Wybuchy złości - jak sobie poradzić, do kogo się udać?
18
Wybuchy złości - jak sobie poradzić, do kogo się udać?
22 wrzesień 2009
użytkownik anonimowy05.10.2009, 09:24.
Bardzo dobrze pania rozumiem bo moje zycie wygląda podobnie i wiem ze musze cos z tym zrobic wczoraj znowu wybuchłam i o malo co nie rozstalam sie z narzeczonym nie chce go stracic bo go Kocham potrzebuje pomocy
ja tez to znam. moja Mama przez pewien czas tak sie zachowywala. nikt nie mogł jej zniesc w domu. wiem ze to bylo zwiazane ze stresem w pracy i wieloma obowiazkami w domu. zaczelismy z nia rozmawiac i jakos zaczela nad tym panowac. niestety teraz przyszedł czas na mnie. ciagle o wszystko, jakies bzdury sie bardzo denerwuje, doprowadza do szału. i nie wiem jak to powstrzymac. nie moge sobie z tym poradzic. chyba potrzebny jest odpoczynek. ale o niego trudno jest. mam nadzieje ze z czasem nauczymy sie z tym walczyc, ze to minie. to zmeczenie. pozdrawiam mocno i zycze wiele usmiechu
Witam, mam identycznie, niedawno urodziłam drugie dziecko i wtedy jakby ta cała plejada złości się zaczęła. Starsza córka też to przeżywa, boi się kiedy zrobi coś źle, czy coś nabroi, to aż trzęsie się kiedy ma się przyznać, bo boi się mojego gniewu. Mąż też przestał się do mnie odzywać, nie sypiamy ze sobą (chrapie) i mamy coraz mniej wspólnego. Przeszkadza mi wszystko dosłownie mam wrażenie, że jak się do czegoś nie przyczepie to mnie trafi. Po prostu muszę szukać czegoś co zrobił nie tak, żeby się tylko pokłócić. Męczy mnie to. Dziecku idą zęby, nie sypiam po nocach, w dzień dom, praca... nie chce zwalać winy na zmęczenie. Coś jest we mnie. Czuje to, bo nigdy tak nie było. Trwa to już ponad pół roku, ale zrobiło mi się wszystko obojętne, więc cóż... będzie co będzie. Nie mam siły walczyć z sobą i swoja złością, bo czuje jak mi się nie chce..... straszne nie?
Weszłam na takie forum pierwszy raz... po prostu szukałam pomocy.... myślałam, że jestem sama.... i może to chore, ale cieszę się, że jest ktoś jeszcze kto odczuwa to samo co ja.... Jestem mamą trzylatki z wielkim poczuciem bezradności. Kiedy byłam z mężem jeszcze sama, wybuchy złości mi tak nie przeszkadzały, choć mąż mówił mi niejednokrotnie, że powinnam się leczyć. Teraz te wybuchy mnie załamują, bo wyżywam się na moim ukochanym dziecku.... krzyczę na nią za byle głupstwo... powiedziałabym, że wręcz dostaje furii.. a ona zaczyna się mnie bać... i to jest chyba najgorsze. Złoszczę się, wściekam, krzyczę, przeklinam i naprawdę nie wiem dlaczego nie mogę nad tym zapanować... Często nie mam ochoty by żyć dalej i w ogóle nie widzę sensu życia. Nie mogę spać po nocy, a rano wstać do pracy. Może, to rzeczywiście kwestia hormonów, ale mam dopiero 35 lat.... a napady złości mam od kilku lat. Nie mam pojęcia, dlaczego nie mogę opanować swoich emocji, jakbym to była nie ja.... Zastanawiam się czy psychoterapeuta pomoże... bardziej go widzę jako naciągacza na kasę, albo wyuczony zawód. Czy komuś taka osoba naprawdę pomogła?...
Doskonale Panią rozumiem, mam 24 lata, mam męża, dziecko, nie pracuję. Niby wszystko jest ok, a jednak nie dogaduję się z mężem, krzyczę na małą, często się wpieniam z byle powodów. Zaraz robi mi się gorąco i się czerwienie. To ja chyba jestem chora, nie mogę przestać o tym myśleć. Tak bardzo pragnę się zmienić. Kocham moją rodzinę, a robię im taką krzywdę. Czego to może być powód? Może mojej trudnej przeszłości? Jak temu zaradzić?
U mnie jest podobnie, ale jestem z rodziny z problemem alkoholowym, więc sporo rzeczy do naprawienia i nauczenia wszystkiego tego, czego nie sposób było nauczyć się w dzieciństwie, także umiejętności radzenia sobie z emocjami. Złość wzbiera we mnie szczególnie, kiedy czuję, że jestem bezsilna wobec czegoś i nie mogę tego zmienić. Zjawisko, które towarzyszyło mi często w życiu. Ostatnio zaczęłam się nawet bać tej złości, mam wrażenie, że często ma postać agresji i trudno mi to kontrolować. Zaczęłam nawet podejrzewać, że mam ADHD.
Mam 30 lat, mam nadzieję, że uda się jeszcze wiele zmienić.
Cześć mam 29lat. Mam ten sam problem co wy. Mam małe dziecko 15miesięcy, z którym od urodzenia siedzę w domu, zajmuję się gotowaniem, sprzątaniem i dzieckiem i tak od 15 miesięcy 24godz/dobę. Przez ostatnie miesiące zaczęłam bardziej się denerwować, krzyczeć na męża. Czepiam się go o wszystko, jestem niezadowolona z mojego życia z tego że on idzie do pracy a ja nie, że ja muszę być w domu, że nie daję sobie już z tym wszystkim rady, że jestem zmęczona. Mąż stara się mi pomóc radząc bym się np. położyła lub poszła na spacer. Niby powinno być mi lepiej, ale nie jest tak. Jest coraz gorzej! Mam taką złość takie nerwy. Nie wiem czy czujecie to samo co ja, ale to wygląda tak jakbym była robotem jakby mną ktoś kierował, robię wszystko automatycznie i czuję, że tracę siebie (tak jakbym się w życiu nie liczyła) Całe życie byłam raczej spokojną i opanowaną kobietą z planami z celami, pasjami. a teraz nic, pustka tylko ja moja złość, smutek i poczucie niesprawiedliwości. Nie wiem czym to jest spowodowane może to jakiś rodzaj depresji. To że siedzę cały czas w domu z dzieckiem, nie chodzę do pracy nie spotykam się z ludźmi, nie zarabiam, nie rozwijam się.
Siedzę i ryczę, jak czytam Wasze wpisy, ciągle coś mi nie pasuje, mam żal do wszystkich i do siebie o wszystko i o nic, momentami nienawidzę wszystkich dookoła. Jakiś czas temu leczyłam się na depresję, a od dwóch lat leczę się na niedoczynność tarczycy, do tego doszły inne zaburzenia hormonalne, brak owulacji, endometrioza, bezpłodność i w końcu sama nie wiem, co jest przyczyną mojego złego samopoczucie. Obecnie nie pracuję i boję się szukać pracy (skończyłam dwa kierunki i kiedyś nie było dla mnie rzeczy niemożliwych), dobrze mi w domu, a może źle, sama nie wiem, z zadbanej fajnej laski jestem zapuszczoną babą (po lekach przytyłam ponad 30 kg), nawet umalować i umyć mi się nie chce; co jakiś czas sprzątam. Ciągle jestem wściekła; choć czasem gdy jestem sama z wymarzonym psem (boxer), to się uśmiecham, co w stosunku do bliskich przychodzi mi ciężko (mam kochającego, pracowitego męża i cudownego zdolnego synka. Na zewnątrz wszyscy uważają mnie za twardą, rozrywkową babę; a ja widzę tylko potwora i nieudacznika. Nie chcę znów wracać do leków antydepresyjnych, bo jeszcze wstaję z łóżka i nie ryczę każdego dnia, ale już sama nie wiem... dziś był Dzień Matki (w UK), dosalam kwiaty od Syna (15 lat) i jak co weekend kawę i śniadanie do łóżka od męża. Po popołudniowym spacerze (na który nie miałam ochoty i byłam cały czas wściekła) poszłam się położyć i gdy zaszłam syn przygotowywał kolację, mąż sprzątał, a ja dostałam szału. Sama teraz nie wiem czemu, czy dlatego, że na kolację maiły być de'voille, a nie chińszczyzna, czy dlatego, że syn powinien się uczyć, a nie gotować, może dlatego, że mąż otworzył wino, które było do kolacji... nie wiem teraz. Wściekłam się o wszystko, na koniec psina, jak to usłyszała, zaczęła sikać w domu (7 miesięcy), no i mnie już całkiem poniosło i kopnęłam ją - pierwszy raz w życiu kopnęłam psa. Widziałam, że chcieli mi tylko zrobić przyjemność z okazji Dnia Matki, ale nie potrafiłam przestać, nawet nie zeszłam zjeść z nimi... czuję się podle... Czy mam znowu brać leki? Czy upijać się jak mam doła, żeby się wypłakać i sobie ulżyć? Sama nie wiem. Jak na razie szukam panaceum w medycynie chińskiej, może coś znajdę... Trzymam za Was kciuki i pozdrawiam cieplutko.
agresja towarzyszy mi odkąd pamiętam, wybuchy złości, wrzaski, rzucanie czym popadnie. Do tego obraźliwe i wulgarne słowa. Mamy dziecko. Jemu też już się dostaje, zwyzywałam go ostatnio od gówniarzy. Ale na dobre przestraszyłam się, gdy poczułam, że za chwilę kogoś uderzę, że w końcu nad tym nie zapanuję. Po ataku trzaskam drzwiami i wychodzę. Nie ma mnie kilka godzin. Chodzę wokół domu na mrozie i palę papierosy jeden za drugim. W głowie toczę spory i dyskusje. Wykańczam psychicznie siebie i moją rodzinę.
Przedwczoraj poszłam w końcu do psychiatry, po raz pierwszy. Przepisał mi "na już" L***, żeby się uspokoić. Fakt, trochę czuję się jak naćpana, ale wielka ulga, bo nie mam żadnych agresywnych myśli w głowie, w końcu jakiś spokój. Jest to bardzo silny i uzależniający lek, działający natychmiast. Ja mam brać tylko 7 dni, żeby się nie uzależnić. Do tego dostałam C*** i L***. Dopiero zaczynam. Wiedziałam, że jak czegoś nie zrobię, to komuś stanie się krzywda. A nie chcę nikogo ranić.
Pierwszy raz w zyciu przyznalam dzis sama przed soba, ze mam problem... a to dlatego, ze moj maz juz nie wytrzymal mojej agresji. Krzycze na niego i na moja 11-letnia corke pod byle pretekstem. Wtedy az szumi mi w glowie ze zlosci i nie potrafie sie opanowac. Corka sie mnie boi, maz do tej pory jakos to znosil, ale chyba skonczyla mu sie cierpliwosc. Mam dni, kiedy wszystko wyglada ciut lepiej i nawet chce mi sie usmiechnac, ale przez wiekszosc czasu mam lzy w oczach i mysle, ze chcialabym umrzec. Czuje sie sfrustrowana i niespelniona. Skonczylam ciezkie studia, ale nigdy nie znalazlam satysfakcjonujacej pracy. Jestem zmeczona. Nic mnie nie cieszy, czuje rodzaj zobojetnienia na wszystko co mnie otacza.
Bardzo kocham meza i corke, ale nie potrafie im tej milosci okazac. Brakuje mi cierpliwosci, czasem nawet checi. Nie lubie nikogo przytulac, ani byc przytulana (kiedys tak nie bylo).
Czuje sie jak w pulapce. Mam problemy z zaakceptowaniem samej siebie, a jeszcze bardziej z zaakceptowaniem innych ludzi. Najbardziej lubie byc sama. Z towarzyskiej kiedys osoby, przeksztalcam sie w calkowitego odludka. Tak bardzo, bardzo nie moge sobie ze soba poradzic...
Witam i pozdrawiam. Zdecydowałam się dołączyć do forum, bo dla mnie jest już za późno. Mój narzeczony nie wytrzymał i odszedł. Tyle mnie prosił żebym zdecydowała się na pomoc, ale przecież sama prośba mnie złościła i nie uważałam, że tego potrzebuję. Teraz kiedy już go nie ma myślę o terapii, ale on już nie wróci. Mam 35 lat. Planowaliśmy ślub, rodzinę, dzieci... teraz nie mam nic. Znowu porażka przez te głupie ataki złości...
Ze mną dzieje się to samo. Wybucham bez powodu, krzyczę, nie chce mi się sprzątać, dziecko mnie drażni, czuję się jak w klatce. Podczas urlopu chciałam odpocząć, a urlop stał się dla mnie koszmarem. Czuję się strasznie. Nie mam już siły...
Witam Was.czytając Wasze historie wydaję mi się że czytam o sobie.nie daję już rady...mam 22lata a już odechciewa mi się żyć!mam 3-letniego synka i narzeczonego.wszystko doprowadza mnie do szału,więcęj nie odzywam się do nikogo niż odzywam.wrzeszcze na dziecko z byle powodu boi się mnie trzęse się nad nim za wszystko i nie potrafie opanować nerwów często obydwoje płaczemy a po wszystkim przytulam go i przepraszam bardzo go kocham jego tatę też ale ostatnio ciągle się kłócimy oskarżam go bezpodstawnie o zdrady o to że mu na nas nie zależy itd. itd.a wiem że bardzo nas kocha!z rodzicami praktycznie nie rozmawiam bo wszystkie rozmowy konczą się kłótnią!rzadko wychodzę z domu a chciałabym tylko mi się nie chce.dbam o siebie i udaję że wszystko jest ok po to żeby inni tak myśleli.czuję że jestem beznadziejna..wiem że muszę zmienić coś w swoim życiu bo wkońcu zostanę sama albo zrobię coś głupiego.jestem zmęczona strasznie swoim życie i wkurza mnie że każdy widzi co się dzieje ale nikt nie stara się mnie zrozumieć czy mi pomóc jest wręcz odwrotnie i jestem ze wszystkim sama!
Witam serdecznie!
czytam i nie mogę uwierzyć, że podobny problem ma tyle osób.Że to nie tylko kwestia mojego trudnego charakteru. Mam 29 lat, męża, 1,5 roczną córkę i psa. Wszyscy mają już chyba dość moich wybuchów...Zawsze najbliżsi postrzegali mnie jako wybuchowy charakter, ale zaczęło się na dobre, gdy wróciłam do pracy po urodzeniu córki. Może to kwestia przemęczenia i stresu związanego z natłokiem obowiązków, ale każdy nerwowy w dzień w pracy odreagowywałam w domu na mężu. Denerwowałam się, że mi nie pomaga, że mnie nie wspiera. Teraz mam nową pracę, dużo spokojniejszą a wybucham dalej, nawet częściej i chyba bardziej gwałtownie. Wiem, że mam problem, więc od jakiegoś czasu zaczęłam łykać ziołowe "uspokajacze" ale niewiele to daje. Zazwyczaj wybucham i dopiero potem łykam po to żeby się wyciszyć i nie kontynuować kłótni. W moim przypadku pies też oberwał - kuchenną ścierką, bo podciął mi nogi i straciłam równowagę. Potem był strach czy mu krzywdy nie zrobiłam. W przypadku córki udaje mi się hamować, ale sam mój krzyk pewnie wystarczająco ją stresuje. Natomiast dla osób trzecich, w pracy jestem spokojna, wesoła i uśmiechnięta, i nikt nie powie, że coś jest ze mną nie tak.
Nie wiem jak z tym sobie radzić...Nie chcę pomocy w typie "policz do 10ciu" bo to nie pomaga, bo w ataku furii jakbym traciła rozum. Mój mózg się wyłącza i dopiero jak się uspokoję uzmysławiam sobie o jaką drobnostkę ta cała awantura i pojawiają się wyrzuty sumienia. Takim "cholerykiem" podobno był mój tata, czy to możliwe, że to coś jest w genach?
Proszę napiszcie jak sobie z tym radzicie?
Wariant genetyczny jest możliwy. Mam nie ataki, ale gigantyczne wybuchy agresji - klnę wtedy jak szewc i drę się jak opętana, potem zaczynają się drgawki , wszystko opada i zaczynam ryczeć ze złości i bezsilnosci. U mnie oberwała już nie tylko rodzina ale facet który zastawił mi auto na parkingu (początkowo próbował mnie opieprzyć, ale jak dostałam szału to zwiał do auta i uciekł) a drugi raz na stacji benzynowej, gdzie o mały włos pobiłabym faceta, który wepchnął się do kolejki. Dowiedziałam się, że mój dziadek miał podobne napady, na codzień, jak o nim krewni mówili, bardzo dobry człowiek, ale wystarczyła pierdoła i dostawał szału. Mi pomaga muzyka i wykańczające ćwiczenia, po których padam na pysk.
Cieszę się, że nie jestem sama. ;)
Mam prawie lub wszystkie objawy opisane powyżej i pozbierane razem:(, także nie ma nawet sensu się powtarzać...Tylko pytanie - czy ktoś z Was kiedykolwiek poszedł na leczenie, terapię, do jakiegoś specjalisty i jego życie i zachowanie zmieniło się??? (wątek ma już kilka lat..). Czy ktoś wie, co zrobić, jeśli się nie ma pieniędzy na płatną terapię? I jeśli się nie chce faszerować lekami? Czy są w Polsce psychoterapie darmowe?...Będę bardzo wdzięczna za odpowiedź...Bo najbardziej szkoda mi mojego małego dziecka...Pozdrawiam
Jestem bardzo młodą osobą i również mam problemy z opanowaniem własnych emocji zwłaszcza złości i gniewu. Ciągłe kłótnie i sprzeczki o każdą najdrobniejszą rzecz strasznie mnie męczą. Ataki agresji i to beznadziejne uczucie w środku jak bym miałam zaraz wybuchnąć takie napady gorąca i łzy w oczach oraz bezsilność to jest okropne. Wiem że moja reakcja bardzo źle wpływa na odczucia osób które mnie otaczają, że to wywołuje w nich również agresje, że mogą bardzo źle się czuć w moim towarzystwie ale nie potrafię opanować słów i czynów. Potrafię swojemu chłopakowi powiedzieć rzeczy których nikt nie chciał by usłyszeć a po tem płacze i żałuje. Bardzo dużo rzeczy mnie przygnębia zwłaszcza praca, niby robie to co kocham ale osoby otaczające mnie tam rujnują moją osobowość. Czuje się tam obca ! Opcja udania się na jakąś terapie jest interesująca ale jednocześnie otacza mnie strach przed tym że mogę zostać zignorowana i mnie przeraża.
Bardzo dobrze pania rozumiem bo moje zycie wygląda podobnie i wiem ze musze cos z tym zrobic wczoraj znowu wybuchłam i o malo co nie rozstalam sie z narzeczonym nie chce go stracic bo go Kocham potrzebuje pomocy
ja tez to znam. moja Mama przez pewien czas tak sie zachowywala. nikt nie mogł jej zniesc w domu. wiem ze to bylo zwiazane ze stresem w pracy i wieloma obowiazkami w domu. zaczelismy z nia rozmawiac i jakos zaczela nad tym panowac. niestety teraz przyszedł czas na mnie. ciagle o wszystko, jakies bzdury sie bardzo denerwuje, doprowadza do szału. i nie wiem jak to powstrzymac. nie moge sobie z tym poradzic. chyba potrzebny jest odpoczynek. ale o niego trudno jest. mam nadzieje ze z czasem nauczymy sie z tym walczyc, ze to minie. to zmeczenie. pozdrawiam mocno i zycze wiele usmiechu
Witam, mam identycznie, niedawno urodziłam drugie dziecko i wtedy jakby ta cała plejada złości się zaczęła. Starsza córka też to przeżywa, boi się kiedy zrobi coś źle, czy coś nabroi, to aż trzęsie się kiedy ma się przyznać, bo boi się mojego gniewu. Mąż też przestał się do mnie odzywać, nie sypiamy ze sobą (chrapie) i mamy coraz mniej wspólnego. Przeszkadza mi wszystko dosłownie mam wrażenie, że jak się do czegoś nie przyczepie to mnie trafi. Po prostu muszę szukać czegoś co zrobił nie tak, żeby się tylko pokłócić. Męczy mnie to. Dziecku idą zęby, nie sypiam po nocach, w dzień dom, praca... nie chce zwalać winy na zmęczenie. Coś jest we mnie. Czuje to, bo nigdy tak nie było. Trwa to już ponad pół roku, ale zrobiło mi się wszystko obojętne, więc cóż... będzie co będzie. Nie mam siły walczyć z sobą i swoja złością, bo czuje jak mi się nie chce..... straszne nie?
Weszłam na takie forum pierwszy raz... po prostu szukałam pomocy.... myślałam, że jestem sama.... i może to chore, ale cieszę się, że jest ktoś jeszcze kto odczuwa to samo co ja.... Jestem mamą trzylatki z wielkim poczuciem bezradności. Kiedy byłam z mężem jeszcze sama, wybuchy złości mi tak nie przeszkadzały, choć mąż mówił mi niejednokrotnie, że powinnam się leczyć. Teraz te wybuchy mnie załamują, bo wyżywam się na moim ukochanym dziecku.... krzyczę na nią za byle głupstwo... powiedziałabym, że wręcz dostaje furii.. a ona zaczyna się mnie bać... i to jest chyba najgorsze. Złoszczę się, wściekam, krzyczę, przeklinam i naprawdę nie wiem dlaczego nie mogę nad tym zapanować... Często nie mam ochoty by żyć dalej i w ogóle nie widzę sensu życia. Nie mogę spać po nocy, a rano wstać do pracy. Może, to rzeczywiście kwestia hormonów, ale mam dopiero 35 lat.... a napady złości mam od kilku lat. Nie mam pojęcia, dlaczego nie mogę opanować swoich emocji, jakbym to była nie ja.... Zastanawiam się czy psychoterapeuta pomoże... bardziej go widzę jako naciągacza na kasę, albo wyuczony zawód. Czy komuś taka osoba naprawdę pomogła?...
Doskonale Panią rozumiem, mam 24 lata, mam męża, dziecko, nie pracuję. Niby wszystko jest ok, a jednak nie dogaduję się z mężem, krzyczę na małą, często się wpieniam z byle powodów. Zaraz robi mi się gorąco i się czerwienie. To ja chyba jestem chora, nie mogę przestać o tym myśleć. Tak bardzo pragnę się zmienić. Kocham moją rodzinę, a robię im taką krzywdę. Czego to może być powód? Może mojej trudnej przeszłości? Jak temu zaradzić?
U mnie jest podobnie, ale jestem z rodziny z problemem alkoholowym, więc sporo rzeczy do naprawienia i nauczenia wszystkiego tego, czego nie sposób było nauczyć się w dzieciństwie, także umiejętności radzenia sobie z emocjami. Złość wzbiera we mnie szczególnie, kiedy czuję, że jestem bezsilna wobec czegoś i nie mogę tego zmienić. Zjawisko, które towarzyszyło mi często w życiu. Ostatnio zaczęłam się nawet bać tej złości, mam wrażenie, że często ma postać agresji i trudno mi to kontrolować. Zaczęłam nawet podejrzewać, że mam ADHD.
Mam 30 lat, mam nadzieję, że uda się jeszcze wiele zmienić.
Cześć mam 29lat. Mam ten sam problem co wy. Mam małe dziecko 15miesięcy, z którym od urodzenia siedzę w domu, zajmuję się gotowaniem, sprzątaniem i dzieckiem i tak od 15 miesięcy 24godz/dobę. Przez ostatnie miesiące zaczęłam bardziej się denerwować, krzyczeć na męża. Czepiam się go o wszystko, jestem niezadowolona z mojego życia z tego że on idzie do pracy a ja nie, że ja muszę być w domu, że nie daję sobie już z tym wszystkim rady, że jestem zmęczona. Mąż stara się mi pomóc radząc bym się np. położyła lub poszła na spacer. Niby powinno być mi lepiej, ale nie jest tak. Jest coraz gorzej! Mam taką złość takie nerwy. Nie wiem czy czujecie to samo co ja, ale to wygląda tak jakbym była robotem jakby mną ktoś kierował, robię wszystko automatycznie i czuję, że tracę siebie (tak jakbym się w życiu nie liczyła) Całe życie byłam raczej spokojną i opanowaną kobietą z planami z celami, pasjami. a teraz nic, pustka tylko ja moja złość, smutek i poczucie niesprawiedliwości. Nie wiem czym to jest spowodowane może to jakiś rodzaj depresji. To że siedzę cały czas w domu z dzieckiem, nie chodzę do pracy nie spotykam się z ludźmi, nie zarabiam, nie rozwijam się.
monika
Siedzę i ryczę, jak czytam Wasze wpisy, ciągle coś mi nie pasuje, mam żal do wszystkich i do siebie o wszystko i o nic, momentami nienawidzę wszystkich dookoła. Jakiś czas temu leczyłam się na depresję, a od dwóch lat leczę się na niedoczynność tarczycy, do tego doszły inne zaburzenia hormonalne, brak owulacji, endometrioza, bezpłodność i w końcu sama nie wiem, co jest przyczyną mojego złego samopoczucie. Obecnie nie pracuję i boję się szukać pracy (skończyłam dwa kierunki i kiedyś nie było dla mnie rzeczy niemożliwych), dobrze mi w domu, a może źle, sama nie wiem, z zadbanej fajnej laski jestem zapuszczoną babą (po lekach przytyłam ponad 30 kg), nawet umalować i umyć mi się nie chce; co jakiś czas sprzątam. Ciągle jestem wściekła; choć czasem gdy jestem sama z wymarzonym psem (boxer), to się uśmiecham, co w stosunku do bliskich przychodzi mi ciężko (mam kochającego, pracowitego męża i cudownego zdolnego synka. Na zewnątrz wszyscy uważają mnie za twardą, rozrywkową babę; a ja widzę tylko potwora i nieudacznika. Nie chcę znów wracać do leków antydepresyjnych, bo jeszcze wstaję z łóżka i nie ryczę każdego dnia, ale już sama nie wiem... dziś był Dzień Matki (w UK), dosalam kwiaty od Syna (15 lat) i jak co weekend kawę i śniadanie do łóżka od męża. Po popołudniowym spacerze (na który nie miałam ochoty i byłam cały czas wściekła) poszłam się położyć i gdy zaszłam syn przygotowywał kolację, mąż sprzątał, a ja dostałam szału. Sama teraz nie wiem czemu, czy dlatego, że na kolację maiły być de'voille, a nie chińszczyzna, czy dlatego, że syn powinien się uczyć, a nie gotować, może dlatego, że mąż otworzył wino, które było do kolacji... nie wiem teraz. Wściekłam się o wszystko, na koniec psina, jak to usłyszała, zaczęła sikać w domu (7 miesięcy), no i mnie już całkiem poniosło i kopnęłam ją - pierwszy raz w życiu kopnęłam psa. Widziałam, że chcieli mi tylko zrobić przyjemność z okazji Dnia Matki, ale nie potrafiłam przestać, nawet nie zeszłam zjeść z nimi... czuję się podle... Czy mam znowu brać leki? Czy upijać się jak mam doła, żeby się wypłakać i sobie ulżyć? Sama nie wiem. Jak na razie szukam panaceum w medycynie chińskiej, może coś znajdę... Trzymam za Was kciuki i pozdrawiam cieplutko.
Cześć,
agresja towarzyszy mi odkąd pamiętam, wybuchy złości, wrzaski, rzucanie czym popadnie. Do tego obraźliwe i wulgarne słowa. Mamy dziecko. Jemu też już się dostaje, zwyzywałam go ostatnio od gówniarzy. Ale na dobre przestraszyłam się, gdy poczułam, że za chwilę kogoś uderzę, że w końcu nad tym nie zapanuję. Po ataku trzaskam drzwiami i wychodzę. Nie ma mnie kilka godzin. Chodzę wokół domu na mrozie i palę papierosy jeden za drugim. W głowie toczę spory i dyskusje. Wykańczam psychicznie siebie i moją rodzinę.
Przedwczoraj poszłam w końcu do psychiatry, po raz pierwszy. Przepisał mi "na już" L***, żeby się uspokoić. Fakt, trochę czuję się jak naćpana, ale wielka ulga, bo nie mam żadnych agresywnych myśli w głowie, w końcu jakiś spokój. Jest to bardzo silny i uzależniający lek, działający natychmiast. Ja mam brać tylko 7 dni, żeby się nie uzależnić. Do tego dostałam C*** i L***. Dopiero zaczynam. Wiedziałam, że jak czegoś nie zrobię, to komuś stanie się krzywda. A nie chcę nikogo ranić.
Pierwszy raz w zyciu przyznalam dzis sama przed soba, ze mam problem... a to dlatego, ze moj maz juz nie wytrzymal mojej agresji. Krzycze na niego i na moja 11-letnia corke pod byle pretekstem. Wtedy az szumi mi w glowie ze zlosci i nie potrafie sie opanowac. Corka sie mnie boi, maz do tej pory jakos to znosil, ale chyba skonczyla mu sie cierpliwosc. Mam dni, kiedy wszystko wyglada ciut lepiej i nawet chce mi sie usmiechnac, ale przez wiekszosc czasu mam lzy w oczach i mysle, ze chcialabym umrzec. Czuje sie sfrustrowana i niespelniona. Skonczylam ciezkie studia, ale nigdy nie znalazlam satysfakcjonujacej pracy. Jestem zmeczona. Nic mnie nie cieszy, czuje rodzaj zobojetnienia na wszystko co mnie otacza.
Bardzo kocham meza i corke, ale nie potrafie im tej milosci okazac. Brakuje mi cierpliwosci, czasem nawet checi. Nie lubie nikogo przytulac, ani byc przytulana (kiedys tak nie bylo).
Czuje sie jak w pulapce. Mam problemy z zaakceptowaniem samej siebie, a jeszcze bardziej z zaakceptowaniem innych ludzi. Najbardziej lubie byc sama. Z towarzyskiej kiedys osoby, przeksztalcam sie w calkowitego odludka. Tak bardzo, bardzo nie moge sobie ze soba poradzic...
Witam i pozdrawiam. Zdecydowałam się dołączyć do forum, bo dla mnie jest już za późno. Mój narzeczony nie wytrzymał i odszedł. Tyle mnie prosił żebym zdecydowała się na pomoc, ale przecież sama prośba mnie złościła i nie uważałam, że tego potrzebuję. Teraz kiedy już go nie ma myślę o terapii, ale on już nie wróci. Mam 35 lat. Planowaliśmy ślub, rodzinę, dzieci... teraz nie mam nic. Znowu porażka przez te głupie ataki złości...
Ze mną dzieje się to samo. Wybucham bez powodu, krzyczę, nie chce mi się sprzątać, dziecko mnie drażni, czuję się jak w klatce. Podczas urlopu chciałam odpocząć, a urlop stał się dla mnie koszmarem. Czuję się strasznie. Nie mam już siły...
Witam Was.czytając Wasze historie wydaję mi się że czytam o sobie.nie daję już rady...mam 22lata a już odechciewa mi się żyć!mam 3-letniego synka i narzeczonego.wszystko doprowadza mnie do szału,więcęj nie odzywam się do nikogo niż odzywam.wrzeszcze na dziecko z byle powodu boi się mnie trzęse się nad nim za wszystko i nie potrafie opanować nerwów często obydwoje płaczemy a po wszystkim przytulam go i przepraszam bardzo go kocham jego tatę też ale ostatnio ciągle się kłócimy oskarżam go bezpodstawnie o zdrady o to że mu na nas nie zależy itd. itd.a wiem że bardzo nas kocha!z rodzicami praktycznie nie rozmawiam bo wszystkie rozmowy konczą się kłótnią!rzadko wychodzę z domu a chciałabym tylko mi się nie chce.dbam o siebie i udaję że wszystko jest ok po to żeby inni tak myśleli.czuję że jestem beznadziejna..wiem że muszę zmienić coś w swoim życiu bo wkońcu zostanę sama albo zrobię coś głupiego.jestem zmęczona strasznie swoim życie i wkurza mnie że każdy widzi co się dzieje ale nikt nie stara się mnie zrozumieć czy mi pomóc jest wręcz odwrotnie i jestem ze wszystkim sama!
Witam! a myślałam ze jestem sama a jest nas tak wiele masakra jakaś .
Witam serdecznie!
czytam i nie mogę uwierzyć, że podobny problem ma tyle osób.Że to nie tylko kwestia mojego trudnego charakteru. Mam 29 lat, męża, 1,5 roczną córkę i psa. Wszyscy mają już chyba dość moich wybuchów...Zawsze najbliżsi postrzegali mnie jako wybuchowy charakter, ale zaczęło się na dobre, gdy wróciłam do pracy po urodzeniu córki. Może to kwestia przemęczenia i stresu związanego z natłokiem obowiązków, ale każdy nerwowy w dzień w pracy odreagowywałam w domu na mężu. Denerwowałam się, że mi nie pomaga, że mnie nie wspiera. Teraz mam nową pracę, dużo spokojniejszą a wybucham dalej, nawet częściej i chyba bardziej gwałtownie. Wiem, że mam problem, więc od jakiegoś czasu zaczęłam łykać ziołowe "uspokajacze" ale niewiele to daje. Zazwyczaj wybucham i dopiero potem łykam po to żeby się wyciszyć i nie kontynuować kłótni. W moim przypadku pies też oberwał - kuchenną ścierką, bo podciął mi nogi i straciłam równowagę. Potem był strach czy mu krzywdy nie zrobiłam. W przypadku córki udaje mi się hamować, ale sam mój krzyk pewnie wystarczająco ją stresuje. Natomiast dla osób trzecich, w pracy jestem spokojna, wesoła i uśmiechnięta, i nikt nie powie, że coś jest ze mną nie tak.
Nie wiem jak z tym sobie radzić...Nie chcę pomocy w typie "policz do 10ciu" bo to nie pomaga, bo w ataku furii jakbym traciła rozum. Mój mózg się wyłącza i dopiero jak się uspokoję uzmysławiam sobie o jaką drobnostkę ta cała awantura i pojawiają się wyrzuty sumienia. Takim "cholerykiem" podobno był mój tata, czy to możliwe, że to coś jest w genach?
Proszę napiszcie jak sobie z tym radzicie?
Wariant genetyczny jest możliwy. Mam nie ataki, ale gigantyczne wybuchy agresji - klnę wtedy jak szewc i drę się jak opętana, potem zaczynają się drgawki , wszystko opada i zaczynam ryczeć ze złości i bezsilnosci. U mnie oberwała już nie tylko rodzina ale facet który zastawił mi auto na parkingu (początkowo próbował mnie opieprzyć, ale jak dostałam szału to zwiał do auta i uciekł) a drugi raz na stacji benzynowej, gdzie o mały włos pobiłabym faceta, który wepchnął się do kolejki. Dowiedziałam się, że mój dziadek miał podobne napady, na codzień, jak o nim krewni mówili, bardzo dobry człowiek, ale wystarczyła pierdoła i dostawał szału. Mi pomaga muzyka i wykańczające ćwiczenia, po których padam na pysk.
Cieszę się, że nie jestem sama. ;)
Mam prawie lub wszystkie objawy opisane powyżej i pozbierane razem:(, także nie ma nawet sensu się powtarzać...Tylko pytanie - czy ktoś z Was kiedykolwiek poszedł na leczenie, terapię, do jakiegoś specjalisty i jego życie i zachowanie zmieniło się??? (wątek ma już kilka lat..). Czy ktoś wie, co zrobić, jeśli się nie ma pieniędzy na płatną terapię? I jeśli się nie chce faszerować lekami? Czy są w Polsce psychoterapie darmowe?...Będę bardzo wdzięczna za odpowiedź...Bo najbardziej szkoda mi mojego małego dziecka...Pozdrawiam
Jestem bardzo młodą osobą i również mam problemy z opanowaniem własnych emocji zwłaszcza złości i gniewu. Ciągłe kłótnie i sprzeczki o każdą najdrobniejszą rzecz strasznie mnie męczą. Ataki agresji i to beznadziejne uczucie w środku jak bym miałam zaraz wybuchnąć takie napady gorąca i łzy w oczach oraz bezsilność to jest okropne. Wiem że moja reakcja bardzo źle wpływa na odczucia osób które mnie otaczają, że to wywołuje w nich również agresje, że mogą bardzo źle się czuć w moim towarzystwie ale nie potrafię opanować słów i czynów. Potrafię swojemu chłopakowi powiedzieć rzeczy których nikt nie chciał by usłyszeć a po tem płacze i żałuje. Bardzo dużo rzeczy mnie przygnębia zwłaszcza praca, niby robie to co kocham ale osoby otaczające mnie tam rujnują moją osobowość. Czuje się tam obca ! Opcja udania się na jakąś terapie jest interesująca ale jednocześnie otacza mnie strach przed tym że mogę zostać zignorowana i mnie przeraża.
Dodaj nowy komentarz