałem tylko od razu ½, żeby się nie kręcić zbyt długo w łóżku. Po wielu, wielu, wielu itd. próbach udało się. Przy czym cały czas okresowo miałem wizyty u psychiatry, bo dobry psychiatra mający doświadczenie z lekami nasennymi jest - moim zdaniem - najlepszym fachowcem przy schodzeniu z nasennych. Reasumując, lekko nie było i wymagało cholernej cierpliwości, ale przetrwałem cały czas pracowałem i pracuję jako pracownik umysłowy, a depresja na razie zostawiła mnie w spokoju, już prawie 4 lata. Po fazie ostrej depresji brałem przez okres prawie 2 lat zapobiegawczo niewielką ilość antydepresantów. Powodzenia i wsparcia ze strony dobrych fachowców z zakresu psychiatrii.
Dziękuje wam bardzo za te komentarze. Ja obecnie biorę 4 tabletki 10 mg o***, codziennie bije się myślami jak to rzucić, ale nie mogę. Powinnam iść na odwyk, ale praca, dom i.t.d. Gdyby jeszcze rodzina mi pomogła, ale oni nie dostrzegają albo nie chcą dostrzegać mojego problemu. Jutro mam się spotkać ze znajomymi na grillu, będzie alkohol, a ja nie wiem alkohol czy tabletki, czy wszystko razem. Lekarze przepisują mi te prochy bez problemu, myślę też, że nie są w porządku, jestem załamana, straciłam radość życia, nie jestem sobą. Jak się znowuż odnaleźć w tym świecie?
Redukuj tabletki i jednoczenie musisz wziąć antydepresanty, gdyż te leki nasenne bardzo zmieniają osobowość.
Trzeba dojść do 1/2 tabletki na noc i po jakimś czasie spróbować nie brać wcale. Najlepiej zrobić to na urlopie, bo trzeba liczyć się z nieprzespaną nocą, ale nie martwić się nieprzespaną nocą! W ciągu dnia iść na dwór i dużo się dotleniać, pojechać do lasu w ciche miejsce czy pojechać na basen i popływać. Generalnie uprawiać sport (rower, basen), ale z umiarem, bo po nieprzespanej nocy jest się słabym.
Jak się człowiek zmęczy fizycznie, to jest szansa na spanie, chociaż jeżeli to nie pomoże, to ja o godzinie 24 nadgryzałam troszeczkę tego leku i zasypiałam. Ważne, żeby się nie poddawać i za każdym razem próbować. Zobaczysz - uda się! Tylko trzeba mieć cierpliwość.
Ważne! Nie pij alkoholu, bo alkohol powoduje, że sięga się po ten lek, a wychodzenie z tego uzależnienia trzeba robić na trzeźwo, bo wtedy jest łatwiej zapanować nad sobą.
Odezwij się na jakim jesteś etapie wychodzenia. Nie załamuj się - to się uda! Tylko trzeba mieć cierpliwość!
W moim przypadku w wychodzeniu z uzależnienia od tych leków pomógł mi C*** (na receptę).
Na początku, po zredukowaniu dawki do 1/2 tabletki na noc, wraca się do dawnej osobowości (tej właściwej) i jest bardzo dziwnie, dlatego antydepresanty są wskazane. Jedno jest pewne! Warto próbować odstawiać i leczyć się z tego uzależnienia, bo inaczej traci się życie, które tak szybko ucieka.
Na początku jest ciężko i, np. po odstawieniu na tydzień niestety wraca się znowu do brania tych prochów, ale trzeba walczyć i zaczynać od nowa. Nie ważne ile razy się próbowało, ale ważne jest, żeby się udało, więc trzeba próbować za każdym razem. Tylko ktoś, czyli, np. taka osoba jak ja, która była uzależniona od tych leków wie, jaka jest to ciężka droga.
Życzę wszystkim powodzenia w walce z tym uzależnieniem. Ja chętnie podzieliłabym się moimi doświadczeniami z osobą, która zajmuje się leczeniem tego typu uzależnień, bo myślę, że dałabym cenne wskazówki.
Witam
Ja brałam i*** przez 13 lat , wiedziałam ze to uzależnienie ale nie umiałam sobie powiedziec dosc a lekarz bez problemu mi je przepisywał ,dzieki tym tabletkom jakoś funkcjonowałam.
Aż 5 tygodni temu postanowiłam przestac brac i jest ok śpie jak suseł i jestem szczęsliwa ze udało mi sie pokonać to uzależnienie :)
bardzo ciezko wychodzi się z tabletek ,Ja tez mam problem bo nie zasne bez tabletki. Najpierw połykałam 1 a teraz 2 .co dalej newiem pozdrawiam
mam podobny problem ja juz biore 3 tabletki i dopiero zasypaiam...
bralem kiedys czulem sie dobze lecz pszy braniu wycowywalem sie spolecznie bardzo mocna poznalem boga ktury pomugl jestem szczesliwy pracuje nie biore leku pani doktor troche nie rozumie tego pozdromarcin
jasne...myślicie, że "higiena snu" pomoże wam odstawić imovane?!?!?! bua ha ha ha
Cześć bylem 14 razy w szpitalu psychiatrycznym, strasznie cierpiałem, nie zdawałem sobie z tego sprawy dawało chore szczęście dzięki Jezusowi i chodzeniu do kościoła uwierzyłem, dał mi siłę i nie biorę żadnych leków, nic trzeba brać krzyż swój i zaufać Bogu. Pozdrowienia a wystarczy szczera spowiedź święta i duch święty daje siłę z Panem Bogiem. Jak ktoś chce pogadać dzwońcie 792 596 570 Marcin
Chłopie chyba jedziesz na tych tabletkach, bo ja właśnie wziąłem sobie 2 i wszystko mi w pokoju faluje xD
Brałem 5 lat ten lek! Decyzja!
Ja zaczęłam brać tabletki 16 lat temu, ale wtedy tylko w chwilach zdenerwowania, potem ponieważ życie mnie nie rozpieszczało sięgałam po te tabletki coraz częściej. Od ostatnich trzech lat biorę je regularnie, teraz tabletki 10 mg. Potrzebuje 4 tabletki dziennie, żeby normalnie funkcjonować, trudno opisać co czuje jak próbuje nie wziąć prochów. W głowie mam tylko te prochy jak i kiedy je łyknąć, potrzebuje ich jak spotykam się ze znajomymi żeby swobodnie rozmawiać. Tez po spożyciu alkoholu biorę tabletki bo wtedy nie śpię, mam już skierowanie na odwyk i psychoterapie ale odwlekam bo nie mam czasu, rodzina, praca i wydaje mi się że beze mnie nie bezie to wszystko funkcjonować. Pomóżcie jak się odnaleźć w tym świecie? Znaleźć radość życia bez prochów?
Bardzo ale to bardzo ciężko wyjść z takiego stanu, ale mnie się udało, ponieważ wstyd mi było już ubiegać się o tabletki, bardzo wstyd i zdałam sobie sprawę, że bardziej mnie dobijał ten wstyd aniżeli to cierpienie, tamto było cięższe do zaakceptowania przeze mnie. Zdałam sobie sprawę, że skoro tak się źle mam, gdy nie wezmę tabletki oraz że zamiast o życiu codziennym myślę o tabletkach oraz o spaniu, że nie mogę doczekać się kiedy nadejdzie pora możliwa bym się zdrzemnęła po tabletce, bo biorąc, a nie śpiąc, nie było to już wcale przyjemne takie funkcjonowanie. Zaparłam się i zrobiłam plan, twardo wydzieliłam, podzieliłam tabletki, do kiedy mi starcza, do kolejnej wizyty, bym oczami nie świeciła przed lekarzem, który chce mnie jedynie wspomóc, a ja tu robię z siebie wraka z dnia na dzień i kombinuje co tu nabujać lekarzowi. A KŁAMAĆ PO PROSTU NIE ZNOSZĘ, więc i to mnie dobijało, a nie znoszę zwłaszcza lekarzy, ponieważ to jest tak jakbym sobie sama "grób ścieliła". Wpadała w swoje własne sidła, czy jak kto chce może to nazwać po swojemu, co jak co, ale lekarza oszukać to siebie oszukać,
a więc zaczęłam sukcesywnie /a miałam poodkładane w różnych miejscach i podzielone bym się nie pomyliła biegnąc po tabletkę gorączkowo jak zwykle. Zmniejszałam dawki ale nie "książkowo" dokładnie, że np co dwa tygodnie czy coś tylko walcząc /czytaj : przetrzymując i jeśli trzeba było to unikając sytuacji, gdzie bym nie wytrzymała powiedzmy wtedy bez prochów/ i zmniejszając dawki zgodnie z tym czy byłam w miarę gotowa do kolejnego zmniejszenia. Pilnowałam też równych odstępów czasu, jeżeli w opisie znalazłam że ten lek funkcjonował/nie pamiętam już dziś, a nie chce mi się szukać/ np do 9 godzin to wmawiając sobie, że jest on nadal w organizmie i mimo, że mniej funkcjonuje to jak najmniej "zazębiać" go kolejna dawka, tak więc z początku zamiast 4 razy na dobę obliczałam najpierw jakie do tej pory przerwy były pomiędzy dawkami /a były jak się zdumiałam nieregularne także!/. Zredukowałam do tych trzech dawek i zmniejszając godziny a ostatnia dawkę zawsze przed snem i wyciszałam się nie robiąc nic konkretnego przed snem co by pobudzało moją aktywność psychiczną, po prostu próbowałam się znużyć, siadałam sobie w kąciku i np czytałam Biblie albo wspominałam sobie jakieś przyjemne sytuacje z życia jak np. niejedne fajne wakacje, marzyłam sobie i tak aż mi się ziewało i potem dosłownie biegłam do łózka, jeśli czułam moment, że mnie sen łapie.
To był koszmar ten odwyk, zaiste, włącznie z efektami fizycznymi z tym, że już dokładnie nie pamiętam/minęło ok 6 lat/, było mi słabo i duszno, to pamiętam na pewno, ale wiele innych objawów było, acha, nawet zdarzało mi się, że robiłam tak, że jak się źle czułam i to było psychosomatyczne to by siebie oszukać brałam zwykły paracetamol i wmawiałam sobie, że musi do cholery pomóc, bo ja z tym nałogiem skończyć muszę! Już mi wystarczało, że palę od lat, bo jestem nerwowa a tu jeszcze takie upodlenie, takie poddanie się, takie niesamowite zmiany w zachowaniu, osobowości czy coś. To trucizna po której wcale nie czułam się po dłuższym czasie dobrze, a wręcz nie umiałam nawet się uśmiechnąć, a leki w ciągu dnia narastały i bałam się wręcz kontaktu z ludźmi!
Muszę jednak pocieszyć ciebie oraz innych którzy czytają, a chcieliby podjąć decyzje o rzuceniu prochów. Otóż nie trwało to wcale tak długo jak się z tym liczyłam, że mogło, nie chce skłamać ile bo nie pamiętam, bo skupiałam się na liczeniu dawek i godzin na przerwy i redukcji oraz wypełnieniu czasu POMIMO TOTALNYCH DEKONCENTRACJI ITD ale pamiętam, że w stosunkowo szybkim czasie zaczęłam sukcesywnie czuć się lepiej oraz czuć się znowu "sobą".
Nie powiem, że teraz nigdy nie biorę przeciwlękowych ale zawsze biorę tylko tyle /a staram się mniej/ ile lekarz mi zaleci jako wspomagająco do leczenia i NIGDY ALE TO NIGDY JUŻ NIE SZUKAM WYMÓWEK I WYTŁUMACZEŃ DLA LEKARZA BY DOSTAĆ LEKI TAKIE, ZDAJE SIĘ JEDYNIE NA JEGO DECYZJĘ. Nie biorę ich wiec nieustannie a okresowo i wspomagająco. Pamiętam jak raz nie spalam PRZEZ TRZY TYGODNIE:(, nie jadłam itd. źle ze mną się działo, lekarz zadecydował, że powinnam dodatkowo koniecznie przyjmować nasenne w takiej sytuacji, a ja stwierdziłam: "panie doktorze, jeśli mi pan powie, że mam czy że mogę nie spać ażeby tylko się nie uzależnić, to ja postąpię wg pańskiego zalecenia". /Lekarz jednak zdecydowanie wtedy stwierdził, że absolutnie nie i że muszę spać/.
Ludzie, zdajcie się na lekarza swojego, a nie kombinujcie, bo we własne sieci się zaplączecie i potem będziecie płakać, bo potem to się jest już jak zombie:(.
Po prostu przestań brać te leki, one działają jak narkotyki! Przecież widzisz, że masz w głowie tylko jak i kiedy je łyknąć.Przeżyłam koszmar przez te tabletki, to jest największe gówno nasenne jakie mogło mnie spotkać. Brałam je potem nawet w dzień, bo bez nich myślałam, że zdechnę i chodziłam po ścianach, tak mnie omamiły te tabsy, zrobiły ze mnie zombi! Ryja, mózg tak, że nie wiesz kim jesteś i przestajesz mieć kontrolę nad tym w jakich ilościach je bierzesz.
Ja biorę tabletkę 13 lat po pół tabletki, bo po całej jest mi niedobrze ale i tak nie umiem wyjść z tego uzależnienia:(
Mój syn bierze po 6 tabl. tzn. wieczorem 3 i w południe 3.
Już nie wiem jak mam mu tłumaczyć aby próbował to rzucić. Może
ktoś mu przetłumaczy.
Ciężko wyjść, ale można. Nie spałem prawie wcale w początkach depresji. Dostałem od psychiatry lek i wreszcie zasypiałem. Wtedy to było dla mnie wybawienie z koszmaru i pozwoliło na funkcjonowanie zawodowe. Brałem 6 miesięcy, później stopniowo zmniejszałem dawkę, brałem jakieś ziołowe środki oczywiście zgodnie ze wskazówkami lekarza. Pierwsze odstawienie przyszło mi gładko. Oczywiście trochę trwało w zw. ze zmniejszaniem dawki. Później znowu jesień znów musiałem pewien okres brać później wiosna też. Bujałem się tak okresowo ponad dwa lata, aż wreszcie udało się. Jedynie sporadycznie może 2 lub 3 razy przed wyjątkowo stresującymi sytuacjami, gdy nie mogę usnąć biorę 1/4 lub 1/2 tabletki. Mój patent przy zmniejszaniu dawki to żyletka, którą " kroiłem " tabletkę. Np, gdy usypiałem już na 1/2 to jednego dnia brałem 1/2 a drugiego coś koło 1/4 trzeciego znów 1/2. Oczywiście lekko nie było, ale gdy wybierałem się spać, starałem się nie koncentrować na tym czy usnę czy nie, bo " na siłę" to się na pewno nie uśnie. Przy zmniejszaniu dawki brałem np. 1/4, a gdzieś na szafce miałem przygotowaną kolejną ¼ w sytuacji, gdy po 1/2 spokojnie usypiałem i tak metodą czasami wielu żmudnych prób usiłowałem usnąć. Gdy " poleżakowłem" danej nocy dość długo i nie zasnąłem to wrzutka drugiej 1/4, ale czasami się udawało zasnąć na mniejszej dawce, przy czym, ponieważ cały czas pracowałem zawodowo, następnej nocy nie eksperymentowałem tylko od razu ½, żeby się nie kręcić zbyt długo w łóżku. Po wielu, wielu, wielu itd. próbach udało się. Przy czym cały czas okresowo miałem wizyty u psychiatry, bo dobry psychiatra mający doświadczenie z lekami nasennymi jest - moim zdaniem - najlepszym fachowcem przy schodzeniu z nasennych. Reasumując, lekko nie było i wymagało cholernej cierpliwości, ale przetrwałem cały czas pracowałem i pracuję jako pracownik umysłowy, a depresja na razie zostawiła mnie w spokoju, już prawie 4 lata. Po fazie ostrej depresji brałem przez okres prawie 2 lat zapobiegawczo niewielką ilość antydepresantów. Powodzenia i wsparcia ze strony dobrych fachowców z zakresu psychiatrii.
Dziękuje wam bardzo za te komentarze. Ja obecnie biorę 4 tabletki 10 mg o***, codziennie bije się myślami jak to rzucić, ale nie mogę. Powinnam iść na odwyk, ale praca, dom i.t.d. Gdyby jeszcze rodzina mi pomogła, ale oni nie dostrzegają albo nie chcą dostrzegać mojego problemu. Jutro mam się spotkać ze znajomymi na grillu, będzie alkohol, a ja nie wiem alkohol czy tabletki, czy wszystko razem. Lekarze przepisują mi te prochy bez problemu, myślę też, że nie są w porządku, jestem załamana, straciłam radość życia, nie jestem sobą. Jak się znowuż odnaleźć w tym świecie?
Redukuj tabletki i jednoczenie musisz wziąć antydepresanty, gdyż te leki nasenne bardzo zmieniają osobowość.
Trzeba dojść do 1/2 tabletki na noc i po jakimś czasie spróbować nie brać wcale. Najlepiej zrobić to na urlopie, bo trzeba liczyć się z nieprzespaną nocą, ale nie martwić się nieprzespaną nocą! W ciągu dnia iść na dwór i dużo się dotleniać, pojechać do lasu w ciche miejsce czy pojechać na basen i popływać. Generalnie uprawiać sport (rower, basen), ale z umiarem, bo po nieprzespanej nocy jest się słabym.
Jak się człowiek zmęczy fizycznie, to jest szansa na spanie, chociaż jeżeli to nie pomoże, to ja o godzinie 24 nadgryzałam troszeczkę tego leku i zasypiałam. Ważne, żeby się nie poddawać i za każdym razem próbować. Zobaczysz - uda się! Tylko trzeba mieć cierpliwość.
Ważne! Nie pij alkoholu, bo alkohol powoduje, że sięga się po ten lek, a wychodzenie z tego uzależnienia trzeba robić na trzeźwo, bo wtedy jest łatwiej zapanować nad sobą.
Odezwij się na jakim jesteś etapie wychodzenia. Nie załamuj się - to się uda! Tylko trzeba mieć cierpliwość!
W moim przypadku w wychodzeniu z uzależnienia od tych leków pomógł mi C*** (na receptę).
Na początku, po zredukowaniu dawki do 1/2 tabletki na noc, wraca się do dawnej osobowości (tej właściwej) i jest bardzo dziwnie, dlatego antydepresanty są wskazane. Jedno jest pewne! Warto próbować odstawiać i leczyć się z tego uzależnienia, bo inaczej traci się życie, które tak szybko ucieka.
Na początku jest ciężko i, np. po odstawieniu na tydzień niestety wraca się znowu do brania tych prochów, ale trzeba walczyć i zaczynać od nowa. Nie ważne ile razy się próbowało, ale ważne jest, żeby się udało, więc trzeba próbować za każdym razem. Tylko ktoś, czyli, np. taka osoba jak ja, która była uzależniona od tych leków wie, jaka jest to ciężka droga.
Życzę wszystkim powodzenia w walce z tym uzależnieniem. Ja chętnie podzieliłabym się moimi doświadczeniami z osobą, która zajmuje się leczeniem tego typu uzależnień, bo myślę, że dałabym cenne wskazówki.
Witam
Ja brałam i*** przez 13 lat , wiedziałam ze to uzależnienie ale nie umiałam sobie powiedziec dosc a lekarz bez problemu mi je przepisywał ,dzieki tym tabletkom jakoś funkcjonowałam.
Aż 5 tygodni temu postanowiłam przestac brac i jest ok śpie jak suseł i jestem szczęsliwa ze udało mi sie pokonać to uzależnienie :)
Dodaj nowy komentarz