Ja mam ten sam problem, jednak byłam z chłopakiem, który wywalczył względy u mnie, rozkochał mnie ... tylko pół roku. Jednak po dwóch miesiącach zamieszkaliśmy już razem. Po paru kłótniach on stwierdził, że pękło coś w nim.. i rozstaliśmy się ... poprosił bym się wyprowadziła. I muszę zacząć nowy etap w życiu pomimo, że to dopiero drugi dzień mija, nie potrafię sobie poradzić... Cały czas myślę, że mogłam zrobić coś inaczej... a przecież czasu się już nie cofnie. Staram się tłumaczyć sobie, że tak będzie lepiej... że ułożę sobie jakoś wszystko... ale to takie trudne... święta, sylwester ... wszystko bez niego... ciągle widzę tylko szczęśliwe pary... a na pożegnanie powiedział, że kocha mnie ale to nie jest teraz ważne....
Ola...
Kiedy tylko zaczęłam czytać Twój tekst, całe moje życie stanęło mi przed oczami. Przeżyłam podobną historię, z tym że mój związek trwał połowę krócej, niż Twój. Nie znaczy to jednak, że mniej bolało...
Byłam bardzo zakochana, nie istniał świat, tylko ON. Nic nie było dla mnie ważne, ani rodzina, ani szkoła, ani własne spełnienie. Ważne, by ON był szczęśliwy... Wszystko układało się cudownie, jak w filmie. Wiadomo, że były drobne spięcia o różne rzeczy, ale mimo to nie wyobrażaliśmy sobie życia bez siebie. Aż nagle zachorowałam. Lekarze nie wiedzieli co mi jest, były podejrzenia o najgorsze... I nagle okazało się, że nie ma GO przy mnie... Nie było GO u lekarza, nie trzymał mnie za rękę, nie ocierał łez, nie uspokajał, nie pomagał uspokoić oddechu... Długo biłam się z myślami CO DALEJ??? W tak ważnej dla mnie sprawie nie było GO, wiec jaką mam pewność, że będzie ze mną w przyszłości? I podjęłam decyzję - to koniec. Rozstaliśmy się... On się starał, ale dla mnie nie miało to już najmniejszego sensu. Życie legło mi w gruzach. Potrzebowałam chwili spokoju, szykowałam się już na spotkanie z tymi, którzy dawno od nas odeszli... (bo nie jeszcze znałam wyników badań) I podjęłam decyzję, że nie mogę już tak dłużej... Odeszłam, mimo, że kochałam nad życie... On zapewniał o swojej miłości, mówił, że jego życie straciło sens, że nie wyobraża sobie teraz siebie, że cały jego świat legł w gruzach... poprosił mnie nawet o rękę... ja byłam nieugięta... Serce krzyczało: głupia, co robisz, przecież GO kochasz!!! A rozum swoje... Posłuchałam rozumu... Za parę dnie zobaczyłam GO z inną... To zabolało... Potem z drugą i trzecią... Myślała, że za jakiś czas będziemy mogli znowu spróbować... Ja też chudłam w oczach, byłam w głębokim amoku, bez celu w życiu... i bez NIEGO... Nie potrafiłam się odnaleźć w nowym życiu, w nowej sytuacji... Żyłam bez serca, bez powietrza... Dla mnie nic nie miało znaczenia... On naprawdę był MOJĄ MIŁOŚCIĄ, JAKA ZDARZA SIĘ RAZ... Najzabawniejsze jest to, że pokochałam GO od pierwszego wejrzenia...
Minęło już wiele lat po tym rozstaniu... ON nadal jest dla mnie ważny, często o nim myślę, wszystko mi GO przypomina... Mimo lat...
Ale dałam sobie radę z tym dramatem... Nie było łatwo... Nie pamiętam co się za mną działo przez rok czasu... Robiłam wszystko automatycznie, nic nie miało dla mnie sensu... Potrafiłam nie wstawać z łóżka całymi dniami, byłam na lekach uspokajających... Ale powoli zaczęłam odbijać się od dna... I Ciebie też czeka takie odbicie... Potem będziesz silniejsza... Dużo silniejsza...
Witam! Wiem dokładnie co czujesz. ok tydzień temu rozstałam się z chłopakiem, z którym byłam 6 lat i z którym mieszkałam w akademiku. Strasznie boli... strasznie. Zostawił mnie dla osoby, którą uważałam za przyjaciółkę i z którą również mieszkałam. Nie czekali długo, dziś w nocy spali już razem. Ja musiałam się szybko wyprowadzić, żeby tego nie oglądać i żeby zachować jako takie zdrowie psychiczne. W środku mnie jest ogromna pustka wypełniona czymś co trudno zidentyfikować, jest to w każdej komórce ciała i powoduje ogromny ból. Czy to kiedyś przejdzie? Wszyscy mówią, że tak, ale ja nie wiem, bo przecież rzadko kto coś takiego przeżył. Ja go kocham i chce dla niego dobrze, nie krzyczałam, nie awanturowałam się, nie robiłam na złość, po prostu spakowałam swoje rzeczy i się wyniosłam. Powiedziałam, że życzę im żeby byli szczęśliwi. Nie chcę żeby moje cierpienie poszło na marne. A może chce... nic już nie wiem
Witam, jestem w podobnej sytuacji. Półtorej tygodnia temu zostałam porzucona przez mojego chłopaka, z którym byłam półtorej roku....w sumie to nawet nie wiem czemu mnie zostawił. Pokłóciliśmy się o tak błahą rzecz, że chyba każdy by się tu śmiał jakbym to napisała. W każdym bądź razie jest mi bardzo ciężko. Dwa dni temu zasłabłam i byłam w szpitalu, przełożyłam egzaminy w szkole, bo nie jestem w stanie się nawet uczyć, wczoraj ryczałam, wyłam z bólu jaki we mnie siedzi przez 3h. Jest ciężko nawet bardzo. Do pracy chodzę na automacie. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że jak się pokłóciliśmy myślałam, że po kilku dniach się pogodzimy, a on po prostu przestał się odzywać. Dzwoniłam, pisałam, on po prostu zniknął, odszedł bez słowa, to bardzo boli, że tak mnie potraktował po półtorej roku związku, ale wiem, że muszę przez to przejść, chociaż serce mi pęka. Nie widzę sensu życia, nie jem, nie śpię. Nie wiem co dalej mam zrobić ze sobą i swoim życiem...
Hej! Chociaż od mojej wypowiedzi minął ponad miesiąc muszę przyznać, że z moim samopoczuciem jest lepiej, ale nierewelacyjnie !! Waga jak spadała tak spada, noce nadal nieprzespane, ale są już inne myśli, że nie warto się tak zadręczać tylko dlatego że "on" mnie już nie kocha - niestety nie zmuszę go na siłę do miłości. Niedawno dowiedziałam się, że związał się z dziewczyną, z którą mnie zdradził - mają razem zamieszkać, ale jedynym plusem jest to, że w innym mieście i jest nadzieja, że w końcu go nie będę widywać !! Czasem jak siedzę sam,a a teraz bywa to rzadko, bo przyjaciele mi na to nie pozwalają, uronię łzy ! Czas leczy rany, ale blizny mimo wszystko pozostają!! Może byłoby mi łatwiej zapomnieć, jeżeli on by się nie odzywał. Czasem nie wiem o co mu tak naprawdę chodzi ;/ "Nie skarb jest przyjacielem, lecz Przyjaciel jest Skarbem..." Moim postanowieniem noworocznym jest zapomnieć o przeszłości, a żyć teraźniejszością, oby się to udało i Wam także życzę, by te smutne chwile jak najszybciej przeszły w zapomnienie !!
Hej, moja sytuacja jest podobna do waszych. W naszą rocznicę mój były oznajmił mi, że to koniec. Było to w czerwcu, pod koniec wakacji widziałam już go z inną. Minęło pół roku, a mi nadal ciężko jest o tym mówić. Ktoś kogo darzyłam ogromnym uczuciem udaje teraz, że mnie nie zna, a niestety widzimy się codziennie, bo chodzimy do tej samej klasy. Jak poradzić sobie z tym wszystkim? Czy on naprawdę nie pamięta już wspólnych chwil?
Moja historia może nie różni się od waszych, ale może jak ją tutaj opowiem będzie mi choć trochę lżej. Poznaliśmy się, jak byłam jeszcze w szkole średniej. Był ode mnie o 7 lat starszy. Bardzo go kochałam (czy nadal, nie wiem, obawiam się, że tak). Po prawie 4 latach się zaręczyliśmy. Po 5 latach pobraliśmy się. Po roku odeszłam, ale odeszłam nie dlatego, że mi coś "odbiło", spodobał mi się ktoś inny czy tym podobne, nie, nie dlatego. Kochałam go jak nikogo na świecie, nikomu tak nie ufałam.
Małżeństwem byliśmy rok, a jeśli wliczyć w to czas oczekiwania na rozwód to 1.5 roku. Gdy się wyprowadzałam, powiedziałam: "nie odchodzę od Ciebie, odchodzę z domu twoich rodziców". Przez 4 miesiące błagałam go aby przeprowadził się do mnie do mieszkania moich rodziców a najlepiej żebyśmy coś sami wynajęli. Nie chciał, słyszałam tylko: "mamy gdzie mieszkać". Choć serce mówiło co innego, a rozum co innego to po 4 miesiącach złożyłam pozew o rozwód. Wszystko skończyło się na pierwszej rozprawie.
Od momentu mojej wyprowadzki schudłam 25 kg. Nie wiem jak bo jadłam normalnie.
Czy płakałam? Tak, najczęściej na imprezach ze znajomymi, po alkoholu. Zaraz po wyprowadzce byłam na zwolnieniu lekarskim, ponad miesiąc. Nie byłam w stanie podnieść się i pójść do pracy. Najgorsze były noce, bo nadal mi się zdarza nie spać po prostu w nocy. Palę ponad paczkę papierosów dziennie, innych nałogów nie mam. To jak potraktowali mnie jego rodzice i on sam nie daje mi do dzisiaj spokoju. Nie mogę uwierzyć, że nie pozwolili mu pójść za żoną, a i on sam tego nie zrobił. On ma 30 lat, normalnie rozmawia ze mną tylko wtedy gdy nie ma rodziców w pobliżu.
Ja się tam w ogóle nie liczyłam, on miał kasę ze swoimi rodzicami, a ja sama. Kupował coś to mi o tym nie mówił tylko rodziców się pytał. Wmawiali mu, że go zdradzam. Nigdy nawet o innym nie pomyślałam, zawsze był tylko on. To tylko kilka przykładów.
Mija rok, czy jest lepiej? Raczej nie. Nie potrafię o nim zapomnieć, inni faceci da mnie nie istnieją. Coraz częściej płaczę, wspominam wszystko co dobre i złe, zastanawiam się czy tego nie skończyć. Chyba tylko wiara w Boga trzyma mnie jeszcze i wspomnienie tego jak bardzo byłam ciekawa życia.
Jeszcze przed odejściem byłam u psychologa, który uświadomił mi, że on na mnie nie zasługuje, że powinniśmy przyjść razem, mąż powiedział, że tylko nienormalni chodzą do psychologów.
Za 2 miesiące wyjeżdżam za granicę. Czy uciekam? Tak, chyba tak. Mam nadzieję, że w środowisku gdzie nikt nie zna mnie ani jego, jakoś się pozbieram. Tak to sobie tłumaczę.
Czy dobrze? Tego nie wiem.
Życzę Wam dużo siły.
~Wiktoria.
Ja byłam zakochana w facecie starszym od siebie 13 lat różnicy nas dzieliło ale nie mogę sobie poradzić z tym, że nie potrafię zapomnieć o nim wiedząc, że on istnieje. Co robić? Uciekam żeby zapomnieć, wyjeżdżam za granicę ale nie pomaga. Jestem obecnie w Anglii.
To był sierpień... wakacje, a właściwie ich koniec. Jak prawie każda 17-latka chodziłam na imprezy, przyhaczałam kolesi, no ale żaden nie wpadł mi na dłużej w oko, a tym bardziej w serce. Poznałam chłopaka przez internet, był ze wsi obok mojego miasta. Poznaliśmy się już w tym samym dniu i było super. Rozmawialiśmy i śmialiśmy się, po prostu czułam, że przypadliśmy sobie do gustu. Chciałam go poznać bliżej, on mnie także, ale niestety bez powodu (tak mi się wydaje) jeszcze przed końcem wakacji wszystko zniknęło. On się nie odezwał, ja też nie miałam ochoty się godzić czy przepraszać za coś, czego nie zrobiłam, bo nic takiego nie zrobiłam, wszystko było OK, ale jednak coś... po prostu nie wyszło. Trudno. Dokładnie 2 miesiące później napisał, czy o nim nie zapomniałam i spotkaliśmy się już tego samego dnia. To było głupie! ;d;d ale... zrobiliśmy to;)) Czy to wspominam miło? To nie ma żadnego znaczenia. Próbuję jedynie zapomnieć o tym. Ale kontynuując... spotykaliśmy się nieregularnie przez 3 następne miesiące (październik, listopad grudzień). Miałam czasem wrażenie, że to miłość, chociaż nikt o tym głośno nie powiedział. Zazwyczaj to wyglądało tak, że ja wiedziałam po co idę, a on wiedział po co przyjeżdża (robiliśmy to zawsze w samochodzie). Było to monotonne, ale ja chodziłam do szkoły, a on i do szkoły, i do pracy, więc w ogóle fajnie, że znajdywał ten czas późnym wieczorem, ale znajdywał. Był jak marzenie. Czy byłam zakochana? Bardziej zaślepiona. Czułam się zagubiona i chyba zaczęłam to traktować poważnie. Pod koniec roku wyjechałam do babci, niedaleko, na chyba 2 dni, a gdy przyjechałam, dowiedziałam się, że ten chłopak ma już inną. Nie ucieszyłam się za bardzo z tego powodu, spytałam go co z nami? A on powiedział, że nie było nas. Pytałam, jak mógł mi to zrobić? (Cokolwiek to dla niego wtedy znaczyło). A on odparł: przecież nic ci nie obiecywałem. W sumie to miał rację, bo ja nie przypominam sobie, żeby mi coś obiecał, aczkolwiek straciłam go (kimkolwiek dla mnie był albo nie był znaczył coś dla mnie i dla mojego serca. Potrzebowałam go). Trudno. Poddałam się. Nie walczyłam, bo po co kogoś zmuszać ;/ Bez sensu. Na początku stycznia poznałam chłopaka xxx już na początku dał mi do zrozumienia, że mnie kocha i nie może beze mnie żyć. Pokochałam go i ja. Jestesmy obecnie razem, ale nie widzieliśmy się dość długo, przynajmniej z tydzień, może więcej. Nie wiem, co robić. Z dnia na dzień powstają nowe dylematy, żeby zakończyć ten związek, że nie ma sensu przedłużać tego, że pewnie ma inną, że mnie już nie kocha, a on wczoraj dzwonił i zapewniał, że nic się nie zmieniło, że mnie wciąż bardzo kocha. Nie wierzę chyba w to, co mówi. Jakby tak było, to by mnie pragnął ponad wszystko. I niby tak jest, bo gdy jesteśmy razem to najchętniej by mnie zatrzymał na zawsze. Planuje ze mną przyszłość, ale nie rozumiem jednego. Dlaczego nagle, a może z czasem, stał się dla mnie taki oziębły. Kiedyś wysyłam SMS-y, dzwonił co chwilę, a teraz ani SMS-a, a dzwoni tylko wtedy, gdy to na nim wymuszę, i to z wielką biedą... coś jest nie tak, czuję to, ale nie wiem co. Kocham go i gdy dziś robiłam obiad, a byłam sama w domu i puściłam sobie radio, leciała piosenka IRA "Nie daj mi odejść", i się mi chciało ryczeć, jak pomyślałam, że muszę to zakończyć. Do teraz się nie odezwał od wczoraj i wiem, że tego nie zrobi, dopóki ja nie napiszę mu, by zadzwonił; koniec. Mam nadzieję, że to nie była najgłupsza historia. Czekam na wasze komentarze.
A tę piosenkę wysłał mi, zanim zaczęliśmy chodzić ze sobą :))) D Bomb Oczy pełne łez.
Witam,
Piszę tu bo mam nadzieję że wylanie emocji mi w jakimś stopniu pomoże. Mam 25 lat, po 5 latach związku zostałem porzucony, bez wiadomości ani informacji o powodzie. Nie byłem święty w tym zwiazku, chwilami strasznie sie kłócilismy, potrafilismy mieć ciche dni. Otwarcie mówię "my", w głębi duszy myślę "ja", i wiem że to jest złe i muszę to wyplewić ze swojej głowy.
Wracając do związku: zrobiła to tak, że nagle zamilkła, przestała odpisywać na smsy, odmawiała spotkań (mieszkamy od siebie bardzo daleko). Mija już 5 miesiąc od momentu kiedy ona zaczęła robić uniki, przez ten czas udało mi się sprowokować kilka rozmów. Jedna z pierwszych rozmów, i dowiaduję się że "nie jesteśmy razem" (martwiłem się, w miedzyczasie ktoś z jej bliskiej rodziny poważnie zachowrował i chciałem być wsparciem dla niej). Apel do ludzi: róbcie takie rzeczy w humanitarny sposób czyli spotkanie + wyjaśnienie, a nie tchórzliwe unikanie i traktowanie byłego partnera jak śmiecia, o którym należy zapomnieć.
Należę do osób które nie lubią niedomówień, dlatego sprowokowałem kilka rozmów, z których dowiedziałem się że nagle (w ciągu 2 miesięcy) pojawili się w jej życiu ludzie, których nazywa przyjaciółmi, a o których przez czas bycia ze mną tylko zdawkowo opowiadała. Dowiedziałem się że spotykała się z innym będąc ze mną, nagle zrobiła się imprezowiczką (pomimo choroby ojca!), chociaż wcześniej rzadko chciała chodzić na imprezy. Nie wiem co ją tak zmieniło, ale pomimo to wciąż ją Kocham i mógłbym jej wszystko wybaczyć, tak czuję w środku. Na zewnątrz jednak wiem że nie powinienem mieć złudzeń.
Momentami czuję się bezradny, bo wiem że ona potrzebuje wsparcia (choroba w rodzinie), i nie odrzuca mnie ostatnio w rozmowach, jednak wciąż powtarza żebym nie miał nadziei. A ja mimo wszystko ją mam, bo przecież ta umiera ostatania. Jestem w kropce, ale zabijam to marzeniami i planami na najbliższą przyszłość. Jako kreatywna osoba, uciekam w twórczość. Szkoda tylko że nie da się tak łatwo wyrwać z głowy myśli i wstawić implant nowych i nieśmiganych. Byłoby o wiele prościej. Życzę wszystkim dużo sił w drodze do siebie.
moj chlopak wybral taka sama droge pozbycia sie mnie. zero rozmowy, zero wyjasnien, po prostu po jednej klotni (a klocilismy sie bardzo rzadko) przestal sie do mnie odzywac, chcialam wyjasnien, ale mnie zbywal (pisal ,,wyluzuj!"). ta ,,klotnia" miala miejsce tydzien temu. pisze w cudzyslowiu, bo po prostu przyszlam do niego i bez krzyku, spokojnie powiedzialam mu ze jestem na niego zla, bo mnie oklamal. o tamtej pory zero kontaktu, poza tylko chloodnymi, zdawkowymi odpowiedziami na moje smsy. nic konkretnego sienie dowiedzialam. nie wiem czy jestemy razem. na razie chce tylko tego-wiedziec na czym stoje. mialam nadzieje na rozmowe w ten wekend, ale wyjechal. wraca jutro, wiem ze sie nie odezwie, wiec wysle smsa, z pytaniem co jest grane. boje sie odpowiedzi. bylismy ze soba prawie 3 lata, chyba zasluguje na jakies uczciwe zerwanie? nie moge jesc, spac, na nic nie mam ochoty, ciagle mysle tylko o tym jak mozna byc tak podlym i w taki sposob pozbyc sie ze swojego zycia czlowieka, z ktorym tyle cie laczylo. bo na happy end nie mam juz chyba nadziei (a mnoze tak sobie wmawiam), bo nie potrafie racjonalnie wyjasnic jego zachowania
Hej
Rozstałam się z facetem który był dla mnie wszystkim poświęciłam dla niego wszystko przy okazji zabrał mi wszystko znajomych koleżanki rodzinę zostałam sama z problemami. byliśmy 3 lata miałam zaplanowane wesele wszystko gotowe az w końcu słyszę ze to koniec mam inna kocham ja ciebie nie kochałem byłem bo było fajnie z tobą..... mineło 2 tygodnie nie jem nic nie śpię od tamtego momentu schudłam 7 kg.Mieszkam w mieście obcym nie mam tu nic 4 ściany i pracę wpadłam chyba w depresje pije codziennie zaczełam palić życie dla mnie nie ma sensu......
Jak mam dalej żyć???
Ja mam ten sam problem, jednak byłam z chłopakiem, który wywalczył względy u mnie, rozkochał mnie ... tylko pół roku. Jednak po dwóch miesiącach zamieszkaliśmy już razem. Po paru kłótniach on stwierdził, że pękło coś w nim.. i rozstaliśmy się ... poprosił bym się wyprowadziła. I muszę zacząć nowy etap w życiu pomimo, że to dopiero drugi dzień mija, nie potrafię sobie poradzić... Cały czas myślę, że mogłam zrobić coś inaczej... a przecież czasu się już nie cofnie. Staram się tłumaczyć sobie, że tak będzie lepiej... że ułożę sobie jakoś wszystko... ale to takie trudne... święta, sylwester ... wszystko bez niego... ciągle widzę tylko szczęśliwe pary... a na pożegnanie powiedział, że kocha mnie ale to nie jest teraz ważne....
Ola...
Kiedy tylko zaczęłam czytać Twój tekst, całe moje życie stanęło mi przed oczami. Przeżyłam podobną historię, z tym że mój związek trwał połowę krócej, niż Twój. Nie znaczy to jednak, że mniej bolało...
Byłam bardzo zakochana, nie istniał świat, tylko ON. Nic nie było dla mnie ważne, ani rodzina, ani szkoła, ani własne spełnienie. Ważne, by ON był szczęśliwy... Wszystko układało się cudownie, jak w filmie. Wiadomo, że były drobne spięcia o różne rzeczy, ale mimo to nie wyobrażaliśmy sobie życia bez siebie. Aż nagle zachorowałam. Lekarze nie wiedzieli co mi jest, były podejrzenia o najgorsze... I nagle okazało się, że nie ma GO przy mnie... Nie było GO u lekarza, nie trzymał mnie za rękę, nie ocierał łez, nie uspokajał, nie pomagał uspokoić oddechu... Długo biłam się z myślami CO DALEJ??? W tak ważnej dla mnie sprawie nie było GO, wiec jaką mam pewność, że będzie ze mną w przyszłości? I podjęłam decyzję - to koniec. Rozstaliśmy się... On się starał, ale dla mnie nie miało to już najmniejszego sensu. Życie legło mi w gruzach. Potrzebowałam chwili spokoju, szykowałam się już na spotkanie z tymi, którzy dawno od nas odeszli... (bo nie jeszcze znałam wyników badań) I podjęłam decyzję, że nie mogę już tak dłużej... Odeszłam, mimo, że kochałam nad życie... On zapewniał o swojej miłości, mówił, że jego życie straciło sens, że nie wyobraża sobie teraz siebie, że cały jego świat legł w gruzach... poprosił mnie nawet o rękę... ja byłam nieugięta... Serce krzyczało: głupia, co robisz, przecież GO kochasz!!! A rozum swoje... Posłuchałam rozumu... Za parę dnie zobaczyłam GO z inną... To zabolało... Potem z drugą i trzecią... Myślała, że za jakiś czas będziemy mogli znowu spróbować... Ja też chudłam w oczach, byłam w głębokim amoku, bez celu w życiu... i bez NIEGO... Nie potrafiłam się odnaleźć w nowym życiu, w nowej sytuacji... Żyłam bez serca, bez powietrza... Dla mnie nic nie miało znaczenia... On naprawdę był MOJĄ MIŁOŚCIĄ, JAKA ZDARZA SIĘ RAZ... Najzabawniejsze jest to, że pokochałam GO od pierwszego wejrzenia...
Minęło już wiele lat po tym rozstaniu... ON nadal jest dla mnie ważny, często o nim myślę, wszystko mi GO przypomina... Mimo lat...
Ale dałam sobie radę z tym dramatem... Nie było łatwo... Nie pamiętam co się za mną działo przez rok czasu... Robiłam wszystko automatycznie, nic nie miało dla mnie sensu... Potrafiłam nie wstawać z łóżka całymi dniami, byłam na lekach uspokajających... Ale powoli zaczęłam odbijać się od dna... I Ciebie też czeka takie odbicie... Potem będziesz silniejsza... Dużo silniejsza...
Witam! Wiem dokładnie co czujesz. ok tydzień temu rozstałam się z chłopakiem, z którym byłam 6 lat i z którym mieszkałam w akademiku. Strasznie boli... strasznie. Zostawił mnie dla osoby, którą uważałam za przyjaciółkę i z którą również mieszkałam. Nie czekali długo, dziś w nocy spali już razem. Ja musiałam się szybko wyprowadzić, żeby tego nie oglądać i żeby zachować jako takie zdrowie psychiczne. W środku mnie jest ogromna pustka wypełniona czymś co trudno zidentyfikować, jest to w każdej komórce ciała i powoduje ogromny ból. Czy to kiedyś przejdzie? Wszyscy mówią, że tak, ale ja nie wiem, bo przecież rzadko kto coś takiego przeżył. Ja go kocham i chce dla niego dobrze, nie krzyczałam, nie awanturowałam się, nie robiłam na złość, po prostu spakowałam swoje rzeczy i się wyniosłam. Powiedziałam, że życzę im żeby byli szczęśliwi. Nie chcę żeby moje cierpienie poszło na marne. A może chce... nic już nie wiem
Witam, jestem w podobnej sytuacji. Półtorej tygodnia temu zostałam porzucona przez mojego chłopaka, z którym byłam półtorej roku....w sumie to nawet nie wiem czemu mnie zostawił. Pokłóciliśmy się o tak błahą rzecz, że chyba każdy by się tu śmiał jakbym to napisała. W każdym bądź razie jest mi bardzo ciężko. Dwa dni temu zasłabłam i byłam w szpitalu, przełożyłam egzaminy w szkole, bo nie jestem w stanie się nawet uczyć, wczoraj ryczałam, wyłam z bólu jaki we mnie siedzi przez 3h. Jest ciężko nawet bardzo. Do pracy chodzę na automacie. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że jak się pokłóciliśmy myślałam, że po kilku dniach się pogodzimy, a on po prostu przestał się odzywać. Dzwoniłam, pisałam, on po prostu zniknął, odszedł bez słowa, to bardzo boli, że tak mnie potraktował po półtorej roku związku, ale wiem, że muszę przez to przejść, chociaż serce mi pęka. Nie widzę sensu życia, nie jem, nie śpię. Nie wiem co dalej mam zrobić ze sobą i swoim życiem...
Hej! Chociaż od mojej wypowiedzi minął ponad miesiąc muszę przyznać, że z moim samopoczuciem jest lepiej, ale nierewelacyjnie !! Waga jak spadała tak spada, noce nadal nieprzespane, ale są już inne myśli, że nie warto się tak zadręczać tylko dlatego że "on" mnie już nie kocha - niestety nie zmuszę go na siłę do miłości. Niedawno dowiedziałam się, że związał się z dziewczyną, z którą mnie zdradził - mają razem zamieszkać, ale jedynym plusem jest to, że w innym mieście i jest nadzieja, że w końcu go nie będę widywać !! Czasem jak siedzę sam,a a teraz bywa to rzadko, bo przyjaciele mi na to nie pozwalają, uronię łzy ! Czas leczy rany, ale blizny mimo wszystko pozostają!! Może byłoby mi łatwiej zapomnieć, jeżeli on by się nie odzywał. Czasem nie wiem o co mu tak naprawdę chodzi ;/ "Nie skarb jest przyjacielem, lecz Przyjaciel jest Skarbem..." Moim postanowieniem noworocznym jest zapomnieć o przeszłości, a żyć teraźniejszością, oby się to udało i Wam także życzę, by te smutne chwile jak najszybciej przeszły w zapomnienie !!
Ja rozstałam się po 7 latach. Nie jesteśmy razem 3 miesiące i nadal serce mnie boli. Ale jest już lepiej niż na początku.
Hej, moja sytuacja jest podobna do waszych. W naszą rocznicę mój były oznajmił mi, że to koniec. Było to w czerwcu, pod koniec wakacji widziałam już go z inną. Minęło pół roku, a mi nadal ciężko jest o tym mówić. Ktoś kogo darzyłam ogromnym uczuciem udaje teraz, że mnie nie zna, a niestety widzimy się codziennie, bo chodzimy do tej samej klasy. Jak poradzić sobie z tym wszystkim? Czy on naprawdę nie pamięta już wspólnych chwil?
Moja historia może nie różni się od waszych, ale może jak ją tutaj opowiem będzie mi choć trochę lżej. Poznaliśmy się, jak byłam jeszcze w szkole średniej. Był ode mnie o 7 lat starszy. Bardzo go kochałam (czy nadal, nie wiem, obawiam się, że tak). Po prawie 4 latach się zaręczyliśmy. Po 5 latach pobraliśmy się. Po roku odeszłam, ale odeszłam nie dlatego, że mi coś "odbiło", spodobał mi się ktoś inny czy tym podobne, nie, nie dlatego. Kochałam go jak nikogo na świecie, nikomu tak nie ufałam.
Małżeństwem byliśmy rok, a jeśli wliczyć w to czas oczekiwania na rozwód to 1.5 roku. Gdy się wyprowadzałam, powiedziałam: "nie odchodzę od Ciebie, odchodzę z domu twoich rodziców". Przez 4 miesiące błagałam go aby przeprowadził się do mnie do mieszkania moich rodziców a najlepiej żebyśmy coś sami wynajęli. Nie chciał, słyszałam tylko: "mamy gdzie mieszkać". Choć serce mówiło co innego, a rozum co innego to po 4 miesiącach złożyłam pozew o rozwód. Wszystko skończyło się na pierwszej rozprawie.
Od momentu mojej wyprowadzki schudłam 25 kg. Nie wiem jak bo jadłam normalnie.
Czy płakałam? Tak, najczęściej na imprezach ze znajomymi, po alkoholu. Zaraz po wyprowadzce byłam na zwolnieniu lekarskim, ponad miesiąc. Nie byłam w stanie podnieść się i pójść do pracy. Najgorsze były noce, bo nadal mi się zdarza nie spać po prostu w nocy. Palę ponad paczkę papierosów dziennie, innych nałogów nie mam. To jak potraktowali mnie jego rodzice i on sam nie daje mi do dzisiaj spokoju. Nie mogę uwierzyć, że nie pozwolili mu pójść za żoną, a i on sam tego nie zrobił. On ma 30 lat, normalnie rozmawia ze mną tylko wtedy gdy nie ma rodziców w pobliżu.
Ja się tam w ogóle nie liczyłam, on miał kasę ze swoimi rodzicami, a ja sama. Kupował coś to mi o tym nie mówił tylko rodziców się pytał. Wmawiali mu, że go zdradzam. Nigdy nawet o innym nie pomyślałam, zawsze był tylko on. To tylko kilka przykładów.
Mija rok, czy jest lepiej? Raczej nie. Nie potrafię o nim zapomnieć, inni faceci da mnie nie istnieją. Coraz częściej płaczę, wspominam wszystko co dobre i złe, zastanawiam się czy tego nie skończyć. Chyba tylko wiara w Boga trzyma mnie jeszcze i wspomnienie tego jak bardzo byłam ciekawa życia.
Jeszcze przed odejściem byłam u psychologa, który uświadomił mi, że on na mnie nie zasługuje, że powinniśmy przyjść razem, mąż powiedział, że tylko nienormalni chodzą do psychologów.
Za 2 miesiące wyjeżdżam za granicę. Czy uciekam? Tak, chyba tak. Mam nadzieję, że w środowisku gdzie nikt nie zna mnie ani jego, jakoś się pozbieram. Tak to sobie tłumaczę.
Czy dobrze? Tego nie wiem.
Życzę Wam dużo siły.
~Wiktoria.
Ja byłam zakochana w facecie starszym od siebie 13 lat różnicy nas dzieliło ale nie mogę sobie poradzić z tym, że nie potrafię zapomnieć o nim wiedząc, że on istnieje. Co robić? Uciekam żeby zapomnieć, wyjeżdżam za granicę ale nie pomaga. Jestem obecnie w Anglii.
To był sierpień... wakacje, a właściwie ich koniec. Jak prawie każda 17-latka chodziłam na imprezy, przyhaczałam kolesi, no ale żaden nie wpadł mi na dłużej w oko, a tym bardziej w serce. Poznałam chłopaka przez internet, był ze wsi obok mojego miasta. Poznaliśmy się już w tym samym dniu i było super. Rozmawialiśmy i śmialiśmy się, po prostu czułam, że przypadliśmy sobie do gustu. Chciałam go poznać bliżej, on mnie także, ale niestety bez powodu (tak mi się wydaje) jeszcze przed końcem wakacji wszystko zniknęło. On się nie odezwał, ja też nie miałam ochoty się godzić czy przepraszać za coś, czego nie zrobiłam, bo nic takiego nie zrobiłam, wszystko było OK, ale jednak coś... po prostu nie wyszło. Trudno. Dokładnie 2 miesiące później napisał, czy o nim nie zapomniałam i spotkaliśmy się już tego samego dnia. To było głupie! ;d;d ale... zrobiliśmy to;)) Czy to wspominam miło? To nie ma żadnego znaczenia. Próbuję jedynie zapomnieć o tym. Ale kontynuując... spotykaliśmy się nieregularnie przez 3 następne miesiące (październik, listopad grudzień). Miałam czasem wrażenie, że to miłość, chociaż nikt o tym głośno nie powiedział. Zazwyczaj to wyglądało tak, że ja wiedziałam po co idę, a on wiedział po co przyjeżdża (robiliśmy to zawsze w samochodzie). Było to monotonne, ale ja chodziłam do szkoły, a on i do szkoły, i do pracy, więc w ogóle fajnie, że znajdywał ten czas późnym wieczorem, ale znajdywał. Był jak marzenie. Czy byłam zakochana? Bardziej zaślepiona. Czułam się zagubiona i chyba zaczęłam to traktować poważnie. Pod koniec roku wyjechałam do babci, niedaleko, na chyba 2 dni, a gdy przyjechałam, dowiedziałam się, że ten chłopak ma już inną. Nie ucieszyłam się za bardzo z tego powodu, spytałam go co z nami? A on powiedział, że nie było nas. Pytałam, jak mógł mi to zrobić? (Cokolwiek to dla niego wtedy znaczyło). A on odparł: przecież nic ci nie obiecywałem. W sumie to miał rację, bo ja nie przypominam sobie, żeby mi coś obiecał, aczkolwiek straciłam go (kimkolwiek dla mnie był albo nie był znaczył coś dla mnie i dla mojego serca. Potrzebowałam go). Trudno. Poddałam się. Nie walczyłam, bo po co kogoś zmuszać ;/ Bez sensu. Na początku stycznia poznałam chłopaka xxx już na początku dał mi do zrozumienia, że mnie kocha i nie może beze mnie żyć. Pokochałam go i ja. Jestesmy obecnie razem, ale nie widzieliśmy się dość długo, przynajmniej z tydzień, może więcej. Nie wiem, co robić. Z dnia na dzień powstają nowe dylematy, żeby zakończyć ten związek, że nie ma sensu przedłużać tego, że pewnie ma inną, że mnie już nie kocha, a on wczoraj dzwonił i zapewniał, że nic się nie zmieniło, że mnie wciąż bardzo kocha. Nie wierzę chyba w to, co mówi. Jakby tak było, to by mnie pragnął ponad wszystko. I niby tak jest, bo gdy jesteśmy razem to najchętniej by mnie zatrzymał na zawsze. Planuje ze mną przyszłość, ale nie rozumiem jednego. Dlaczego nagle, a może z czasem, stał się dla mnie taki oziębły. Kiedyś wysyłam SMS-y, dzwonił co chwilę, a teraz ani SMS-a, a dzwoni tylko wtedy, gdy to na nim wymuszę, i to z wielką biedą... coś jest nie tak, czuję to, ale nie wiem co. Kocham go i gdy dziś robiłam obiad, a byłam sama w domu i puściłam sobie radio, leciała piosenka IRA "Nie daj mi odejść", i się mi chciało ryczeć, jak pomyślałam, że muszę to zakończyć. Do teraz się nie odezwał od wczoraj i wiem, że tego nie zrobi, dopóki ja nie napiszę mu, by zadzwonił; koniec. Mam nadzieję, że to nie była najgłupsza historia. Czekam na wasze komentarze.
A tę piosenkę wysłał mi, zanim zaczęliśmy chodzić ze sobą :))) D Bomb Oczy pełne łez.
Witam,
Piszę tu bo mam nadzieję że wylanie emocji mi w jakimś stopniu pomoże. Mam 25 lat, po 5 latach związku zostałem porzucony, bez wiadomości ani informacji o powodzie. Nie byłem święty w tym zwiazku, chwilami strasznie sie kłócilismy, potrafilismy mieć ciche dni. Otwarcie mówię "my", w głębi duszy myślę "ja", i wiem że to jest złe i muszę to wyplewić ze swojej głowy.
Wracając do związku: zrobiła to tak, że nagle zamilkła, przestała odpisywać na smsy, odmawiała spotkań (mieszkamy od siebie bardzo daleko). Mija już 5 miesiąc od momentu kiedy ona zaczęła robić uniki, przez ten czas udało mi się sprowokować kilka rozmów. Jedna z pierwszych rozmów, i dowiaduję się że "nie jesteśmy razem" (martwiłem się, w miedzyczasie ktoś z jej bliskiej rodziny poważnie zachowrował i chciałem być wsparciem dla niej). Apel do ludzi: róbcie takie rzeczy w humanitarny sposób czyli spotkanie + wyjaśnienie, a nie tchórzliwe unikanie i traktowanie byłego partnera jak śmiecia, o którym należy zapomnieć.
Należę do osób które nie lubią niedomówień, dlatego sprowokowałem kilka rozmów, z których dowiedziałem się że nagle (w ciągu 2 miesięcy) pojawili się w jej życiu ludzie, których nazywa przyjaciółmi, a o których przez czas bycia ze mną tylko zdawkowo opowiadała. Dowiedziałem się że spotykała się z innym będąc ze mną, nagle zrobiła się imprezowiczką (pomimo choroby ojca!), chociaż wcześniej rzadko chciała chodzić na imprezy. Nie wiem co ją tak zmieniło, ale pomimo to wciąż ją Kocham i mógłbym jej wszystko wybaczyć, tak czuję w środku. Na zewnątrz jednak wiem że nie powinienem mieć złudzeń.
Momentami czuję się bezradny, bo wiem że ona potrzebuje wsparcia (choroba w rodzinie), i nie odrzuca mnie ostatnio w rozmowach, jednak wciąż powtarza żebym nie miał nadziei. A ja mimo wszystko ją mam, bo przecież ta umiera ostatania. Jestem w kropce, ale zabijam to marzeniami i planami na najbliższą przyszłość. Jako kreatywna osoba, uciekam w twórczość. Szkoda tylko że nie da się tak łatwo wyrwać z głowy myśli i wstawić implant nowych i nieśmiganych. Byłoby o wiele prościej. Życzę wszystkim dużo sił w drodze do siebie.
pozdrawiam
K.
moj chlopak wybral taka sama droge pozbycia sie mnie. zero rozmowy, zero wyjasnien, po prostu po jednej klotni (a klocilismy sie bardzo rzadko) przestal sie do mnie odzywac, chcialam wyjasnien, ale mnie zbywal (pisal ,,wyluzuj!"). ta ,,klotnia" miala miejsce tydzien temu. pisze w cudzyslowiu, bo po prostu przyszlam do niego i bez krzyku, spokojnie powiedzialam mu ze jestem na niego zla, bo mnie oklamal. o tamtej pory zero kontaktu, poza tylko chloodnymi, zdawkowymi odpowiedziami na moje smsy. nic konkretnego sienie dowiedzialam. nie wiem czy jestemy razem. na razie chce tylko tego-wiedziec na czym stoje. mialam nadzieje na rozmowe w ten wekend, ale wyjechal. wraca jutro, wiem ze sie nie odezwie, wiec wysle smsa, z pytaniem co jest grane. boje sie odpowiedzi. bylismy ze soba prawie 3 lata, chyba zasluguje na jakies uczciwe zerwanie? nie moge jesc, spac, na nic nie mam ochoty, ciagle mysle tylko o tym jak mozna byc tak podlym i w taki sposob pozbyc sie ze swojego zycia czlowieka, z ktorym tyle cie laczylo. bo na happy end nie mam juz chyba nadziei (a mnoze tak sobie wmawiam), bo nie potrafie racjonalnie wyjasnic jego zachowania
Hej
Rozstałam się z facetem który był dla mnie wszystkim poświęciłam dla niego wszystko przy okazji zabrał mi wszystko znajomych koleżanki rodzinę zostałam sama z problemami. byliśmy 3 lata miałam zaplanowane wesele wszystko gotowe az w końcu słyszę ze to koniec mam inna kocham ja ciebie nie kochałem byłem bo było fajnie z tobą..... mineło 2 tygodnie nie jem nic nie śpię od tamtego momentu schudłam 7 kg.Mieszkam w mieście obcym nie mam tu nic 4 ściany i pracę wpadłam chyba w depresje pije codziennie zaczełam palić życie dla mnie nie ma sensu......
Jak mam dalej żyć???
Dodaj nowy komentarz