Mój Boże... ile podobieństw. 17 lat razem, 9 lat w małżeństwie, 7-letnie dziecko i całkowity brak porozumienia... Jestem żoną... Pragnełam tylko jednego - akceptacji... Chciałam by mój mąż widział we mnie zdolną,gospodarną, zaradną i ładną kobietę... Rzeczywistość jest jednak inna... Posprzątałam, ale nie do końca jak trzeba. Ugotowałam, ale czegoś tej zupie brakuje. Pozmywałam, ale naczynia źle ułożone na suszarce. Uprałam i uprasowałam, ale to nie był czas na te zajęcia. Owszem, byłam u fryzjera, ale kiedyś byłam lepiej obcięta.Ubrać z gustem też się sama nie potrafię. Sytuacje można by mnożyć w nieskończoność. Mój mąż okazuje się być mistrzem w grę pt ALE. A przecież on pozmywał by było mi miło, zaprowadził córkę do szkoły,bym mogła odpocząć, oszczędza pięniążki, by wybdować mi mój wymarzony dom a ja jakoś nie mogę zrobić dla niego nic. Mam tylko pretensje, chodzę nadąsana, o saks trzeba mnie prosić i tak ogólnie to jak na mnie patrzy to coraz częściej widzi moją matkę w moim zachowaniu. Kiedy np chciałam wyjaśnić sprawę seksu, że to nie prawda, że chcę, że kochanie się z nim sprawia mi przyjemność pada odpowiedz:<< że tylko przez pierwsze dwa tygodnie to wy jesteście skore, a potem to macie w nosie>> Kiedy mówię, że to nie tak, on na to: <> Gdy o czymś rozmawiamy mam wrażenie, że widzimy tę rzecz całowicie odwrotnie. Gdy się upieram przy swoim to jestem jak ten osioł przy płocie, a gdy ustąpię to nawet własnego zdania nie mam, tylko jak ta głupia : jak chłop w prawo to i ona w prawo, a jak chłop w lewo to i ona w lewo - porównania wzięte z rzeczywistej wypowiedzi mojego męża.
I tak się jakoś porobiło, że nie chcę o niczym nawet rozmawiać, by męża nie denerwować, bo bez względu na to co powiem on znów się musi denerwować. Nie rozmawiamy już nawet o budowie tego nieszczęsnego<> domu, bo w tej kwestii wszystko na jego głowie, a ja to tylko umiem powiedzieć, że się zrobi - jak mój brat, jemu też się wszysto samo robi, a <<...>> go niedługo zasypie. I jest mi podwójnie przykro,że tak o moim bracie i tak o mnie, a przecież pracuję fizycznie przy budowie, bo robimy systemem gospodarczym, najczęściej we dwoje, by było taniej,przecież targam te wiadra z zaprawą, te pustaki i wory cementu. A mówię, że będzie dobrze, że damy radę, bo przecież mamy siebie, by on się tak ciągle tym nie zamartwiał, a nie dlatego, że to olewam.
Kiedy powiedziałeś swojej żonie, że ją kochasz, że bez niej byłoby ci źle, że jest fantastyczną kobietką, że seks z nią sprawia ci przyjemność, że innej nie chcesz i basta... Mój mąż w takie banały się nie bawi, a gdyby mogł powtórzyć życie to drugi raz by się nie żenił. Ja go kocham, bardzo kocham... Ale chyba już nie mam sił być przyczyną jego ciągłych utrapień. Nie umiem już udzwignąć tego, że zamiast być dla niego ostoją stałam się przyczyną jego ciężkiego losu... Kocham go i moim marzeniem jest, by był szczęśliwy, ze mną być nie może... boję się, że nie chce... a ja już nie mam sił by się starać, zabiegać... Właściwie im bardziej się staram tym więcej ALE słyszę. Dlatego, czy powinnam być z nim mimo, że kocham nad życie... teraz i ja nie wiem... Najgorsze, że już mi się niechce nawet postarać... teraz chciałabym tylko odpocząć... tylko odpocząć... nic więcej..
Mój Boże... ile podobieństw. 17 lat razem, 9 lat w małżeństwie, 7-letnie dziecko i całkowity brak porozumienia... Jestem żoną... Pragnełam tylko jednego - akceptacji... Chciałam by mój mąż widział we mnie zdolną,gospodarną, zaradną i ładną kobietę... Rzeczywistość jest jednak inna... Posprzątałam, ale nie do końca jak trzeba. Ugotowałam, ale czegoś tej zupie brakuje. Pozmywałam, ale naczynia źle ułożone na suszarce. Uprałam i uprasowałam, ale to nie był czas na te zajęcia. Owszem, byłam u fryzjera, ale kiedyś byłam lepiej obcięta.Ubrać z gustem też się sama nie potrafię. Sytuacje można by mnożyć w nieskończoność. Mój mąż okazuje się być mistrzem w grę pt ALE. A przecież on pozmywał by było mi miło, zaprowadził córkę do szkoły,bym mogła odpocząć, oszczędza pięniążki, by wybdować mi mój wymarzony dom a ja jakoś nie mogę zrobić dla niego nic. Mam tylko pretensje, chodzę nadąsana, o saks trzeba mnie prosić i tak ogólnie to jak na mnie patrzy to coraz częściej widzi moją matkę w moim zachowaniu. Kiedy np chciałam wyjaśnić sprawę seksu, że to nie prawda, że chcę, że kochanie się z nim sprawia mi przyjemność pada odpowiedz:<< że tylko przez pierwsze dwa tygodnie to wy jesteście skore, a potem to macie w nosie>> Kiedy mówię, że to nie tak, on na to: <> Gdy o czymś rozmawiamy mam wrażenie, że widzimy tę rzecz całowicie odwrotnie. Gdy się upieram przy swoim to jestem jak ten osioł przy płocie, a gdy ustąpię to nawet własnego zdania nie mam, tylko jak ta głupia : jak chłop w prawo to i ona w prawo, a jak chłop w lewo to i ona w lewo - porównania wzięte z rzeczywistej wypowiedzi mojego męża.
I tak się jakoś porobiło, że nie chcę o niczym nawet rozmawiać, by męża nie denerwować, bo bez względu na to co powiem on znów się musi denerwować. Nie rozmawiamy już nawet o budowie tego nieszczęsnego<> domu, bo w tej kwestii wszystko na jego głowie, a ja to tylko umiem powiedzieć, że się zrobi - jak mój brat, jemu też się wszysto samo robi, a <<...>> go niedługo zasypie. I jest mi podwójnie przykro,że tak o moim bracie i tak o mnie, a przecież pracuję fizycznie przy budowie, bo robimy systemem gospodarczym, najczęściej we dwoje, by było taniej,przecież targam te wiadra z zaprawą, te pustaki i wory cementu. A mówię, że będzie dobrze, że damy radę, bo przecież mamy siebie, by on się tak ciągle tym nie zamartwiał, a nie dlatego, że to olewam.
Kiedy powiedziałeś swojej żonie, że ją kochasz, że bez niej byłoby ci źle, że jest fantastyczną kobietką, że seks z nią sprawia ci przyjemność, że innej nie chcesz i basta... Mój mąż w takie banały się nie bawi, a gdyby mogł powtórzyć życie to drugi raz by się nie żenił. Ja go kocham, bardzo kocham... Ale chyba już nie mam sił być przyczyną jego ciągłych utrapień. Nie umiem już udzwignąć tego, że zamiast być dla niego ostoją stałam się przyczyną jego ciężkiego losu... Kocham go i moim marzeniem jest, by był szczęśliwy, ze mną być nie może... boję się, że nie chce... a ja już nie mam sił by się starać, zabiegać... Właściwie im bardziej się staram tym więcej ALE słyszę. Dlatego, czy powinnam być z nim mimo, że kocham nad życie... teraz i ja nie wiem... Najgorsze, że już mi się niechce nawet postarać... teraz chciałabym tylko odpocząć... tylko odpocząć... nic więcej..
Dodaj nowy komentarz