Obwiniam rodziców za swoją samotność - jak podnieść swoją samoocenę?
1
Obwiniam rodziców za swoją samotność - jak podnieść swoją samoocenę?
28 maj 2011
Bartek2 (niezweryfikowany)25.10.2011, 05:33.
czuje sie dokladnie tak samo.
nigdy nie uslyszalem explicite od zadnego z moich rodzicow, ze mnie kocha, ani nigdy nie
bylo dane mi tego poczuc implicite w ich zachowaniu. nie policze za to ile razy przez cale dziecinstwo bylem bity przez oboje z nich. nigdy nie pytali mnie co czuje, co mysle, czego pragne, czego sie obawiam... w sytuacji jakiegokolwiek konfliktu zawsze stawali po stronie tego, ktory mnie atakowal albo o cos oskarzal. szydzili ze mnie przy swoich znajomych i osmieszali mnie przed nimi. nigdy nie dostawalem zadnego kieszonkowego i tez bylem traktowany przez nich jak zwykla pomoc domowa bez zadnej przypisanej mi podstawowej godnosci. uprzedmiotowienie zamiast podmiotowosci.
mozna powiedziec, ze cale moje dziecinstwo to jedna wielka deprywacja emocjonalna.
dzisiaj (mam 33 lata), kiedy mysle "moja rodzina" to nic nie czuje. kompletna pustka. zarowno w odniesieniu do rodziny w ktorej sie urodzilem, jak i do tej ktora hipotetycznie moglbym sam zalozyc.
zyje w przeswiadczeniu, ze jestem samotna jednostka zawieszona w kompletnej prozni i oderwana od wszystkiego i wszystkich. ze zyje wbrew mojemu otoczeniu, na przekor im wszystkim. zyje w przeswiadczeniu, ze milosc nie jest niczym wiecej niz pusta figura retoryczna, a intymna bliskosc oznacza dla mnie przede wszystkim potencjalne zagrozenie ze strony drugiego czlowieka. zyje w poczuciu braku jakiegokolwiek sensu i celu, a moje zycie przypomina wegetacje - zrezygnowalem z wiekszosci znajomosci, kompletnie nie dbam o siebie ani o miejsce w ktorym mieszkam. spie calymi dniami... dodatkowo, wpedzilem sie w nalog. tak naprawde rownie dobrze moglbym mieszkac w celi wieziennej albo klasztornej.
zreszta ja troche czuje sie jak jakis mnich pustelnik kontemplujacy Pustke. jesli milosc jest klamstwem, falszem, nieprawdą, to tym bardziej nie istnieje zaden Bog, kotrego mozna by kontemplowac...
jedyne miejsce, w ktorym sie czuje bezpiecznie to moje wnetrze.
czuje sie dokladnie tak samo.
nigdy nie uslyszalem explicite od zadnego z moich rodzicow, ze mnie kocha, ani nigdy nie
bylo dane mi tego poczuc implicite w ich zachowaniu. nie policze za to ile razy przez cale dziecinstwo bylem bity przez oboje z nich. nigdy nie pytali mnie co czuje, co mysle, czego pragne, czego sie obawiam... w sytuacji jakiegokolwiek konfliktu zawsze stawali po stronie tego, ktory mnie atakowal albo o cos oskarzal. szydzili ze mnie przy swoich znajomych i osmieszali mnie przed nimi. nigdy nie dostawalem zadnego kieszonkowego i tez bylem traktowany przez nich jak zwykla pomoc domowa bez zadnej przypisanej mi podstawowej godnosci. uprzedmiotowienie zamiast podmiotowosci.
mozna powiedziec, ze cale moje dziecinstwo to jedna wielka deprywacja emocjonalna.
dzisiaj (mam 33 lata), kiedy mysle "moja rodzina" to nic nie czuje. kompletna pustka. zarowno w odniesieniu do rodziny w ktorej sie urodzilem, jak i do tej ktora hipotetycznie moglbym sam zalozyc.
zyje w przeswiadczeniu, ze jestem samotna jednostka zawieszona w kompletnej prozni i oderwana od wszystkiego i wszystkich. ze zyje wbrew mojemu otoczeniu, na przekor im wszystkim. zyje w przeswiadczeniu, ze milosc nie jest niczym wiecej niz pusta figura retoryczna, a intymna bliskosc oznacza dla mnie przede wszystkim potencjalne zagrozenie ze strony drugiego czlowieka. zyje w poczuciu braku jakiegokolwiek sensu i celu, a moje zycie przypomina wegetacje - zrezygnowalem z wiekszosci znajomosci, kompletnie nie dbam o siebie ani o miejsce w ktorym mieszkam. spie calymi dniami... dodatkowo, wpedzilem sie w nalog. tak naprawde rownie dobrze moglbym mieszkac w celi wieziennej albo klasztornej.
zreszta ja troche czuje sie jak jakis mnich pustelnik kontemplujacy Pustke. jesli milosc jest klamstwem, falszem, nieprawdą, to tym bardziej nie istnieje zaden Bog, kotrego mozna by kontemplowac...
jedyne miejsce, w ktorym sie czuje bezpiecznie to moje wnetrze.
Dodaj nowy komentarz