Żyje z tym od dawna. Najpierw pojawiała się chęć ucieczki, a dzieciaki z sąsiedztwa traktowały to jako zabawę, kiedy wszyscy mnie szukali a ja nie miałem dokąd uciekać. Potem chciałem umrzeć. Śmierć nie jest straszna. Wiem, bo kiedyś przez przypadek zatrułem się tlenkiem węgla i byłem 2 dni nieprzytomny. Wierzyłem, że Bóg mnie ocalił i dał mi kolejną szansę... Dlatego przez parę lat odganiałem te myśli. Ale szybko wyrosłem z wiary, bo żadnego boga nie ma. Zmarły dwie bardzo bliskie osoby. Przy pogrzebie jednej zrobiono straszne zamieszanie i było mi niewyobrażalnie wstyd. Publicznie mnie poniżono... Potem mój kolega popełnił samobójstwo. Wtedy uświadomiłem sobie, jakie to ciężkie przeżycie dla wszystkich... Nie potrafię targnąć się na własne życie ze względu na wspomnienie tego, co działo się po śmierci Olka i bólu, jaki mi osobiście zadał. Nie chcę zrobić tego samego komukolwiek. Ale... Od roku biorę leki psychotropowe. Od grudnia poprawiało się stopniowo... Ale mniej więcej w rok od momentu, kiedy depresja zmusiła mnie do przerwania studiów objawy wróciły. Nie mogę spokojnie spać. Jestem wycieńczony psychicznie. Wszyscy wokoło udają, że nie zauważają mojej choroby, licząc chyba na to, że sam się cudownie uzdrowię. Życie jest torturą. Ogarnia mnie na przemian paniczny lęk, albo niepohamowana wściekłość... Jedynym efektem leków jest to, że pomimo wszystko nadal myślę przytomnie, ale to wcale nie przynosi mi ulgi, wręcz przeciwnie. Stan w którym znajdowałem się rok temu był bardziej znośny. Jest człowiek, który uchronił mnie przed chorobą alkoholową, jestem mu za to wdzięczny. Nie wiem co ze sobą zrobić. Leki mi nie do końca pomogły. Znajduję się w stanie skrajnego wyczerpania, nikt się mną nie opiekuje... Boję się, że przy kolejnym napadzie furii stracę życie, albo co gorsze pozbawię życia wiele osób. Jest wiele sposobów... Kiedy na samym początku naiwnie spowiadałem się księdzom z moich problemów uciekali z konfesjonału. Samobójstwo było by egoizmem. Życie jest torturą. Nie mam wyjścia, ale boję się sam siebie. Jeśli znowu zmienię się w to coś znowu, może nie będzie powrotu... Ostatnio przez tydzień nie byłem sobą, chociaż furia przeszła po kilku godzinach siedzenia w wannie. Chyba chciałem się utopić. Ale ból, woda, książki, alkohol działają na mnie kojąco... Podobnie jak pisanie o swoich doświadczeniach. Kiedy z siebie to wyrzucam na kilka dni jest mi lżej.
Żyje z tym od dawna. Najpierw pojawiała się chęć ucieczki, a dzieciaki z sąsiedztwa traktowały to jako zabawę, kiedy wszyscy mnie szukali a ja nie miałem dokąd uciekać. Potem chciałem umrzeć. Śmierć nie jest straszna. Wiem, bo kiedyś przez przypadek zatrułem się tlenkiem węgla i byłem 2 dni nieprzytomny. Wierzyłem, że Bóg mnie ocalił i dał mi kolejną szansę... Dlatego przez parę lat odganiałem te myśli. Ale szybko wyrosłem z wiary, bo żadnego boga nie ma. Zmarły dwie bardzo bliskie osoby. Przy pogrzebie jednej zrobiono straszne zamieszanie i było mi niewyobrażalnie wstyd. Publicznie mnie poniżono... Potem mój kolega popełnił samobójstwo. Wtedy uświadomiłem sobie, jakie to ciężkie przeżycie dla wszystkich... Nie potrafię targnąć się na własne życie ze względu na wspomnienie tego, co działo się po śmierci Olka i bólu, jaki mi osobiście zadał. Nie chcę zrobić tego samego komukolwiek. Ale... Od roku biorę leki psychotropowe. Od grudnia poprawiało się stopniowo... Ale mniej więcej w rok od momentu, kiedy depresja zmusiła mnie do przerwania studiów objawy wróciły. Nie mogę spokojnie spać. Jestem wycieńczony psychicznie. Wszyscy wokoło udają, że nie zauważają mojej choroby, licząc chyba na to, że sam się cudownie uzdrowię. Życie jest torturą. Ogarnia mnie na przemian paniczny lęk, albo niepohamowana wściekłość... Jedynym efektem leków jest to, że pomimo wszystko nadal myślę przytomnie, ale to wcale nie przynosi mi ulgi, wręcz przeciwnie. Stan w którym znajdowałem się rok temu był bardziej znośny. Jest człowiek, który uchronił mnie przed chorobą alkoholową, jestem mu za to wdzięczny. Nie wiem co ze sobą zrobić. Leki mi nie do końca pomogły. Znajduję się w stanie skrajnego wyczerpania, nikt się mną nie opiekuje... Boję się, że przy kolejnym napadzie furii stracę życie, albo co gorsze pozbawię życia wiele osób. Jest wiele sposobów... Kiedy na samym początku naiwnie spowiadałem się księdzom z moich problemów uciekali z konfesjonału. Samobójstwo było by egoizmem. Życie jest torturą. Nie mam wyjścia, ale boję się sam siebie. Jeśli znowu zmienię się w to coś znowu, może nie będzie powrotu... Ostatnio przez tydzień nie byłem sobą, chociaż furia przeszła po kilku godzinach siedzenia w wannie. Chyba chciałem się utopić. Ale ból, woda, książki, alkohol działają na mnie kojąco... Podobnie jak pisanie o swoich doświadczeniach. Kiedy z siebie to wyrzucam na kilka dni jest mi lżej.
Dodaj nowy komentarz