Lęk przed jedzeniem w większym skupisku ludzi i podejściem do tablicy na wykładach
2
Lęk przed jedzeniem w większym skupisku ludzi i podejściem do tablicy na wykładach
25 styczeń 2010
użytkownik anonimowy31.03.2010, 18:37.
Też mam takie lęki, ale chyba w mniejszym stopniu. Zaczęło się to, gdy moja najlepsza przyjaciółka dostała fobii społecznej. Już wcześniej bałam się ludzi, ale nigdy tak ja teraz. Boję się, że idę krzywo gdy ktoś na mnie patrzy. Boję się jeść przy własnym chłopaku, boję się tego strasznie. Mam taki lęk, że mogę cały dzień nie jeść i czekać aż on wyjdzie, a potem wieczorem się napchać byle czym. Nigdzie nie jem, w ogóle. Jedynie to w domu, z mamą, tatą i bratem. Lub sama u siebie w pokoju. W szkole nie jem. Boję się trzęsienia, mam wewnętrzne drgawki. Boję się wyciągać czy sięgać po jakieś rzeczy! Pomóżcie, nie chcę tego mieć.
Dla innych wydaje się powyższy problem może być problemem śmiesznym, ale doskonale wiem, co czujesz. Chorowałam na ciężką depresję, która tak się pogłębiła, że stałam się podatna na wszelkie lęki i stresy. Począwszy od pocenia się rąk, a zakończywszy na lęku przed wspólnymi posiłkami. Najłatwiej jest mi przebywać z rodzicami i z bratem, bo rozumieją moją dolegliwość i nie zwracają uwagi na to, jak jem i czy przypadkiem nie pobrudzę twarzy sosem itp. Fakt, przy obcych osobach jest znacznie trudniej. Mam tzw. lęk przed krytyką otoczenia. Nawet w szkole, gdy wyjmuję lunch i widzę na sobie czyjeś przelotne spojrzenie, od razu tracę apetyt. Dzięki licznym terapiom i eksperymentami w wyborze leków uspokajających powoli staję na nogi. Wszystko zależy od naszego nastawienia, czyli od naszej psychiki. Na siłę konsumuję posiłki w szerszym gronie, na siłę odpowiadam ustnie, pomimo iż w środku cała się gotuję, zaczynam się czasem jąkać, gubić w tym, co mówię, a nawet czerwienić i walczyć z przyspieszonym biciem serca. I... poniekąd, czuję się lepiej. Nie wiem czy dlatego, że próbuję walczyć z chorobą, ale widzę wyraźne rezultaty. Przede wszystkim trzeba rozmawiać o swoich problemach, nie wolno tłamsić w sobie tego, co nas gnębi. Za wszelką cenę przywołujmy pozytywne myśli, na przykład dzięki słuchaniu ulubionej muzyki, czy pogłębianiu swoich zainteresowań. Ja w ten sposób sobie pomagam. Widzę postępy. Jestem z siebie dumna. A kiedy ogarnia mnie zwątpienie i na nowo powracają lęki, zaciskam zęby, zaczynam włączać się do rozmów z rówieśnikami, żeby nie myśleć o tym, co mnie trapi. Najlepiej jest znaleźć się w otoczeniu osób, które są wręcz niepoprawnymi optymistami. Z takimi ludźmi można naprawdę poprawić sobie nastrój, i pomyśleć z nadzieją: ,,a może wreszcie się uda?''. Tylko bez pośpiechu, spokojnie, nieśmiało, małymi kroczkami próbujmy pokonywać przeszkody. Nie dajmy się lękom! One nie mają z nami szans! Bądźmy silniejsi.
Pozdrawiam gorąco ;*
Też mam takie lęki, ale chyba w mniejszym stopniu. Zaczęło się to, gdy moja najlepsza przyjaciółka dostała fobii społecznej. Już wcześniej bałam się ludzi, ale nigdy tak ja teraz. Boję się, że idę krzywo gdy ktoś na mnie patrzy. Boję się jeść przy własnym chłopaku, boję się tego strasznie. Mam taki lęk, że mogę cały dzień nie jeść i czekać aż on wyjdzie, a potem wieczorem się napchać byle czym. Nigdzie nie jem, w ogóle. Jedynie to w domu, z mamą, tatą i bratem. Lub sama u siebie w pokoju. W szkole nie jem. Boję się trzęsienia, mam wewnętrzne drgawki. Boję się wyciągać czy sięgać po jakieś rzeczy! Pomóżcie, nie chcę tego mieć.
Dla innych wydaje się powyższy problem może być problemem śmiesznym, ale doskonale wiem, co czujesz. Chorowałam na ciężką depresję, która tak się pogłębiła, że stałam się podatna na wszelkie lęki i stresy. Począwszy od pocenia się rąk, a zakończywszy na lęku przed wspólnymi posiłkami. Najłatwiej jest mi przebywać z rodzicami i z bratem, bo rozumieją moją dolegliwość i nie zwracają uwagi na to, jak jem i czy przypadkiem nie pobrudzę twarzy sosem itp. Fakt, przy obcych osobach jest znacznie trudniej. Mam tzw. lęk przed krytyką otoczenia. Nawet w szkole, gdy wyjmuję lunch i widzę na sobie czyjeś przelotne spojrzenie, od razu tracę apetyt. Dzięki licznym terapiom i eksperymentami w wyborze leków uspokajających powoli staję na nogi. Wszystko zależy od naszego nastawienia, czyli od naszej psychiki. Na siłę konsumuję posiłki w szerszym gronie, na siłę odpowiadam ustnie, pomimo iż w środku cała się gotuję, zaczynam się czasem jąkać, gubić w tym, co mówię, a nawet czerwienić i walczyć z przyspieszonym biciem serca. I... poniekąd, czuję się lepiej. Nie wiem czy dlatego, że próbuję walczyć z chorobą, ale widzę wyraźne rezultaty. Przede wszystkim trzeba rozmawiać o swoich problemach, nie wolno tłamsić w sobie tego, co nas gnębi. Za wszelką cenę przywołujmy pozytywne myśli, na przykład dzięki słuchaniu ulubionej muzyki, czy pogłębianiu swoich zainteresowań. Ja w ten sposób sobie pomagam. Widzę postępy. Jestem z siebie dumna. A kiedy ogarnia mnie zwątpienie i na nowo powracają lęki, zaciskam zęby, zaczynam włączać się do rozmów z rówieśnikami, żeby nie myśleć o tym, co mnie trapi. Najlepiej jest znaleźć się w otoczeniu osób, które są wręcz niepoprawnymi optymistami. Z takimi ludźmi można naprawdę poprawić sobie nastrój, i pomyśleć z nadzieją: ,,a może wreszcie się uda?''. Tylko bez pośpiechu, spokojnie, nieśmiało, małymi kroczkami próbujmy pokonywać przeszkody. Nie dajmy się lękom! One nie mają z nami szans! Bądźmy silniejsi.
Pozdrawiam gorąco ;*
Dodaj nowy komentarz