Witam, od jakiegoś czasu dręczy mnie dokładnie taki sam problem. Jestem bardzo zaskoczony, że ktoś napisał niemal to co ja chciałem napisać. Pisałem o swoim problemie ale niezbyt się wysiliłem by go opisać i chyba ktoś po prostu uznał, że był już podobny temat gdyż nie dostałem odpowiedzi. Bardzo dobrze wiem, co Pani czuje. W ciągu ostatnich paru lat zmieniłem się nie do poznania. Kiedyś byłem człowiekiem energicznym, wesołym, odważnym, pewnym siebie, towarzyskim i wprost kochałem być w centrum uwagi. Byłem optymistą i cały czas czułem się szczęśliwy. Żadne porażki czy trudności nie zdejmowały ze mnie radości życia. Gdyby samoocenę ludzką przedstawić w postaci czegoś w rodzaju termometru to słupek wskaźnika w moim przypadku wyleciałby poza skalę i oczywiście tą górną. Miałem ogromne ambicje, byłem pewny, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Motywacja do wszelkiego działania wprost "wychodziła mi uszami". Czerpałem przyjemność z każdej chwili życia, każde miejsce jakie widziałem było dla mnie tak piękne, że mogłem długo siedzieć i obserwować każdy jego szczegół. Jeśli miałbym tamten stan do czegoś porównać to wykazywałem cechy człowieka chorego na manię z tą różnicą, że byłem całkowicie zdrowy, świadomy swoich działań i ich słuszności lub niesłuszności oraz miałem całkowitą kontrolę nad sobą. Dziś jestem przeciwieństwem tamtego człowieka. Budzę się tylko po to, żeby jak najszybciej doczekać się wieczoru i momentu, kiedy będę mógł znów położyć się do łóżka. Męczę się sam ze sobą i ze wszystkim co mnie otacza. Na co się nie popatrzę wydaje mi się to szare i brzydkie. Mam ciągle podły nastrój, cały czas chodzę zestresowany i poirytowany. Nie mam na nic siły, nie potrafię się na niczym skoncentrować, brak jakiejkolwiek chęci do działania. Kontakty z ludźmi ograniczam tylko do tego stopnia by znajomi o mnie nie zapomnieli. Nic nie sprawia mi przyjemności. Jakiekolwiek imprezy, zabawy czy tego typu rzeczy mnie nie interesują a przecież jestem jeszcze bardzo młody i źle się czuję ze świadomością, że marnuję ten okres życia, za którym wszyscy tak tęsknią. Najlepiej czuję się sam w domu (bo nawet obcy ludzie mnie denerwują choćby swoją obecności) do czasu kiedy przyjdą paranoiczne lęki a lubią mnie one nachodzić szczególnie wieczorem, choć za dnia, nawet gdy jestem wśród innych osób, również się zdarzają. Ciągłe lęki, stres i wstyd a także natrętne myśli, których nie mogę się pozbyć. Kompulsje również zauważyłem chociaż nie są one na tyle wyraźne by przeszkadzały mi w normalnym zachowaniu, gorzej jest z lękami. Najgorzej reaguję na telefon albo dzwonek do drzwi. Raz przez to chciałem uciekać przez okno. Mieszkam na szóstym piętrze w bloku, miałem nadzieję, że uda mi się zejść po balkonach ale nie zrobiłem tego bo zabrakło mi odwagi. Nie chcę umierać a przynajmniej nie w taki głupi sposób. Moja samoocena nadal wykracza poza skalę ale tym razem chodzi mi o granicę dolną. Czasem zachowuje się agresywnie w stosunku do innych ludzi, trochę mi to pomaga ale tylko na krótką chwilę, później dręczą mnie wyrzuty sumienia. Wszystko to trwa u mnie już trzy lata, czy ktoś sobie zdaje sprawę jakie te trzy lata mogą się wydawać długie człowiekowi w takim stanie? Nie chcę żeby dłużej tak było. Nie chcę być słabym, gnuśnym, zakompleksionym, zdołowanym i wiecznie wystraszonym szaleńcem zniewolonym przez własne dolegliwości. Chcę być tym człowiekiem co kiedyś. Ile ja bym dał żeby tak było. Nie wiem jednak co zrobić, nie wiem jak się leczyć, nie wiem do kogo iść. Nie wierzę w pomoc psychologów - terapia rozmową wydaje mi się zupełnie absurdalna. Wierzę tylko w leki, operacje i w siłę wyższą ale nie jestem typem człowieka, który czeka na cud. Chciałbym pójść do lekarza, nawet znajomi mówią mi, że coś jest ze mną nie tak ale ciężko mi będzie zebrać na to siły.
Witam Pana bardzo serdecznie
Kiedy zobaczyłam Pana komentarz dotyczący problemu, z którym ja borykam się już od dłuższego czasu poczułam się trochę oszołomiona gdyż dotarło do mnie,że nie jestem sama co więcej,że nie są to tylko moje wymysły tylko jest to problem,który istnieje na prawdę.Teraz zaczynam się trochę bać,gdyż widzę,że i ja sama sobie nie poradzę-tylko jak to zrobić,żeby móc przełamać w sobie tę dziwna blokadę przez która nie jestem w stanie zrobić nic dzięki czemu mogłabym wrócić do dawnej siebie.
Widzę,że i Pan ma podobne obawy co do efektywności wizyty lekarskiej-jednak proszę mi wierzyć,że to chyba jedyne racjonalne wyjście gdyż nic i nikt przynajmniej z mojego otoczenia nie jest w stanie jakkolwiek mi pomóc.Ja mam męża i dziecko lecz on nawet nie zauważa mojego problemu lub też myśli,że jakoś to będzie lub minie-jednak ja wiem ,że nie minie.
Moje najtrudniejsze wyzwanie teraz to spróbować przełamać ten "strach"-Panu też to polecam -może wtedy będzie widać jakieś światełko w tunelu do powrotu do tego co było kiedyś.
Powiem Panu jeszcze,że może to okrutne i przepraszam za to stwierdzenie,lecz poczułam się też odrobinę lepiej,że jest ktoś kto podziela te same problemy,gdyż nie czuje się już tak osamotniona-uzmysłowiłam sobie również dzięki Panu jak wielki problem mamy-poczułam bodziec do działania....Mam nadzieję,że coś zrobię,że zrobi i Pan.
Pozdrawiam
Witam
Zgadzam się z Panią, myśl że "ktoś też tak ma" jest dla Nas trochę pocieszająca i motywująca ponieważ uświadamia Nam, że nie jesteśmy dziwolągami, jak Ja myślę o sobie od kilku lat. Od zawsze uważałem, że jest coś ze mną nie tak. Jestem cholernie nieśmiały, a do tego nieufny. Powoduje to niemożność odnalezienia się w towarzystwie. Odczuwam ogromny strach przed każdą nową sytuacją w życiu, dlatego staram się unikać zmian przez co zmniejsza się prawdopodobieństwo poprawy. Objawy te obniżają moje morale do takiego stopnia, że już nieraz zastanawiałem się nad sensem życia. Mam dziwne podejście do rzeczywistości: wszystko jest albo czarne, albo białe. Nic po środku. Często budzi to konflikty w moim otoczeniu. Ciągle uważam, że nikt mnie nie lubi, w pracy robią mi na złość. Nie potrafią o niczym pogadać. Nie potrafię zlokalizować źródła takiego podejścia, ale rujnuje ono życie. Do tego mam straszny problem z zapominalstwem i totalną nieumiejętnością skupienia uwagi. Najtrudniejsze w tym wszystkim jest zdać sobie sprawę, że coś się pochrzaniło. Jeżeli to się udało, a tak jest na pewno bo piszemy tu na forum to jest to pierwszy krok do sukcesu. Ja zanim doszedłem do wniosku że się skrzywiłem pogłębiałem swój stan przez 5 długich lat i to podczas studiów. Nie zgodzę się ze zdaniem poprzednika, że rozmowa nie jest w stanie pomóc. Zacząłem sam swoistego rodzaju terapię. Były to właśnie rozmowy z innymi ludźmi. Byłem i w zasadzie dalej jeszcze mam przekonanie że świat jest totalnie zepsuty. Tak jednak nie jest do końca. Otacza Nas mnóstwo życzliwych ludzi. I to z nimi trzeba rozmawiać. Poznałem jakiś czas temu kobietę, tak pogodną i życzliwą, że nie mogłem w to uwierzyć. Kiedy zobaczyłem, że rozmawia ze mną nie jak z przypadkowo poznaną osobą tylko jak z prawdziwym facetem dowartościowało mnie to na tyle, że powolutku bardzo małymi kroczkami coraz bardziej chce mi się żyć. Jeżeli masz partnera, uważam że nie powinno się przed nim tego problemu ukrywać. Jest On pierwszą osobą która może Ci pomóc. Partner może być nieświadomy istnienia takiej przypadłości ponieważ np u mnie nauczyłem się maskować przez głupie, chamskie i złośliwe docinki co zbudowało obraz mnie jako... nie muszę pisać. Partner może nie chcieć również podjąć tego tematu ze strachu, że może urazić pytaniem: " Czy ty masz problem ze sobą". Pogadałem nawet raz z kolegą z pracy, że coś mnie trapi. W odpowiedzi usłyszałem, że On o tym wie tylko nie wie jak mi pomóc w moim stanie. Uświadomił mi że sam zaniżam swoją wartość a mam do wszystkich o to pretensje. Czekanie aż problem się sam rozwiąże do niczego nie prowadzi. Żeby przyspieszyć powrót do normalności udałem się dodatkowo do psychologa. Ponieważ dopiero trwa rozpoznanie nie mogę przedstawić skutków terapii, ale już wiem, że da jakieś efekty. Po moim krótkim życiorysie Pani doktor wymieniła po godzinie wszystko co mnie "boli" do czego ja dochodziłem przez 2 ostatnie lata studiów. Myślę, że najlepszym sposobem do podjęcia działań jest oczywiście cel. Dla mnie jest nim Ona i pewnie gdyby nie to, że Ją poznałem dalej bym się zatracał. Jeśli chodzi o farmakologię to nie wierzę że jest w stanie pomóc. Przecież pogorszenie stanu nastąpiło równie samoczynnie bez udziału chemii. Dlatego nie ma sensu się truć. Cud i tak się nie zdarzy.
Pozdrawiam
Spróbuj odnaleźć „wąską furtkę, wiodącą do życia".
Nazywa się ona.... Teraźniejszość.
Spróbuj zawęzić swoje życie do obecnej chwili. W twojej sytuacji życiowej może być mnóstwo problemów, tak jak w większości życiowych sytuacji, ale przyjrzyj się, czy masz jakiś problem w tej oto chwili. Nic jutro ani za dziesięć minut, tylko teraz. Masz teraz jakikolwiek problem?
Kiedy przytłaczają cię problemy, nie ma miejsca na to, żeby pojawiło się coś nowego, jakieś rozwiązanie. Staraj się więc przy każdej sposobności tworzyć to miejsce, tworzyć przestrzeń, dzięki której odkryjesz życie, przesłonięte sytuacją życiową.
W pełni wykorzystuj swoje zmysły. Bądź tam, gdzie jesteś. Rozejrzyj się. Nic interpretuj, tylko po prostu patrz. Zobacz światło, kształty, barwy, faktury. Uświadom sobie milczącą obecność każdej rzeczy. Uświadom sobie przestrzeń, dzięki której wszystko istnieje. Posłuchaj dźwięków; nie oceniaj ich. Posłuchaj ciszy, ukrytej pod dźwiękami. Dotknij jakiegoś przedmiotu - obojętne jakiego - i rozpoznaj w nim Istnienie. Obserwuj rytm swojego oddechu; poczuj, jak powietrze wpływa i wypływa, poczuj w ciele energię życiową. Pozwól wszystkiemu po prostu być, w tobie samym i na zewnątrz. Dopuść do głosu .Jestestwo" wszystkich rzeczy. Wniknij głęboko w teraźniejszość.
Pozostawiasz za sobą zabójczy świat umysłowych abstrakcji. Wydobywasz się ze sfery obłąkanego umysłu, który wysysa z ciebie energię życiową, tak samo jak zwolna zatruwa i niszczy Ziemię. Budzisz się ze snu o czasie i wchodzisz w jawę teraźniejszości.
Jeszcze cos waznego - Energia życiowa podlega cyklom. Nie możesz być stale u jej szczytu. Okresy obniżonej energii przeplatają się z okresami podwyższonej. Czasem bywasz bardzo czynny i twórczy, może się też jednak zdarzyć ogólny zastój: będziesz miał wtedy wrażenie, że w ogóle nie posuwasz się naprzód i nic ci się nie udaje. Cykl potrafi trwać od kilku godzin do kilku lat. Bywają cykle wielkie oraz zawarte w nich małe. Przyczyną wielu chorób jest forsowne przezwyciężanie faz spadku energii, podczas których następuje jakże istotna regeneracja. Przymus działania i skłonność do tego, żeby czerpać poczucie własnej wartości i tożsamości z czynników zewnętrznych, takich jak osiągnięcia, wynika ze złudzeń, od których nie sposób się uwolnić, dopóki utożsamiasz się z umysłem. Pogodzenie się z fazami obniżonej energii i cierpliwe czekanie, aż miną, sprawia ci wtedy wielkie lub wręcz nieprzezwyciężone trudności. Twój organizm może się wówczas okazać mądrzejszy i w odruchu samoobrony wywołać chorobę, żeby zmusić cię do wyhamowania, które umożliwi odnowę sił.
Witam, od jakiegoś czasu dręczy mnie dokładnie taki sam problem. Jestem bardzo zaskoczony, że ktoś napisał niemal to co ja chciałem napisać. Pisałem o swoim problemie ale niezbyt się wysiliłem by go opisać i chyba ktoś po prostu uznał, że był już podobny temat gdyż nie dostałem odpowiedzi. Bardzo dobrze wiem, co Pani czuje. W ciągu ostatnich paru lat zmieniłem się nie do poznania. Kiedyś byłem człowiekiem energicznym, wesołym, odważnym, pewnym siebie, towarzyskim i wprost kochałem być w centrum uwagi. Byłem optymistą i cały czas czułem się szczęśliwy. Żadne porażki czy trudności nie zdejmowały ze mnie radości życia. Gdyby samoocenę ludzką przedstawić w postaci czegoś w rodzaju termometru to słupek wskaźnika w moim przypadku wyleciałby poza skalę i oczywiście tą górną. Miałem ogromne ambicje, byłem pewny, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Motywacja do wszelkiego działania wprost "wychodziła mi uszami". Czerpałem przyjemność z każdej chwili życia, każde miejsce jakie widziałem było dla mnie tak piękne, że mogłem długo siedzieć i obserwować każdy jego szczegół. Jeśli miałbym tamten stan do czegoś porównać to wykazywałem cechy człowieka chorego na manię z tą różnicą, że byłem całkowicie zdrowy, świadomy swoich działań i ich słuszności lub niesłuszności oraz miałem całkowitą kontrolę nad sobą. Dziś jestem przeciwieństwem tamtego człowieka. Budzę się tylko po to, żeby jak najszybciej doczekać się wieczoru i momentu, kiedy będę mógł znów położyć się do łóżka. Męczę się sam ze sobą i ze wszystkim co mnie otacza. Na co się nie popatrzę wydaje mi się to szare i brzydkie. Mam ciągle podły nastrój, cały czas chodzę zestresowany i poirytowany. Nie mam na nic siły, nie potrafię się na niczym skoncentrować, brak jakiejkolwiek chęci do działania. Kontakty z ludźmi ograniczam tylko do tego stopnia by znajomi o mnie nie zapomnieli. Nic nie sprawia mi przyjemności. Jakiekolwiek imprezy, zabawy czy tego typu rzeczy mnie nie interesują a przecież jestem jeszcze bardzo młody i źle się czuję ze świadomością, że marnuję ten okres życia, za którym wszyscy tak tęsknią. Najlepiej czuję się sam w domu (bo nawet obcy ludzie mnie denerwują choćby swoją obecności) do czasu kiedy przyjdą paranoiczne lęki a lubią mnie one nachodzić szczególnie wieczorem, choć za dnia, nawet gdy jestem wśród innych osób, również się zdarzają. Ciągłe lęki, stres i wstyd a także natrętne myśli, których nie mogę się pozbyć. Kompulsje również zauważyłem chociaż nie są one na tyle wyraźne by przeszkadzały mi w normalnym zachowaniu, gorzej jest z lękami. Najgorzej reaguję na telefon albo dzwonek do drzwi. Raz przez to chciałem uciekać przez okno. Mieszkam na szóstym piętrze w bloku, miałem nadzieję, że uda mi się zejść po balkonach ale nie zrobiłem tego bo zabrakło mi odwagi. Nie chcę umierać a przynajmniej nie w taki głupi sposób. Moja samoocena nadal wykracza poza skalę ale tym razem chodzi mi o granicę dolną. Czasem zachowuje się agresywnie w stosunku do innych ludzi, trochę mi to pomaga ale tylko na krótką chwilę, później dręczą mnie wyrzuty sumienia. Wszystko to trwa u mnie już trzy lata, czy ktoś sobie zdaje sprawę jakie te trzy lata mogą się wydawać długie człowiekowi w takim stanie? Nie chcę żeby dłużej tak było. Nie chcę być słabym, gnuśnym, zakompleksionym, zdołowanym i wiecznie wystraszonym szaleńcem zniewolonym przez własne dolegliwości. Chcę być tym człowiekiem co kiedyś. Ile ja bym dał żeby tak było. Nie wiem jednak co zrobić, nie wiem jak się leczyć, nie wiem do kogo iść. Nie wierzę w pomoc psychologów - terapia rozmową wydaje mi się zupełnie absurdalna. Wierzę tylko w leki, operacje i w siłę wyższą ale nie jestem typem człowieka, który czeka na cud. Chciałbym pójść do lekarza, nawet znajomi mówią mi, że coś jest ze mną nie tak ale ciężko mi będzie zebrać na to siły.
Witam Pana bardzo serdecznie
Kiedy zobaczyłam Pana komentarz dotyczący problemu, z którym ja borykam się już od dłuższego czasu poczułam się trochę oszołomiona gdyż dotarło do mnie,że nie jestem sama co więcej,że nie są to tylko moje wymysły tylko jest to problem,który istnieje na prawdę.Teraz zaczynam się trochę bać,gdyż widzę,że i ja sama sobie nie poradzę-tylko jak to zrobić,żeby móc przełamać w sobie tę dziwna blokadę przez która nie jestem w stanie zrobić nic dzięki czemu mogłabym wrócić do dawnej siebie.
Widzę,że i Pan ma podobne obawy co do efektywności wizyty lekarskiej-jednak proszę mi wierzyć,że to chyba jedyne racjonalne wyjście gdyż nic i nikt przynajmniej z mojego otoczenia nie jest w stanie jakkolwiek mi pomóc.Ja mam męża i dziecko lecz on nawet nie zauważa mojego problemu lub też myśli,że jakoś to będzie lub minie-jednak ja wiem ,że nie minie.
Moje najtrudniejsze wyzwanie teraz to spróbować przełamać ten "strach"-Panu też to polecam -może wtedy będzie widać jakieś światełko w tunelu do powrotu do tego co było kiedyś.
Powiem Panu jeszcze,że może to okrutne i przepraszam za to stwierdzenie,lecz poczułam się też odrobinę lepiej,że jest ktoś kto podziela te same problemy,gdyż nie czuje się już tak osamotniona-uzmysłowiłam sobie również dzięki Panu jak wielki problem mamy-poczułam bodziec do działania....Mam nadzieję,że coś zrobię,że zrobi i Pan.
Pozdrawiam
Witam
Zgadzam się z Panią, myśl że "ktoś też tak ma" jest dla Nas trochę pocieszająca i motywująca ponieważ uświadamia Nam, że nie jesteśmy dziwolągami, jak Ja myślę o sobie od kilku lat. Od zawsze uważałem, że jest coś ze mną nie tak. Jestem cholernie nieśmiały, a do tego nieufny. Powoduje to niemożność odnalezienia się w towarzystwie. Odczuwam ogromny strach przed każdą nową sytuacją w życiu, dlatego staram się unikać zmian przez co zmniejsza się prawdopodobieństwo poprawy. Objawy te obniżają moje morale do takiego stopnia, że już nieraz zastanawiałem się nad sensem życia. Mam dziwne podejście do rzeczywistości: wszystko jest albo czarne, albo białe. Nic po środku. Często budzi to konflikty w moim otoczeniu. Ciągle uważam, że nikt mnie nie lubi, w pracy robią mi na złość. Nie potrafią o niczym pogadać. Nie potrafię zlokalizować źródła takiego podejścia, ale rujnuje ono życie. Do tego mam straszny problem z zapominalstwem i totalną nieumiejętnością skupienia uwagi. Najtrudniejsze w tym wszystkim jest zdać sobie sprawę, że coś się pochrzaniło. Jeżeli to się udało, a tak jest na pewno bo piszemy tu na forum to jest to pierwszy krok do sukcesu. Ja zanim doszedłem do wniosku że się skrzywiłem pogłębiałem swój stan przez 5 długich lat i to podczas studiów. Nie zgodzę się ze zdaniem poprzednika, że rozmowa nie jest w stanie pomóc. Zacząłem sam swoistego rodzaju terapię. Były to właśnie rozmowy z innymi ludźmi. Byłem i w zasadzie dalej jeszcze mam przekonanie że świat jest totalnie zepsuty. Tak jednak nie jest do końca. Otacza Nas mnóstwo życzliwych ludzi. I to z nimi trzeba rozmawiać. Poznałem jakiś czas temu kobietę, tak pogodną i życzliwą, że nie mogłem w to uwierzyć. Kiedy zobaczyłem, że rozmawia ze mną nie jak z przypadkowo poznaną osobą tylko jak z prawdziwym facetem dowartościowało mnie to na tyle, że powolutku bardzo małymi kroczkami coraz bardziej chce mi się żyć. Jeżeli masz partnera, uważam że nie powinno się przed nim tego problemu ukrywać. Jest On pierwszą osobą która może Ci pomóc. Partner może być nieświadomy istnienia takiej przypadłości ponieważ np u mnie nauczyłem się maskować przez głupie, chamskie i złośliwe docinki co zbudowało obraz mnie jako... nie muszę pisać. Partner może nie chcieć również podjąć tego tematu ze strachu, że może urazić pytaniem: " Czy ty masz problem ze sobą". Pogadałem nawet raz z kolegą z pracy, że coś mnie trapi. W odpowiedzi usłyszałem, że On o tym wie tylko nie wie jak mi pomóc w moim stanie. Uświadomił mi że sam zaniżam swoją wartość a mam do wszystkich o to pretensje. Czekanie aż problem się sam rozwiąże do niczego nie prowadzi. Żeby przyspieszyć powrót do normalności udałem się dodatkowo do psychologa. Ponieważ dopiero trwa rozpoznanie nie mogę przedstawić skutków terapii, ale już wiem, że da jakieś efekty. Po moim krótkim życiorysie Pani doktor wymieniła po godzinie wszystko co mnie "boli" do czego ja dochodziłem przez 2 ostatnie lata studiów. Myślę, że najlepszym sposobem do podjęcia działań jest oczywiście cel. Dla mnie jest nim Ona i pewnie gdyby nie to, że Ją poznałem dalej bym się zatracał. Jeśli chodzi o farmakologię to nie wierzę że jest w stanie pomóc. Przecież pogorszenie stanu nastąpiło równie samoczynnie bez udziału chemii. Dlatego nie ma sensu się truć. Cud i tak się nie zdarzy.
Pozdrawiam
Spróbuj odnaleźć „wąską furtkę, wiodącą do życia".
Nazywa się ona.... Teraźniejszość.
Spróbuj zawęzić swoje życie do obecnej chwili. W twojej sytuacji życiowej może być mnóstwo problemów, tak jak w większości życiowych sytuacji, ale przyjrzyj się, czy masz jakiś problem w tej oto chwili. Nic jutro ani za dziesięć minut, tylko teraz. Masz teraz jakikolwiek problem?
Kiedy przytłaczają cię problemy, nie ma miejsca na to, żeby pojawiło się coś nowego, jakieś rozwiązanie. Staraj się więc przy każdej sposobności tworzyć to miejsce, tworzyć przestrzeń, dzięki której odkryjesz życie, przesłonięte sytuacją życiową.
W pełni wykorzystuj swoje zmysły. Bądź tam, gdzie jesteś. Rozejrzyj się. Nic interpretuj, tylko po prostu patrz. Zobacz światło, kształty, barwy, faktury. Uświadom sobie milczącą obecność każdej rzeczy. Uświadom sobie przestrzeń, dzięki której wszystko istnieje. Posłuchaj dźwięków; nie oceniaj ich. Posłuchaj ciszy, ukrytej pod dźwiękami. Dotknij jakiegoś przedmiotu - obojętne jakiego - i rozpoznaj w nim Istnienie. Obserwuj rytm swojego oddechu; poczuj, jak powietrze wpływa i wypływa, poczuj w ciele energię życiową. Pozwól wszystkiemu po prostu być, w tobie samym i na zewnątrz. Dopuść do głosu .Jestestwo" wszystkich rzeczy. Wniknij głęboko w teraźniejszość.
Pozostawiasz za sobą zabójczy świat umysłowych abstrakcji. Wydobywasz się ze sfery obłąkanego umysłu, który wysysa z ciebie energię życiową, tak samo jak zwolna zatruwa i niszczy Ziemię. Budzisz się ze snu o czasie i wchodzisz w jawę teraźniejszości.
Jeszcze cos waznego - Energia życiowa podlega cyklom. Nie możesz być stale u jej szczytu. Okresy obniżonej energii przeplatają się z okresami podwyższonej. Czasem bywasz bardzo czynny i twórczy, może się też jednak zdarzyć ogólny zastój: będziesz miał wtedy wrażenie, że w ogóle nie posuwasz się naprzód i nic ci się nie udaje. Cykl potrafi trwać od kilku godzin do kilku lat. Bywają cykle wielkie oraz zawarte w nich małe. Przyczyną wielu chorób jest forsowne przezwyciężanie faz spadku energii, podczas których następuje jakże istotna regeneracja. Przymus działania i skłonność do tego, żeby czerpać poczucie własnej wartości i tożsamości z czynników zewnętrznych, takich jak osiągnięcia, wynika ze złudzeń, od których nie sposób się uwolnić, dopóki utożsamiasz się z umysłem. Pogodzenie się z fazami obniżonej energii i cierpliwe czekanie, aż miną, sprawia ci wtedy wielkie lub wręcz nieprzezwyciężone trudności. Twój organizm może się wówczas okazać mądrzejszy i w odruchu samoobrony wywołać chorobę, żeby zmusić cię do wyhamowania, które umożliwi odnowę sił.
Dodaj nowy komentarz