Zbyt romantyczna? Nie umiem żyć bez chłopaka, który nie chce ze mną być
112
Zbyt romantyczna? Nie umiem żyć bez chłopaka, który nie chce ze mną być
06 lipiec 2009
Franz8228.07.2009, 16:44.
Cześć ! Może to głupie że odpowiada na ten list właśnie facet. Ale chcę żebyś wiedziała że nie tylko Ty jesteś w takiej (co by nie mówić dość dołującej i przykrej)sytuacji. Jestem facetem i za jedną ze swoich największych wad uważam właśnie romantyzm. Nikt nie zrozumie drugiego romantyka tak jak właśnie romantyk. Czuje się podobnie bo miłość do drugiej osoby traktuję jako jedno z największych rzeczy którymi się w życiu kieruję. To jest dla mnie wykładnik szczęścia i sposób na realizacje siebie przez drugą osobą i dla drugiej osoby. Nie jestem już z Tą osobą prawie 9 miesięcy a uczucie jest we mnie tak samo silne jak wtedy. Nie potrafię sobie z tym poradzić i przestać jej kochać. Byłem z nią ponad półtora roku, a sposób w jaki mnie zostawiła zabolał mnie bardzo. Wyobraź sobie że w środę ktoś mówi że marzy o dniu kiedy z Tobą zamieszka a w sobotę że to koniec. Tym bardziej że miesiąc wcześniej mówi Ci że masz jej powiedzieć jaka ma być bo nie chce mnie znów stracić. To wszystko sprawiło że boli to do dzisiaj. A mimo to wybaczyłem jej, bo jak nie można wybaczyć komuś kogo się kocha. Przez ten romantyzm wszystko pod górę. Nie potrafię się tak od tego odwrócić i zacząć się spotykać z kimś innym. Chyba nie potrafię i tego nie chcę tak samo jak chyba nie chcę przestać jej kochać. I zastanawiam się szczerze czy nie spędzić tego życia samotnie. Zgadzam się z Tobą że Kocha się raz. A miłość jest poświęceniem, cóż nie zawsze kończy się szczęśliwie. Ale jest szczera i prawdziwa ta jedna wyjątkowa miłość do tej jednej wyjątkowej osoby. Pisze to żebyś wiedziała że nie jesteś jedyną romantyczką ze złamanym sercem. I szczerze z całego sera życzę Ci aby wszystko jednak się ułożyło po myśli twojego serducha :)
Ale czy mimo tego strasznego bólu i cierpienia nie uważa Pan, że życie tak wrażliwego i głęboko kochającego człowieka nie jest ciekawsze? Jeżeli potrafi Pan kochać pomimo cierpienia i bólu to czyni to Pana wartościowym człowiekiem, a miłość rozwija Pana duchowo. Chociaż teraz wciąż tak bardzo boli... Pozdrawiam : )
Czytam Pani wypowiedzi i naprawdę jestem pełen podziwu ;). Bylem załamany, bo smutno mi było, że moja była znalazła sobie kogoś. Teraz myślę, niech spada, że mogę być jeszcze szczęśliwy. Dzięki pani widzę wszystko w innych barwach i to kolorowych ;). Dziękuję
Ja też zawsze szukałam sensu mojego życia w drugim człowieku, z drugiej strony miałam świadomość, że ludzie są niedoskonali, dlatego nie można budować swojego życia na drugiej osobie. Jednak moja ogromna uczuciowość nie pozwoliła mi zachować tego rozsądnego podejścia. Wciąż wierzę, że szczęście mogę osiągnąć tylko poprzez miłość, mam w sobie tyle uczuć i tak bardzo pragnęłam kochać i być kochaną. Jakiś czas temu, w momencie gdy nikogo nie szukałam (po burzliwym, nieudanym związku), pojawił się w moim życiu wspaniały chłopak. Nasze rozmowy od początku były wyjątkowe, z nikim tak dobrze się nie rozumiałam, podobał mi się pod każdym względem, oczarował mnie sposobem, w jaki mnie traktował i pięknymi słowami, których nigdy przedtem nie słyszałam: "Nadajesz sens mojemu życiu", "Chcę być z Tobą zawsze", "Tak bardzo Cię kocham" itd. Spędzaliśmy ze sobą cudowne chwile, beztroskie, był przeciwieństwem mnie - ja raczej "depresyjna" osoba poznałam kogoś, kto potrafił mnie rozśmieszyć, gdy miałam zły humor. Przed tymi wakacjami zdecydowaliśmy się na wspólne mieszkanie, podpisaliśmy umowę. Wyjechałam na 1,5 miesiąca do pracy, aby zarobić na nasze wspólne życie i nie być dla niego obciążeniem, chociaż wcale nie musiałam tego robić. 2 tygodnie przed moim powrotem powiedział mi, że coś w nim "pękło", że chyba powinien być sam, że czuje, że to nie jest jego droga, że chciałby "czuć mnie całą", a tego nie ma, że dobre porozumienie między dwojgiem ludzi to nie wszystko, że "musi być coś ponad tym"... Jeszcze kilka dni po moim wyjeździe do pracy (kiedy było niby wszystko w porządku) słyszałam zupełnie coś innego: "Nie niszcz naszego związku, bo dobrze wiesz, że między nami zawsze będzie dobrze"! , "Jak dla mnie możesz już wrócić, jestem w stanie utrzymać moją żonę" i wiele innych słów zapewniających mnie o jego uczuciach. I nagle ten cios. Co w tym wszystkim najbardziej mnie zabolało, jego stwierdzenie, że on czuje, że odszedł od swoich ideałów, że ten związek zmienił go negatywnie. A przecież nigdy nie dał mi odczuć, że jest ze mną nieszczęśliwy. Ja nigdy niczego mu nie narzucałam, nie próbowałam w nim zmieniać. Ostatnie dni przed powrotem były dla mnie męczarnią, nie mogłam jeść, spać, chodziłam odrętwiała z żalu i bólu, słońce stało się moim wrogiem, jak mogłam rozpoczynać kolejny dzień, gdy nie widziałam jego sensu... Czułam się jako człowiek przebudzony w środku pięknego snu tak nagle, że nie wie, czy zakończenie nie pasujące do barwnej całości to figiel jego umysłu czy już rzeczywistość... Myśli kłębiły się w mojej głowie, nawet te najgorsze... Jakoś pozbierałam się i wróciłam z uśmiechem na twarzy (przynajmniej rodzina nie musiała widzieć mojego cierpienia), zajęłam się swoimi sprawami, studiami, ale ten powrót do równowagi to tylko pozory. Nie opuszcza mnie uczucie osamotnienia, a z nim myśli samobójcze. Nigdy moje życie nie wydawało mi się tak bezwartościowe i bezsensowne, jak teraz. Jedno wiem na pewno, jeśli kiedykolwiek jeszcze usłyszę "piękne słowa", już nigdy nie przyjmę ich do siebie z ufnym sercem. Mam 22 lata, a przez to, co przeszłam w życiu, nie chodzi tylko o nieszczęśliwe związki, mam zrujnowane zdrowie psychiczne. Nienawidzę siebie, za swoją słabość, przede mną całe życie, a ja już prawie na starcie nie mam sił. Czy bycie szczęśliwym człowiekiem jest naprawdę tak trudne?
Dziękuję za wsparcie:) widzisz ciężko jest zejść na ziemię i docenić kolejnego zwyczajnego faceta ,skoro poznało się smak najlepszego.;( pozdrawiam cieplutko.
Witam Was serdecznie :) Chciałam Wam tylko powiedzieć, że też jestem taką romantyczką i podpisuję się pod słowami mojego poprzednika ... Myślę, że to wspaniałe, jeśli mężczyzna jest romantykiem, chciałabym kiedyś takiego spotkać... Chłopak, którego bardzo kochałam i z którym byłam szczęśliwa zostawił mnie nagle po 2 latach bycia razem. ... Bardzo to przeżyłam i jest mi nadal ciężko, choć minęło już 1,5 roku od tamtego dnia... Mogłabym o tym pisać i pisać, ale nie chcę jeszcze bardziej rozdrapywać swoich ran... Mam nadzieję, że kiedyś powiem, że dobrze, że tak się stało i spotkam kogoś, kto będzie o niebo lepszy - życzę tego wszystkim, którzy zostali skrzywdzeni i cierpią z powodu odrzucenia ich miłości. 3majcie się cieplutko !!! :)
witaj, witajcie!!! Romantycy!!!
Macie za dużo czasu i jest romantycznie. też tak miałam. Zycie mnie z romantyzmu wyleczyło. Wyszłam za mąż za prostaka, chama, psychopatę. Warto poszukać innej osoby do miłości. Każda miłość jest pierwsza. Jest inna.
Mówię- wyleczyłam się- nie jest to prawda. We wnętrzu mnie drzemie ta wielka, niespełniona miłość. Pozostaje w sferze wspomnień. Wiem, że gdybym spotkała odpowiedniego mężczyznę, mogłabym o pokochać bardzo mocno, pomimo mojego () wieku.
Trzeba chcieć żyć, kochać i kochać. Nie mazać się. Widocznie nie macie zajęcia. Ja nie miałam czasu na mazgajstwo. Nie żałuję.
Pozdrawiam, romantyczka ( niestety)
Oj! Chyba po części masz rację. Przez pół roku nie pracowałam i przez przypadek nawiązałam znajomość. Dla mnie od początku był to ktoś wyjątkowy, dla niego ja nie wiem. Mówił wiele razy, że lubi moje towarzystwo, że jestem jego bratnią duszą (i wiem, że szczerze miał to na myśli ), ale nic więcej. Co przez to chcę powiedzieć? Że nigdy nie byliśmy bardzo intymnie ze sobą. Dlaczego? Bo on mi nie ufa. Powiedział mi to wprost, to przez mój porywczy temperament tak w ogóle on też jest taki sam. Przerwałam sama tą znajomość, bo uczucia do kogoś kto Ci nie ufa nigdy nie mają sensu, chociaż nie wiem jak bardzo bym chciała, nie zmienię jego nastawienia do Mnie. Od samego początku też mówił, że nie może być wierny tylko jednej osobie, tak więc chyba tak jak się stało jest najlepiej. Zaoszczędzi mi to jeszcze więcej cierpień. Trzymajcie się. Pozdrawiam. Monika.
hmm... Ja chciałabym przedstawić tą drugą stronę medalu. Mój chłopak jest romantykiem, pisze mi wiersze, gra na gitarze, ciągle chce żebyśmy spędzali czas tylko we dwoje...sami...Nie chodzimy do ludzi bo jest zazdrosny - chce mnie mieć tylko dla siebie. Ciągle mówi mi komplementy, ciągle mnie tuli, ciągle wybacza, czasem krzyknie, czasem się kłócimy, rozstajemy, a później wraca, bo twierdzi że nie potrafi beze mnie żyć. A najgorsze jest to, że ja bardzo go kocham, mimo tego że przeszkadzają mi te jego wady, to że nie jestem już wolna, niepodległa. Muszę się z nim liczyć tak bardzo jak on liczy się ze mną. Nie dlatego, że on mi każe, ale dlatego, że chcę być w porządku wobec niego. Ja nie potrafię mówić pięknych słówek, nie zawsze mam ochotę na przytulanie i romantyczne gesty. Jestem praktyczna. Uwielbiam z nim śmiać się, wariować, wygłupiać i tarmosić. Miłość nie może być udręką...a dla mnie czasami jest. Ja jestem optymistka, ciesze się z byle czego..a on z byle czego się smuci. Tam gdzie on widzi problem ja nie widzę i odwrotnie. Staram się rozumieć, stawiać w jego sytuacji i wspierać go... i umiem..potrafię, jeśli bardzo się skoncentruje, ale ciężko jest. Kocham go, przyjaźnie się z nim ( stad się wzięła nasza miłość) i nie chcę go zostawić. Chcę żeby był szczęśliwy, lecz nie potrafię wyrzekać się siebie i poświęcać tak do końca....A on...? On chyba potrafi....
Jestem autorką powyższego listu pt.,,zbyt romantyczna''. Minęło parę miesięcy i dziś przyznaję, że boli mniej. Zajęłam się pisaniem pracy mgr, zadbałam o siebie i jakoś daję radę mimo, że ostatnio natrafiłam na fotki mojej miłości z jego nowa ukochaną. Serce mnie bolało jak na nich patrzyłam ale widocznie nie był mi jednak pisany. Teraz czuję, że jeszcze będę kogoś kochać i ktoś pokocha mnie, a ten fagas niech żałuje co stracił:)
Hej jestem w takiej samej sytuacji. Kocham chłopaka, który nie chce być ze mną. Boże jak to boli. Nie życzę nikomu miłości bez wzajemności. Kurcze ja go naprawdę kocham i nie mogę bez niego żyć. Może to jest chora miłość? Już sama nie wiem. Czekałam na niego dwa lata, aż w końcu mu powiedziałam, że go kocham. On mi powiedział, że nie czuje nic do mnie, ale też nie mówi, że przez te dwa lata nic nie czuł i że na razie nic pomiędzy nami nie będzie teraz. Może w przyszłości tak. Co mam robić? Mam na niego czekać? Czy nie? Jakie to wszystko jest bolesne.
Ja też tak mam. Po 2 latach zostawił mnie chłopak... to była moja wina, byłam zazdrosna, uciążliwa... chciałam to naprawić, po 3 misiącach znowu byliśmy razem na krótko, teraz minie już rok, jak schodzimy się i rozchodzimy. On miał w tym czasie dziewczyny, ja nie potrafię nikogo znależć... nie chcę. Potrafię normalnie żyć, ale są dni i to często, kiedy po prostu dostaję ataku histerii, napadów płaczów... strasznie mnie to męczy i wypala. Próbowałam już zerwać z nim kontakt, ale po jakimś miesiącu on i tak pisze, wypisuje, mówi, że jak się z nim nie spotkam, będę żałować... bo za rok wyjeżdża. I ja do niego wyciągam zawsze rękę, nie chcę się z nim kłócić. Wszyscy mi mówią, żę się mną bawi... nazywa mnie przyjaciółką, nie chce ze mną być, ale nie zachowujemy się wcale jak przyjaciele, gdy jesteśmy sami. Starałam się wiele razy zakończyć tę toksyczną znajomość, ale nie potrafię, wciąż wracam do niego, wybaczam mu te dziewczyny, wciąż szukam nadziei, by odbudować naszą miłość. Bo jak jesteśmy razem w jednym mieście, to śmiejemy się razem... i jest naprawdę fajnie. Sam mówi, że lubi ze mną spędzać czas i w ogóle... Czasem wpomina coś o przyszłości, ale jak już wyjedzie, to się nie odzywa, jak ja coś napiszę, to po jego odpowiedzi czuję, że w jakiś sposób go denerwuję. Minął rok, a ja nic się nie nauczyłam... dalej się z nim spotykam, mimo że wszyscy mówią "nie", ja uważam swoje, dla mnie jest dobry momentami... szkoda tylko, że potem płaczę... próbuję na nowo ułożyć życie, nie myśleć, mija trochę czasu i znowu to samo... Dla niego zrobiłabym wszystko. Był całym moim życiem, nadal jest. Nie ma dnia ani godziny, by nie przewijał się w moich myślach. Kochał mnie strasznie przez te 2 lata, tego jestem pewna, ale coś się stało... starałam się z nim rozmawiać... zawsze odpowiada mi takimi słowami, że robię sobie nadzieję... Rozmawiam z ludźmi, ale w ich odpowiedziach doszukuję się tylko jakichś dobrych słów, jakieś nadziei... nie wiem, co robić, to już rok. Dodam tylko, że jest o mnie zazdrosny, ma do mnie sentyment... ale nie chce ze mną być... Normalny człowiek dałby sobie spokój... a ja nie chcę... miłość to coś, co dawało mi sens w życiu, byłam naprawdę szczęśliwa, teraz zastanawiam się, po co to wszystko... (nie mam myśli samobójczych), po prostu czasem jestem przygnębiona. Czytam i czytam, doszukuję się podobnych zapytań i są... na chwilę myślę, że nie jestem sama... a potem i tak dopadają mnie wspomnienia, myśli o nim. Teraz wyjechał i wiem, że jak wróci, to przyjdzie do mnie, spędzimy cudowny tydzień, może 2, a potem znowu mnie oleje... pojedzie do szkoły i zero kontaktu... Analizuję każde jego zachowanie, przeglądam zdjęcia, czasem myślę, że sama się pogrążam. Ale jest coś, co daje mi nadzieję... i sama nie wiem, co robić.
Witam,postanowiłam tu się zalogować i coś napisać bo cieszę się, że znalazłam tę stronę i może żałuję że dopiero teraz:( dziś już wiem, że nie tylko mnie spotkała taka historia i że jest wiele nieszczęśliwych miłości.Ja swoją spotkałam prawie 2 lata temu i jakby ktoś mnie wtedy zapytał to nawet do głowy by mi nie przyszło, że życie tak mi się poplącze, a najbardziej zamiesza w sercu, które do dziś cierpi i nie umie sobie poradzić z tą sytuacją:( to właściwa strona dla mnie bo o depresje na pewno się otarłam - bo nie umiałam poradzić sobie i chyba nadal nie umiem z faktem, że czuję całą sobą, że spotkałam tego kogoś na całe życie i że mogę go stracić na całe i ta świadomość jest straszna!Bo właśnie, jak dalej żyć?Każda cząstka mnie mówi mi że to jest to ale nikt mi nie wierzy, wszyscy dookoła mówią właśnie "zostaw to/ on nie jest tego wart", a ja nie potrafię, nawet wtedy kiedy czuje się zraniona, to i tak go kocham - bo miłość po prostu jest,szkoda tylko że całe już teraz moje 26 letnie życie na nią czekałam, a ona wycięła mi taki numer:(((( więc prawie 2 lata temu, no dobra 1,5-ra postanowiłam zrobić coś ze swoim życiem, może trochę pomóc losowi i napisałam wykorzystując zbliżające się święta list do chłopaka którego poznałam 5 lat wcześniej, z którym byłam na studniówce i który przez całe 5 lat studiów był gdzieś obecny w mojej pamięci,list był ogólny, pytałam się czy mnie pamięta, pisałam co u mnie i że ciekawa jestem co u niego , w sumie wrzucając go do skrzynki nie liczyłam na odpowiedź - pomyślałam sobie, że pewnie ma już poukładane życie - dziewczynę, może narzeczoną a kto wie czy nie żonę i ku mojemu zdziwieniu dostałam odpowiedź smsem - że miło go zaskoczyłam tym listem i że chciałby zadzwonić,okazało się że miesiąc wcześniej rozstał się z dziewczyną po 4 ech latach i że nawet próbował do mnie dzwonić ale ja w tym czasie miałam problemy z telefonem.Pierwsza rozmowa po 5-ciu latach wyglądała tak jakbyśmy wczoraj się widzieli, potem był wspólny sylwester i wesele jego a w sumie naszych wspólnych znajomych, po którym moja bajka prysła, a ja uświadomiłam sobie jak jest on dla mnie ważny.Wtedy i może nadal jeszcze trochę była ważna dla niego jego była dziewczyna, dlatego jak to później sam stwierdził "uciekł" i zostawił mnie bez słowa wyjaśnienia - pisząc że on nie jest gotowy na coś więcej i że ja zasługuje na kogoś lepszego niż on - te słowa dobiły mnie jeszcze bardziej,a ja z bólu chciałam krzyczeć, a najlepiej uciec na koniec świata,nie wyobrażałam sobie jak mogę dalej żyć bez niego - bez tego jedynego właściwego i przeznaczonego!Jego metodą na mnie było milczenie, cisza nieodpowiadanie na wiadomości ja niestety nieświadoma że źle robię i targana burzą emocji domagałam się wyjaśnień, niestety bez rezultatów.On jednak nie powiedział zapomnij, zostaw mnie tylko "ja potrzebuję trochę czasu", "nie naciskaj" - to dawało mi nadzieje,nie widzieliśmy się kilka miesięcy i w maju sam się pojawił twierdząc że chce pogadać, ale te rozmowy do niczego nie prowadziły -bo powtarzał i w sumie powtarza ciągle to samo - że on jest za głupi dla mnie (bo ja mam mgr a on podstawówkę), że nie będzie ze mną bo ja bym pewnie na spacery chciała chodzić itd. tłumaczył mi że nie można z nikim być na siłę jak się nic nie czuje, bo tak się nie da, że on kocha nadal tą byłą i że teraz woli znajomości bez zobowiązań.Nasze relacje powoli zaczęły się odbudowywać, on kilka razy przyjechał, nawet umówiliśmy się za 2 tyg, kiedy on tydzień przed tym wiedząc że mam zaplanowany wyjazd napisał, że jak nie jadę to niech przyjeżdżam do niego (jak potem stwierdził - chciał nam dać szansę wtedy - niestety nie domyśliłam się intencji a wyjazd był umówiony i nie mogłam tego zmienić, choć gdybym co mu w głowie siedzi wiedziała to bez zastanowienia bym pojechała) - no i tu życie zrobiło mi na złość, choć ja tłumaczę że tak miało być.Kiedy za 2 tyg chciałam go zabrać na wesele - pomyślałam że to dobra szansa aby zacząć coś od nowa - wtedy mieliśmy długa rozmowę przez tel. - on stwierdził że zaciął się na mnie że nic nie czuje i że przestraszył się że może się udać - a wtedy znów może zostać zraniony - jak się zaangażuje wtedy wydał się że poznał kogoś i że wobec tej nowej dziewczyny nie chce być nie fair ( wg mnie mógł) - no i nie poszliśmy na wesele i zapadła cisza.Ja stwierdziłam że najwyżej dostanę po tyłku ale nie odpuszczę bo go kocham i napisałam do niego kilka listów,aż dostałam smsa "daj mi spokój",wtedy byłam tak zmęczona całą ta sytuacją że odpisałam - 'ok - od dziś masz spokój" - i co,po tym smsie następnego dnia wieczorem on przyjechał - chciał rozmawiać - a w tym co mówił tłumaczył się milionem beznadziejnych wymówek dlaczego nie możemy być razem ( że ma obity samochód, że dzieli nas różnica wykształcenia i to że ja mieszkam w mieście a on na wsi (choć ja już bym mogła się przenieść), że co na to moi rodzice, że te spacery...) - to że przyjechał dało mi nadzieję - bo wtedy już był z tą nowo poznana dziewczyną (twierdził że jej nie kocha i nie wie czemu z nią jest - a mi mówił że nie można być z kimś na siłę i bez uczuć - i tego nie rozumiem i czemu mówi mi jedno, robi drugie? Z nią jest a mnie całuje i przytula, dzień wcześniej pisząc "daj mi spokój"?Dziś wiem że on na pewno przeszedł poważną depresje związaną z tamtym rozstaniem, że jest rozchwiany emocjonalnie i sam sobie w jednym zdaniu zaprzecza i że nie ma odwagi coś zmienić bo boi się zranienia, po tym spotkaniu widzieliśmy się jeszcze raz i wtedy on poprosił "nie pisz do mnie ja się odezwę za jakieś 3 tyg, " - postanowiłam, że wytrwam.Minął miesiąc i zwątpiłam ,pomyślałam że skoro milczy tzn. że może tylko ja coś sobie uroiłam, że to nie prawda - ta moja cała miłość i że muszę żyć od nowa, że widać to nie to,nie powiem że było mi łatwo, a wręcz cholernie ciężko, bo on codziennie i nawet dziś jest w moich myślach i sercu, bo mimo tylu szarpań wszystko mi mówi że to jest to, po 3 ech miesiącach ciszy dostałam smsa - " co tam u mnie i jak sobie życie układam i że on chciał już dawno napisać tylko się zebrać nie mógł i że chciałby się spotkać i prosi o cierpliwość" - i jak tu nie robić sobie nadziei że wszystko może jeszcze nie stracone - po tym sms sam się odzywał co tydzień, dwa i pytał czy się spotkamy - tylko jak on mógł to mnie nie było a jak ja byłam to jego nie było i tak minął rok, kolejne święta i sylwester - nawet dostałam życzenia i chciał przyjechać ale ja źle się czułam, a tydzień po miałam wesele i też nie mogłam,wtedy stwierdziłam - jak będzie chciał to się odezwie ja nie wiedziałam czy ma dziewczynę czy jest sam i w ogóle co u niego.Po 3-ech tyg. ciszy dostałm smsa - "że pewnie się zakochałam i mam kogoś bliskiego i że on był tylko epizodem" - tą wiadomością rozwalił mnie znów psychicznie - odpisałam że on jest głupi bo ja ciągle go kocham i że chyba on chce abym była w jego życiu epizodem Po tych wiadomościach rozmawialiśmy - 1-wszy raz od pół roku a następnego dnia się widzieliśmy - jak mogłam przypuszczać - nadal miał dziewczynę choć twierdził i nadal twierdzi że jej nie kocha,że nie jest szczęśliwy i że nie wie czy będzie ze mną czy z nią wtedy ze mną chciał się kochać (przy ciągłym twierdzeniu że nic nie czuje do mnie) ale stwierdzeniu że może to być szansa dla nas - jak można sobie dać szanse jak się człowiek nie widzi ze sobą - to jak można spróbować, jak można coś poczuć na odległość? Niby był z nią ale pisał że ma ochotę się spotkać tylko nie ma czasu,potem miał jak twierdził mętlik w głowie,potem zwaliły mu się na głowę problemy ze zdrowiem i finansowe,co raz pytałam co tam słychać nie pisząc nic o spotkaniu, a on sam opisywał że chciałby się spotkać ale nie ma czasu bo pracuje od rana do nocy,nie pisał nic o dziewczynie, aż po jakimś miesiącu napisał, że w tygodniu nie ma czasu a ma chęci na spotkanie a weekendy spędza z dziewczyną.Po 4-ech miesiącach się widzieliśmy - znów chciał mnie całować, kochać się , a nie chciał rozmawiać - łatwo mu mówić mi o swojej byłej i obecnej dziewczynie - co do nich czuje a co nie, łatwo mu gadać o bzdurach, a jak tylko chcę porozmawiać o nim i o mnie to milczy, zmienia temat, powtarza ciągle te same wymówki - że ja bym pewnie na spacer chciała chodzić, że on nic do mnie nie czuje, że jestem tylko koleżanką, i że nie chce się we mnie zakochać bo nawet nie wiem jaki on jest wtedy zazdrosny i że spokoju by mi nie dał - nie chce - czyli dla mnie może ,powiedział mi że nie zaufa już żadnej kobiecie, ze nie wierzy w miłość, że nie kocha tej z która jest, że nie jest szczęśliwy ale jest zaspokojony fizycznie i że miłość przyjdzie z czasem, a nawet jakby zerwał z nią to niech nie myślę że do mnie przybiegnie i że wtedy rok temu jakbym przyjechała, co miałam ten wyjazd to pewnie dziś już bylibyśmy szczęśliwi " - strasznie takie słowa ranią - bo ma się świadomość że coś jednak jest, że przecież jakby nie chciał toby nie przyjechał, unikał by kontaktu - tylko co z tego jak widzimy się co kilka miesięcy jak dobrze pójdzie, bo on niby chce i ma ochotę się spotkać, ale mu to nie wychodzi - bo uparcie trwa przy tej której nie kocha - i jej chce dać szanse, a ze mną boi się być - ja tłumacze sobie że boi się zaangażować, bo boi się zranienia, bólu, boi się coś poczuć bo boi się cierpieć a ja w tym wszystkim jestem bezsilna - bo co bym nie robiła to jest źle - ja pisze - to za dużo, jak nie pisze to wychodzi że mi nie zależy, jak mówię że kocham to on mówi - ja też się tak zachowywałem lub jego była tak się zachowywała - ciągle jestem do niej lub do niego porównywana - choć tłumaczyłam mu wiele razy że ja to ja - jestem inna i go nie zranię nie zostawię bo go kocham bo jest dla mnie ważny!Od naszego ostatniego (2- go w tym roku spotkania) minęło 1,5 miesiąca - w tym on z powodu tej swojej depresji po rozstaniu i innych zmartwień wylądował w szpitalu o czym dowiedziałam się przypadkiem od jego przyjaciela , który myślał że wiem a ja myślałam że padnę jak się dowiedziałam - normalnie to bym pojechała do szpitala a tak w tej głupiej i chorej sytuacji znów sms - odpisał że takie tam małe problemy zdrowotne i dlatego milczał,po tym jeszcze sam z siebie napisał 2 razy czy jestem u siebie na działce, ale mnie wtedy nie było i tak do dziś milczenie trwa a sytuacja powtarza się w kółko - milczenie,potem przebłyski normalności, jakaś nadzieja na bycie razem i znów mówienie - układaj sobie życie, znajdź sobie kogoś innego.Tylko po co jak ja jego kocham - tylko jestem w tej miłości bezradna - bo ja go nie zmuszę do tego aby był ze mną, a żadne moje działanie nie działa,więc postanowiłam że nie będę się narzucać - jak ma to być to będzie jak chciał to się odezwie no i czas pokaże co nam pisane Choć cholernie trudno jest żyć w takiej sytuacji, bo nie chce się nic, nawet uśmiechać:(((( nie wiem co robić/ nie chcę kończyć tego bo nie chcę go stracić/ ale jest strasznie trudno żyć z świadomością że jest ktoś kogo kochasz ponad życie, tak że każda cząstka ciebie mówi Ci że to jest to, że czuje się kiedy jest u niego źle, że coś się stało itd., A ten ktoś mówi ci że nie chce się w tobie zakochać - choćby mógł i woli być z kimś kogo nie kocha, a z którym jedynie uprawia sex no i jest pewnie z przyzwyczajenia ,straszne jest to że bratnie serca i dusze nie mogą być razem bo ciągle się mijają! A on wcale nie chce urywać tej znajomości i tylko po co mnie zwodzi co raz i burzy mój jako taki spokój psychiczny? Już kilka razy mówiłam sobie - dobra koniec tego! Może widocznie trzeba odpuścić ! I co się działo zaraz - on się odzywał, lub działo się coś złego że ja nie mogłam inaczej - tylko się odezwać i dla mnie to życie dawało mi znak że warto walczyć i czekać i nie odpuszczać.Więc może ludzie mnie wyśmiewają, ale ja nadal wierzę (mimo cierpienia i zranienia) mam nadzieję i walczę ale poprzez czekanie,bo nie wyobrażam sobie inaczej życia, pokochać kogoś innego ,niestety wiem że powinnam nabrać do tego dystansu - bo inaczej zwariuję - tylko nie wiem jak bo myśli i uczucia są silniejsze niż rozum! Z nadzieją w bezsilności kończę bo się rozpisałam że hoho a co będzie dalej - życie pokaże a wszystkim życzę dużo sił wiary i nadziei no i odwagi do walki o to co dla nich w życiu najważniejsze!Trzymam kciuki.
Przeżyłam to samo i radzę Ci uciekaj od tego szybko, nie mniej nadziei, że coś się zmieni. Nic się nie zmieni, czekając będziesz zawsze samotna, stracisz szansę na poznanie kogoś wartościowego. Wiarę i siłę trzeba mieć, aby z tym skończyć! Czasami zastanawiam się czy to nie strach przed samotnością popycha nas do takich bezmyślnych wyborów. Jestem na etapie walki z tym. Postawiłam warunki ,jeżeli nie umie podjąć decyzji przez cztery lata to nie będzie już powrotów. Dawał mi nadzieję, a potem zabierał, wystarczył byle jaki pretekst do ucieczki, aż jakiś czas to samo. Ja powiedziałam dość, jestem z natury uparta. Kocham i chcę być kochana, a przede wszystkim szanowana. Moja koleżanka w takim czymś trwała 6 lat, nic się nie zmieniło. Czy warto marnować sobie życie, rozejrzyj a dostrzeżesz wiarę ,radość z kimś innym.
Te myśli zastąp innymi myślami, na początku jest trudno, potem jest łatwiej. Poczujesz ulgę, że to się skończyło. On Cię wykończy psychicznie, zaczniesz wątpić w siebie, nie dopuść do tego.
Życzę powodzenia w walce, życie jest zbyt krótkie, aby go marnować.
Zgadzam się w stu procentach! U mnie na szczęście taki stan trwał 1,5 roku po... pół roku bycia szczęśliwą... potem zaczęły się zdrady itp., a z drugiej strony był miły i czuły, więc nie potrafiłam z tym skończyć. Czułam się jak szmata. Nic niewarta. W końcu dojrzałam do tego, by zerwać z nim definitywnie. Teraz żałuję tylko, że straciłam na niego o rok za dużo. Szkoda mi tego roku życia! Co ciekawe, trzy miesiące po ostatecznym zerwaniu poznałam wspaniałego chłopaka, z którym jestem teraz szczęśliwa. Naprawdę warto zawalczyć o siebie, być twardą, nawet - to rada do wszystkich romantyczek (ja też nią jestem i bardzo poważnie traktuję związki, bardzo się angażuję), nawet jeśli uważasz, że jestem najbardziej miękka ze wszystkich. Nie jesteś, musisz uwierzyć, że twoje życie i dobre samopoczucie są ważniejsze od fanaberii twojego chłopaka. Naprawdę. Na siłę nic się nie uda. A ktoś podstępny może bardzo nas oszukać, niestety. Teraz wiem, że nie warto dawać miliona szans osobie, która na to nie zasługuje. Najlepiej zerwać od razu, choć boli cholernie. Albo tak jak ja męczyć się rok, płakać codziennie, mieć do niego ciągle pretensje, a mimo to się spotykać. W końcu dochodzisz do punktu krytycznego, w którym spotkania, przytulenie się do niego itp. nie ma już dla ciebie żadnego znaczenia, bo czujesz się wdeptana w ziemię, zmieszana z błotem. Dużo mi dała ta lekcja i mam nadzieję, że już nie popełnię takiego błędu, ani że nie będę miała okazji, czego i Wam wszystkim życzę!!!!!
Ziuta: to prawda ty nie rób sobie nadziei ,tylko uciekaj. Ja przez 3 lata miałam to samo i nic się nie zmieni. Wierz mi ja też to przeżyłam, szkoda życia na takiego kogoś, potrzebujesz czasu i wszystko mija. Nic się nie zmieni, a on znajdzie sobie inną, a ty do końca życia będziesz cierpiała. Pamiętaj jest taka złota zasada, jeśli kobieta jest bardziej za facetem to nic z takiego związku nie będzie.
Przeżywam teraz straszne chwile... Nie potrafię sobie poradzić ze sobą... Sama się o siebie boję.
Prawie nic nie jem, nie mogę zasnąć w nocy, a jak już zasypiam, to ze zmęczenia psychicznego.
Nie wiem, co mam robić...;(
Nawet nie wiem, od czego zacząć...
Byłam z chłopakiem ponad rok. Był to naprawdę poważny związek. Mieszkaliśmy u mnie z moimi rodzicami. On bardzo był za mną, strasznie kochał... Mnie denerwowało to, że nie ma stałej pracy i zaczęłam naciskać, aby wyjechał do pracy za granicę, ponieważ on był niezwykle pracowity i ambitny, to wiedziałam, że poradzi sobie. Wyjechał więc i wszystko zaczęło się psuć. Poczułam wolność i bardzo mi się to spodobało, ponieważ jak z nim byłam, bardzo mnie ograniczał. Zaczęliśmy się strasznie kłócić, poniewierać... Zerwałam z nim. On przyleciał z kwiatami, ale nie wybaczyłam mu. Mieliśmy ze sobą kontakt, wciąż mówiliśmy, jak się kochamy i w ogóle... Było prawie tak, jakbyśmy byli razem, tylko nie chciałam na razie do niego wracać, ponieważ bałam się, że będzie jak dawniej... Dzwonił bardzo często... W maju spędziliśmy ze sobą kilka dni w pensjonacie... Poźniej widzieliśmy się pod koniec czerwca, jak przyleciał...
Wróciliśmy do siebie... Powiedziałam mu kategorycznie, że ma wrócić na stałe do Polski... Nie bardzo mu się to widziało, więc powiedziałam: albo jutro jesteś u mnie, albo koniec... Chciałam, aby jak najszybciej już był przy mnie...Tak bardzo chciałam już z nim być... Powiedział, że przyleci. Czekałam cały dzień, nie pojawił się, przez dwa tygodnie miał wyłączone telefony... Przeżyłam koszmar. Cierpiałam jak nigdy przedtem. Nigdy nie byłam w takim stanie. Nie wiedziałam, co myśleć, miałam najgorsze myśli. Przyjechał do mnie po tych 2 tygodniach... Nie mogłam się uspokoić, jak go zobaczyłam, tak płakałam ze szczęścia. Powiedział mi, że zatrzymali go na lotnisku (wiem, że miał pewne problemy z prawem), że siedział...
Spędziliśmy ze sobą 8 dni. Mieliśmy wspólne plany, chcieliśmy się wyprowadzić na stancję. On miał wrócić do swojej starej pracy, a ja studiować... Spał u mnie prawie codziennie, ale też często jeździł do domu, co bardzo mnie zdziwiło, bo nigdy tak często tam nie jeździł... W sobotę pojechał do domu. Pisaliśmy jeszcze ze sobą, zadzwonił jeszcze. Mieliśmy jechać w niedzielę nad morze, umawialiśmy się już, jak to będzie i w ogóle... W niedzielę miał znów wyłączone telefony i nadal je ma. Minęły już 34 dni... zero odzewu z jego strony... NIC...
ZAŁAMAŁAM się strasznie... jest ze mną jeszcze gorzej, niż było... Pojechałam do jego domu... Jego mama mi otworzyła i zapytałam, gdzie on jest... Powiedziała najpierw, że nie wiem... Widziałam, ze coś kręci... Weszłam do środka i zaczęłam z nią rozmawiać... powiedziała mi, że wyjechał do pracy za granicę...Jak ja to usłyszałam... Nogi mi się ugięły, mało co nie zemdlałam. Mieliśmy przecież za 4 dni wyjechać oglądać stancję... Powiedziała mi, że nie kazała mi mówić, że wyjechał... mówiła, że mówi mi to w tajemnicy (wiem, że to chore)... Nie wiedziałam, co robić, napisałam do jego siostry... mówiła, że dzwoni do niej, ona nie była za tym, żebym do niego wracała, napisał mi, że mnie ostrzegała i że to nie wymaga komentarza... Zapytałam, czy mówił, co sądzi o mnie, a ona że tak, ale obiecała mu, że nie powie. Dziś dokładnie mija 34. dzień. Jestem zrozpaczona, nie wiem, co myśleć, nie wiem, co się dzieje... Mam najgorsze myśli, że ma tam nowe życie i jakąś kobietę.
Proszę, powiedzcie, co o tym myślicie...
Ja zostawiłam chłopaka po 3 latach wspólnego mieszkania. Wszystko się tak pokomplikowało, a raczej ja pokomplikowałam, zdradziłam itd. Minie niedługo rok. Głupio wyszło ale ja dalej go kocham i chcę z powrotem wrócić, ale on ma inną. Chce spróbować beze mnie. Mówię, że się zabiję, a on do mnie, że siostra farmaceutka pomoże mi z tabletkami, jak tak bardzo chcę. Ból nie do opisania, nie jem, pale 40 papierosów na dzień i mam już wszystkiego dość. Najgorsze jest to, że jeszcze 4 miesiące temu on dalej chciał, a ja byłam zbyt dumna żeby się przyznać, że tak strasznie tęsknię i kocham. Chyba ni dodać nic ująć :(((((
Zostawiłaś go najpierw Ty... a on sobie poradził... to i Ty sobie poradzisz. Mnie zostawił facet po dwóch latach... Mija rok, a ja cierpię tak samo. Jak ktoś ładnie napisał, brakuje mi go fizycznie i psychicznie... Nie ma, cholera, od roku ani jednego dnia, żebym o nim nie myślała, nawet godziny nie ma... Wszyscy cierpimy, wszyscy, którzy kochamy tak mocno...
Długo czekałam na swojego "ksiecia z bajki", wreszcie znalazłam: inteligentny, kulturalny, wykształcony, przystojny, dobra praca, mieszkanie, wspolne zainteresowania... przez rok było dobrze. Bolalo mnie ze nigdy nie zostalamz aproszona przez jego rodzine na swieta czy urodziny ale nic nie mowilam, myslalm ze wstydzi sie swojego ojca o ktorym mial bardzo zle zdanie. Po roku zdalam sobie sprawe ze to nie ojciec tylko matka tak go ogranicza, zaczely do mnie docierac sygnaly ze ona jest starsznie zaborcza, że nim manipuluje, ze zepsuła poprzedni zwiazek.. W dniu w ktorym mielismy zamieszkac razem jego matka wyszla bez slowa z domu, on sie zalamal nie chcial sie juz wyprowadzic, pokłocilismy sie przez telefon... zerwal ze mna. w 10 minut byłam pod jego blokiem, nie zostalam wpuszczona do mieszkania, zszedl na dól, prosiłam, blagałam nie konczmy tak tego, powtarzal tylko "kocham Cie ale moja mama nigdy sie nie zgodzi". Siedziałam w aucie i płakałam, po 3 godzinach zeszla jego matka... zrobila mi awanture, oczerniala mnie a on stal i sluchal. Przepedzila mnie spod bloku i z jego zycia. ja sie nie poddałam, droga mailowa postaralam sie wszystko wytlumaczyc i udowodnic jak mi na nim zalezy. Po 3 miesiacah on zdecydowal ze da nam jeszcze jedna szanse. Wyprowadzil sie od matki i zamieszkalismy razem. Niestety ona nigdy nie zaakceptowala tej decyzji. Nie chciała miec ze mna nic wspolnego. Ja bylam szczesliwa, on nie, dreczyly go wyrzuty sumienia... wtedy tego nie rozumialam... teraz juz wiem bo przezywam to samo! Przezylismy nalot matki brata w nocy do domu i kolejna awanture. On cierpial, ja zamiast go wspierac staralam na sile uswiadomic mu ze dorosly facet musi "odciac pępowine"... kłocilismy sie coraz częściej. Pojechał na Świeta do domu, nie zadzwonil przez 2 dni, na 3 dzien dowiedzialam sie ze jestem wredna i falszywa, bo usunelam jego brata ze znajomych na Naszej Klasie.... nie wytrzymalam powiedzialam kilka naprawde ciezkich słow. Zerwał ze mna sms.... Przeprosiłam, po raz kolejny błagałam o kolejna szanse... Powiedzial, że juz mnie nie chce, ze nie jestem osoba dla ktorej wart zrywac kontakty z matka :((( To juz 2 miesiace a ja nadal caly czas o nim mysle, codziennie płaczę, mam mysli samobojcze... żyje z ogromnymi wyrzutami sumienia i poczuciem winy, ze los zesłał mi tak wspaniała osobe a ja przez swoja głupote, przez nieprzemyslane zachowanie ja straciłam. Nie jestem nastolatką, jestem dojrzała osoba i wiem ze już nigdy nikogo tak nie pokocham! Nie mam dla kogo życ...
A ja uważam, że życie ma sens tylko jak ma się dla kogo żyć. Na początku są to rodzice, rodzeństwo, ale z czasem to nie wystarczy i potrzeba nam innej miłości. W końcu mama ma tatę, rodzeństwo też układa sobie życie na swój sposób i zostaje się samemu. Tak też można być spełnionym w życiu, ale osoba dla której życie to bycie z kimś, pomoc, oparcie i stworzenie swojego małego światka we dwoje, nigdy nie uzna swojego życia za spełnione póki nie spotka takiej osoby.
ja tez mam taki problem jak ty nie chce do mnie wrócic mój byly nawet nie wiem czemu moze chce sie oegrac . bylam z nim 2 razy . za 1 razem ja zerwalam bo bylma glupia. potem juz on i wtedy go pokochalam;(
To bardzo możliwe..Wiesz mnie to już nic nie zdziwi, naprawdę..
Dopiero po stracie przekonałam się jak cudowne moje życie było z nim...
Teraz pozostały tylko wspomnienia, których NIKT mi nie odbierze,,,,
Ja mam trochę odmienny problem niż autor tego tematu ze względu na moje położenie. Bardzo mi zależy na pewnej osobie ale ona przeżywa niespełnioną miłość. Zakochała się w osobie która tej miłości nie chciała, nie byli nawet ze sobą ani jednego dnia z tego co zdążyła mnie uświadomić. Poznałem ja może i troche dziwnie bo przez internet ale uczy się w mieście, w ktorym mieszkam więc stwierdziłem że nie stanowi to zbyt wielkiego problemu. Poznałem ją bardzo dokladnie, że ma dobre serce, jest miła i ma ciekawe zainteresowania, nie wspominając już o kwestii dbania o swoją przyszłość. Najgorsze było to że poznałem ją podczas gdy byłem w innym związku. Wiedziała, że raczej nic z tego nie będzie wiec zaczeła mnie podrywać. Po niedługim czasie znajomości spytała się czy jej wyśle swoje zdjęcie (numer chciała zaledwie po paru dniach) i pisała, że bardzo fajnie się ze mną pisze. Z czasem sam się do Niej bardzo przywiązałem, stwierdziłem, że między nami może być coś więcej, napisałem dla niej parę wierszy w których wyraziłem co do niej czuje. I tu pojawiła sie kwestia jej niespełnionej miłości. Uświadamiała mnie, że ciężko jej będzie o nim zapomniec i choć się postara to niczego nie obiecuje i nie wie jak to będzie. Stwierdziłem, że nie opłaca sie utrzymywać kontaktu ale jej charakter sprawia, że nie jestem w stanie nie odpisywać jej na wiadomości. Pewnego razu spytała czy się spotkamy. Odpowiedziałem, że z przyjemnością, niestety do spotkania nie doszło bo nie mogła. Jak i następnym razem gdy była chora i nie mogła wgle sie zjawić. Gorsze były ostatnie 2 razy. Przedostatni gdy o kupieniu książek pamiętała bardziej niż o tym, że miała się ze mną spotkać oraz ostatni przed moją wycieczką szkolną, napisała mi że chce mi zrobić niespodziankę, którą miało być spotkanie. Owszem, zrobiła mi miłą niespodziankę, w połowie drogi na miejsce spotkania (pod internatem) powiedziała, że mam się cofnąć, ja, wierząc i posiadając w sercu nadzieję, że uda jej się przełamać udałem sięan to miejsce. Napisałem, że czekam 10min i ide sobie. Poszedłem, w wiadomości dziękując za miłą niespodziankę. NIe raz próbowałem się dowiedzieć co było przyczyną, że nie może się spotkać. Według niej nie jest w stanie pogodzić związku z nauką bo uwarza, że jestem zbyt fajny i że na jednym spotkaniu by się to nie skończyło,a nie chciałaby zawalić szkoły. I tu nasuneło się moje pytanie : "to jak miała zamiar pogodzić naukę z osobą która nie chciała jej miłości?" czego takiego ja nie posiadam co on posiada. Wiele bym dał żeby o nim w końcu zapomniała albo zamiast niego w jej głowie pojawił się ja. Po nieudanym ostatnim spotkaniu zaczeła mnie przepraszać i żałować, że tak wyszło i narzekała, że pewnie nie dam jej ostatniej szansy. Powiedziałem, że dałbym ale ona i tak pewnie z niej nie skorzysta. Termin spotkania miał/ma być jutro. Niestety dowiedziałem się, że źle robie wierząc w to że mnie nie wystawi. Dowiedziałem się że jej na mnie nie zależy. Opowiedziałem jej jak to byłem podrywanym przez pewne dziewczyny ale nie dałem się bo miejsce w moim sercu jest tylko dla niej. Dostałem odpowiedz typu: "dlaczego nie zwracałeś na nie uwagi?" , "ja pewnie bym porozmawiała" , "nie zwróciłabym uwagi tylko wtedy gdybym była z chłopakiem" . I tu szala się przechyliła. Stwierdziłem, że nie chce się spotkać bo nie ma to sensu. Nie chce być tylko jej kolejnym porzyjacielem, których ma zresztą trochę. Mówiła, że nikt nie jest dla niej tak kochany i miły jak ja, ale co mi po tym gdy dowiaduje się, że jej na mnie nie zależy? Raz nawet stwierdziła, że uzależniła się od pisania ze mną, ale mi to jakoś zbytnio humoru nie poprawiło. Ostatecznie stwierdziłem dzisiaj, że skoro nie chce zapomnieć o nim to niech zapomni o mnie i niech da mi w końcu spokój, w koncu jeden "przyjaciel" w tą czy w tą nie sparwi jej różnicy. Dręczy mnie tylko to, że byłem na tyle głupi, że uwierzyłem w jej słowa "kocham Cię", w które jak sie dowiedziałem dzisiaj sama wątpi. Na dodatek niedawno poznałem jej zupełne przeciwieństwo jeśli chodzi o związki, bardzo otwarta, śmiała i szczera osoba. Kontaktujemy sie równierz głównie przez internet z powodu czego była u mnie skreślona już na początku. Jednak z czasem zaczeliśmy smsować, wykupiła sobie do mnie darmowy numer tak więc przegadaliśmy juz nie jedną godzinę. NIestety mieszka ok 250km od mojej miejscowości :/ ... Komplementowała i słodziła abrdzo często, w końcu okazało sie ze jestem dla niej bardzo bliski ideału, że chce ze mną być, chce mnie przytulić i że zalezy jej na mnie bardziej niż na osobie która mogłaby mnie mieć na codzień. Niestety osoba ta jest tez ode mnie o 2 lat młodsza (15lat) nie to co rówieśniczka o którą zabiegałem. Stwierdzam, że oba wyjścia nie mają przyszłości bo żeby być z tą 2ga osoba musiałby wydarzyć sie cud, a ja już w nie nie wierze przez nieudane związki spisane nie raz jako wiersze, rymowanki, na moim blogu. Teraz nie wiem jak sprawić by zapomniały o mnie obie osoby. NIe chce mi się już nic, nie chce mi się uczyć, nie chcę już się starać o 2gą osobę wiedząc, ze jej na mnie nie zależy. Nie wierzę już w miłość, nie mam już sił na dalsze niepowodzenia, nie chcę znów poczuć, że komuś na mnie nie zależy, albo że komuśzaeży ale Ciężko będzie nam żyć ze sobą z powodu odległości. Nie chcę już miłości, wszystko co dobre kończy się u mnie szybko. Więc nie chcę już niczego dobrego, trzymam się wersji z wiecznym uśmiechem na twarzy. Kiedyś zdarzyło mi sieuajwnić smutek i koleżanka sdziwiła sięwielce że ja potrafie być smutny. A ja jestem smutny, niestety cały czas. Nie chcę tego ujawniać żeby komuś robiło się przykro albo ktoś się mną nazbyt przejmował. Jestem zagorzałym indywidualistą i nie chce żeby cały świat kręcił się wokół mnie. Cały czas próbuje żyć z celem którym jest znalezienie i uszczęśliwienie 2giej osoby jednak widze, że żadna z osób które poznaje nie chce tego szczęścia, a ja stwierdzam że dalsze szukanie nie ma sensu bo dość mam już bólu ...
Jest takie mądre powiedzenie: "nie płacze ten, kto przestaje kochać, ale ten kogo kochać przestano". Jak świat długi i szeroki ludzie sie rozstaja i będą rozstawać. Też dostałam po tyłku od miłości i straciłam (ciągle tak o tym myślę, niestety) swoja "drugą połówkę", ale czy On nią na prawdę był? Jakby to była miłość to by nie odszedł... Trzeba rozróżnić miłość od zakochania, chociaż ja tego nie potrafię. Lepiej jak związek kończy sie po 1,5-2 latach niż po 10, po ślubie, kiedy są dzieci i inne zobowiązania. Rozstania są podłe, bolesne i nigdy nie ma na to właściwego czasu, ale skoro Oni mogą ułożyć sobie życie bez nas, my też musimy!!!! Chociaż podobnie jak Wy teraz czuję, że już nic i nikt na mnie nie czeka....
Życzę wszystkim powodzenia, wiem co czujecie, Złamane serca też mają prawo do życia!
ehhh kompletnie nie tak znów :/ ... osoba mieszkająca daleko szuka wszelkiego sposobu żeby się do mnie dostać prubuje spotakć się ze mną i chce żeby to się jakoś ułożyło ... wiem że przeżyłbym miłe chwile ale nie chce związku na odległość choć każdego dnia w naszych rozmowach przez tel. słysze jak jej na mnie zależy ... mówi że mam w sobie to coś i wgle że osoba o ktorą się ubiegam jest ślepa i że jak by była na jej miejscu to nie zawiodłaby mnie ... i tu zaczynają się schody ... termin jak już wspomniałem "jutro" udał się w 100% ... ba nawet spotkaliśmy się 1h wcześniej żeby mieć więcej czasu ... każda chwila z tych 2,5h była dla mnie bardzo cenna ... nie mogłem oderwać swoich oczu od jej oraz od jej uśmiechu ... może nie była najśmielszą osobą ale w końcu widzieliśmy się po raz pierwszy ... sądziłem jednak że było miło z tego co wiedziałem to lubi się uśmiechać a uśmiechałą się cały czas :) ... dobry był równierz moment gdy spoglądała na mnie swoimi pięknymi oczami i widać było że chciałą by ta chwila trwała wiecznie ... niestety zawsze są jakieś ale .... jak już wspomniałem ma dużo nauki i wgle mało dość czasu jednak jest na tyle kochana że stara się dla mnei znaleźć kazda wolną chwilę ... w dodatku dowiedziałem się że chciałaby się ze mną widywać każdego dnia ... takiego miłego zaskoczenia dawno nie przeżyłem ... teraz pozostaje kwestia 2giej osoby ... nie chce jej skrzywdzic ... w sumie to obu ine chce skrzywdzić bo nienawidze ludzi krzywdzić ale jakiegoś wyboru dokonać muszę ... narazie wyczekuje następnych spotkań bo zostałem upewniony że po paru może być miło ... chciałbym żeby się udało bo jestem pewien swoich słów : "kocham Cię" tylko chce je usłyszeć równierz gdy i ona będzie patrzyła mi w oczy ... ehh wyczuć ten moment :/ ... w dodatku pozostaje kwestia jak powiedzieć osobie ktorej najbardziej na mnie zależy i zrobiłaby wszystko żeby byc ze mną że to nie ma sensu :/? ehh dziwne to wszystko :/ ... bez miłości smutek i samotność gdy spoglądam na mojego najlepszego kumpla w objęciach jego dziewczyny. za to z miłością też nie jest lepiej, ciężko jest bo trudno znaleźć tą jedyną ... chce dobrze dla jednej osoby, dle ktorej mógłbym poświęcić życie ale musze widzieć że jej również na mnie zależy ... niestety z tym czy komus na mnie zależy bywa różnie :/
Ciężka sprawa. Ale z tego co napiałeś wnioskuję, że tej dziewczynie, o która tak zabiegasz nie zależy na Tobie. Wiesz, to są moje odczucia, po przeczytaniu tego wszystkiego. Jestem starsza od Ciebie i trochę już w swoim życiu przeżyłam. Nie podważam tego, że cierpisz, bo na pewno tak jest. Tylko zazdroszczę Ci tego, że jesteś jeszcze młody (ja z resztą też:)) i nie byleś jeszcze w takim ,,prawdziwym związku''. Byłoby Ci tysiąc kroć ciężej, gdybyś zasypiał i budził się każdego dnia obok ukochanej osoby. Spędzał każdą wolną chwilę i NIE łączyłoby Was przyzwyczajenie nawet po latach, tylko wciąż ta samą wielka miłość... Nie możesz jednak tracić wiary i nadziei, że prędzej czy później odnajdziesz swoje szczęście.Ale to PRAWDZIWE, które będzie czuło to samo co Ty,,, Bo takich ,,ulotnych szczęść jest bardzo wiele'', które okazują się po czasie tylko złudzeniem. Być może tak teraz jest właśnie u Ciebie,,,,
Życzę Ci jak najlepiej, bo widać, że jesteś wrażliwą osobą:)
Dlatego pewnie tak łatwo zranić...
Póki co najgorzej nie jest, mi trochę mniej zaczęło zależeć i chyba dzięki temu zacząłem zauważać że i jej zależy ... może to nie to co osoba mieszkająca daleko niestety no ale cóż ... martwi się gdy nie pisze do Niej, pyta się czy coś się stało, skupić się nie może przeze mnie xd nie ma dnia by o mnie nie myślała, nigdy przeszkadzać jej o dziwo nie przeszkadzam, mówi ze mam pisac ile i kiedy tylko moge, ze gdy jest jej zle to pisanie ze mna jest jedynym pozytywem dnia ... nawet gdy mówi ze potrzebuje troche czasu i ze jest zajęta to nigdy nie wytrzymie ... zawsze napisze xd ... wczoraj dowiedziałem sięze bardzo chciałaby sie do mnie przytulić o.O ... na pierwszym spotkaniu nawet nie myślałem ze tak to sie dalej potoczy ... kazałem jej wszystko przemyśleć bo miewała chwile zwątpienia ... mówiłem ze ja jej zyciem decydowac nie moge, ze sama dokonuje wyborow i ze mi nie zostaje nic innego jak liczyc na to ze wybory bede sluszne i przemyslane ... po czasie rozmyslania ... "przemyślałam to wszystko i moge napisać że Cie kocham :* " ... była okazja zeby sie dzis spotkac ale nie wyszło ... napisała mi ze musimy się jak najszybciej spotkac ... co miała przez to na myśli to nie wiem ale moze sie uda przed końcem tygodnia :) ...w końcu : "Każdy dzień przy Tobie w moim życiu najwiekszą atrakcją ...Tworząc myśle o Tobie, jesteś moją inspiracją" :PP ... może mi powie oko w oko co sądzi o moich 2óch wierszykach dla niej xd :)
mówisz o "prawdziwym związku" ... szczerze samotność mnie nauczyła że da się żyć bez tego ... tylko szkoda że jak żyje w tym przekonaniu to wtedy ktoś zakochuje sie we mnie ... chociaż może to i lepiej :) ... obojętność receptą na szukanie miłości :) ... cóż, do kilometrów szcześcia nie mam niestety ale może kiedyś trafi się coś bliżej ... ehh aż boję sie ruszyć z mojego miejsca zamieszkania xd niedługo będzie ze gdzie bym się nie ruszył tam będę kogoś znał xd ... musze sobie chyba gdzieś napisać xddd : "mieszkasz 100km+ ode mnie? nie pisz do mnie! bo szkoda robić sobie nadzieję"
wgle zaczynam powoli uwarzać że internet to chora rzecz -.- ... jak nie jest się chamem tylko sobą czyli osobą z pozytywnym podejściem do życia nie wiedzieć czemu trafiają się osoby które chcę dla Cb zrobić wszystko ... dajmy na to absurd pokonania dla mnie 500km zeby sie ze mną zobaczyć przez osobę 19to letnią ... rozumiem ze jakby były szanse wiązać ze sobą przyszłość ale po co mam się zgadzać na takie coś zeby potem przeze mnie cierpiała ... zresztą i tak zawsze wychodze na chama :o bo ja mówie ze to sensu nie ma ... ehh to wszystko nie fajowe jest -.-
ja tez tak mam oddalam mu serce ,bo tak naprawdę tylko jego pokochałam .poszło o bzdurę.ale emocje wzięły gore i się narobiło ,ja go nadal b kocham .ale on najwidoczniej przestał
Ja kocham już od paru miesięcy, nie byłam z nim ani jednego dnia, bo on nigdy nie chciał tej miłości, nie czuł tego co ja.
Jednak nie potrafię przestać o tym myśleć, często w nocy płaczę, nie potrafię być również z nikim innym, bo porównuję ich wszystkich do niego, nic do nich nie czuję i żaden nie jest "dość dobry".
Sytuacja bez wyjścia.
Nie jestem w stanie się ogarnąć...
ja kocham już prawie 2gi rok - choć też nie byliśmy razem, mimo że było już blisko to on uciekł, niepogodzony jeszcze z poprzednią miłością- spotkaliśmy się w przeciągu tego czasu kilkanaście razy, a ja już po kilku spotkaniach wiedziałam że to on - ten właściwy - niestety jak na razie wiem to tylko ja:((( wiele razy mówiłam sobie koniec - że zaczynam żyć od nowa, ale udawało mi się to tylko na krótki czas, potem znów wszystko wracało, 1szy rok był koszmarem - bo bez niego nie widziałam sensu w niczym,nie maiłam siły na nic, nic się nie liczyło i nic mi się nie chciało, jednak jak to ludzie mówią - czas leczy rany ... i fakt z biegiem dni emocje się zmieniają, choć uczucie i świadomość że go kocham się nie zmienia - jest tak samo silna, niestety wiem że nie ma nic na siłę - bo ja tak chcę! wiem że wszystko dzieje się po coś i nie bez powodu i że jeśli jesteśmy sobie pisani to tak będzie, jeśli nie to pewnego dnia to odkryje, na razie jednak mam podobnie - spotkanie z każdym innym facetem jeszcze bardziej uświadamia mi jak mi jego brakuje - niestety co mi pozostaje to wiara i nadzieja że może pewnego dnia coś się zmieni - we mnie coś się zmieni lub w nim coś się zmieni...ja też wypłakałam morze łez - i mimo to nadal czasem one płyną bo czuję się bezsilna w tym wszystkim...
co mogę powiedzieć...z czasem uda ci się zdystansować, z czasem - bo nikt ani nic nie pomoże - po prostu trzeba dać sobie czas... a póki co trzeba próbować nie dać się zwariować - bo można się otrzeć o depresje - a to nic fajnego...póki co trzeba być z ludźmi i wśród ludzi - bo wtedy łatwiej nie myśleć, i trzeba swojemu sercu dać czas - bo chyba na miłość nie ma lekarstwa ....
najgorsze jest to że wokół nas jest coraz więcej takich nieszczęśliwych miłości:((( - niestety życie mamy jedno i trzeba się trzymać i próbować jakoś żyć, choć świadomość straty tej najwłaściwszej osoby jest straszna....
a wyobraźcie sobie sytuacje,w której to jesteście zakochane, pisujecie codziennie z tym kimś, dzwonicie do siebie, gadacie o wszystkim, jesteście w jednej paczce więc i często przebywacie w swoim towarzystwie w weekendy, więc jeśli on podrywa jakąś pannę albo ona przystawia się do niego to to widzicie, przyjaźnicie się,więc on nawet opowiada o innych dziewczynach, ekscytuje się tymi wydarzeniami. czasem sypiacie ze sobą... niby ma się go ale jednak nie, bo on nie chce się związać. czy to nie jest gorsza sytuacja? czy nie łatwiej kochać bez wzajemności i nigdy nie zaznać przyjemności bycia z tym kimś... bycie z kimś ,,przez szybę" boli jeszcze bardziej. zapewniam Was dziewczyny!!!
ja nie napisałam że nigdy nie zaznałam przyjemności bycia z tym kogo kocham tylko, że on nigdy nie dał nam szansy bycia razem, w sensie stworzenia związku i wiem tak jak ty że okropna jest świadomość posiadania tego kogoś na chwile - i to bardzo krótką, a boli to wszystko jeszcze bardziej jak ma się świadomość że on jest z kimś innym, kogo nie kocha ale jest zapewne do niego przyzwyczajony i któremu pozwolił być pełniejszą częścią jego życia - przynajmniej złudnie pełniejszą - bo ja wiem że mimo tych kilkunastu spotkań to ja wiem bardziej jaki on na prawdę jest - ja znam go prawdziwego, on zna jego nieskazitelną maskę jaką przy niej wkłada....więc wiem jak to boli, być z kimś, kochać go i rozumieć doskonale - a jednocześnie mieć go na chwile - tylko jak przeżyć życie???które trwa znacznie dłużej...
Tak, to kiepska sytuacja. Takie połączenie bliskości i obcości jest ciężkostrawne. Ja miałam takiego przyjaciela, pożal się Boże. Byłam strasznie zakochana i pozwalałam mu traktować się tak, jak jemu było wygodnie. Teraz jestem po prostu wściekła. Koniec z takim układem, nie ma mowy. Jak się tkwi w czymś takim, to człowiek traci całkiem rozeznanie i w ogóle sam o siebie nie dba. Teraz zanim coś zrobię, zadaję sobie pytanie: czy to jest dla mnie dobre? Wcześniej zastanawiałam się, czy to, co robię, jest dla niego dobre, niech go gęś kopnie.
sorki, źle zinterpretowałam to co napisałaś.
Są takie fajne słowa piosenki; ,,sposób na życie jeden mam, niczym się nie przejmować..." myślę, że to właśnie jest najlepszy sposób na przeżycie tego długiego i beznadziejnego życia. szkoda tylko,że nie każdy to potrafi....
nic nie szkodzi:)- każdy ma prawo do własnej interpretacji a poza tym w tych kilku słowach trudno jest oddać to co się czuje i przeżywa- ja myślę że to nie do końca super recepta na życie - bo olewając wszystko i nie przejmując się niczym można zamienić się w bezuczuciowego robota/ maszynkę, a w życiu co jak nie uczucia są ważne - jak nie najważniejsze!!! i chyba sztuka polega na tym aby nie dać im się zwariować! - jednak każdy jest inny i musi szukać recepty dla siebie:) ja nie jestem w stanie zamienić się w automat - bo wtedy dopiero nie ma po co żyć - może tak jest łatwiej - nie czuć nie przejmować się, ale... ktoś powiedział, że kręte ścieżki są trudne ale więcej uczą, są bardziej wartościowe - więc ja wolę je, niż tą prostą i nic nie czuć...
mam takiego kolegę, który właśnie jest takim ,,robotem". jest mi źle tak jak jest, ale jak czasem patrze na niego, takiego jakby bez uczuć, który nikim się praktycznie nie przejmuje, myśli tylko o sobie i jest mu z tym dobrze, to czasem ja też cieszę się, że ja taka nie jestem. kiedyś był inny.. jednak życie potrafi zmieniać ludzi.
czyli wniosek jest jeden: każdy musi znaleźć swój sposób na życie
pozdrawiam:P
Kiedy czytam wasze historie to nie wiem co ja mam powiedzieć. Byłam z chłopakiem ponad 4 lata. niedawno się z nim rozstałam i to ja zerwałam, choć teraz kiedy o tym myślę to nie wiem czy dobrze zrobiłam. Tak naprawdę nic złego mi nie zrobił, zawsze mogłam na niego liczyć tylko, że w pewnym momencie coś zaczęło się psuć, przestaliśmy się rozumieć. Męczyły mnie jego ciągłe narzekania na pracę, na problemy rodzinne i na cały świat. Do tego chciał wiedzieć o mnie wszystko: co robię, o której wracam do domu nawet czy jadłam obiad, Do pewnego momentu to było miłe bo wiedziałam, że ktoś się o mnie troszczy, ale potem to stało się męczące. Denerwowała mnie nawet jego obecność. Poza tym kiedy wszystko zaczęło się między nami psuć zaczęłam zwierzać się przyjacielowi z tych problemów. Dużo rozmawialiśmy, bo czułam, że mogę mu zaufać. Po jakimś czasie poczułam, że czuje coś więcej niż tylko przyjaźń i o mało nie wylądowaliśmy w łóżku. Oczywiście nie mogłam żyć z tą świadomością, że oszukuję mojego faceta więc mu o wszystkim powiedziałam. On mi wybaczył i powiedział, że przez taka głupotę nie możemy zniszczyć tych 4 lat, że mnie kocha ponad wszystko. Więc zostałam z nim bo naprawdę wierzyłam, że wszystko się ułoży. Poza tym wydawało mi się, że z nim będę szczęśliwa, bo myślałam, że między nami jest naprawdę miłość a nie tylko przyzwyczajenie. Jednak potem było już tylko gorzej. Przestałam do niego czuć to co wcześniej, tęskniłam za tym drugim, który pisał i mówił, że chciałby być ze mną, że chce spróbować. Więc odeszłam od mojego faceta, z którym już w ogóle przestałam się rozumieć. Pomyślałam, że wreszcie mogę być z tym, któremu na mnie zależy. Zaufałam mu, uwierzyłam, że będziemy razem i wylądowaliśmy w łóżku. Teraz on jakby mnie unika, niby się spotykamy, piszemy, rozmawiamy, ale czuję, że on wcale nie chce być ze mną. Ciągle mówi, że nie jest gotowy, że nie wie co do mnie czuje, że myśli o swojej byłej, która zostawiła go tuż po zaręczynach a ja teraz nie wiem co mam robić? Czuję się trochę jak panienka na pocieszenie. Wiem, że on boi się znów zranienia, ale co ze mną? Tęsknię za nim, brakuje mi go w każdej chwili ale nie mogę wiecznie czekać na to aż on będzie gotowy. Czasami nawet myślę, że źle zrobiłam zostawiając tamtego, ale teraz jest już za późno bo on ma już kogoś innego. Jestem w takiej kropce, że nie wiem jak z tego wybrnąć. Proszę doradźcie mi co robić??
a co jeśli największa miłość Twojego życia odbiera Ci ostatnia nadzieję i chwile później p i s z e , że zależy mu na miłości Twojej najlepszej przyjaciółki ?
i mogłabym tu napisać całą swoją historię, prawie dwa lata spędzone u jego boku, najpiękniejsze lata... mija ponad rok od rozstania (przez telefon), między czasie było parę długich rozmów, wiele moich wiadomości bez odzewu. ja walczyłam, ogromnie walczyłam... o możliwość drugiej szansy. Bo do cholery! gdybym nie była tak pewna swego uczucia, odpuściłabym przecież!
a teraz ... ? Przyjaciółka ani On nawet nie potrafią spojrzeć mi w oczy...kurde! nawet nie wiedzą jak się czuje! sama ich chęć rozmowy o ym byłaby dla mnie jakimś znakiem.. przecież ja starciłam wszystko! i nie potrafię sobie z tym poradzić..płaczę co noc..i nie mam nikogo, komu mogłabym to powiedzieć, bo znam odpowiedź : nie przejmuj się, nie warto, nie zasłużyli, zapomnisz....tyle że -jak można oduczyć się miłości ponad życie ? ja zaufałam...
A ja jestem ten co krzywdzi. Bylem z dziewczyna 4 lata. Nigdy nie było wielkiej euforii ani porywów miłości, ale były wspólne zainteresowania, praca, żyło się z dnia na dzień, bez myślenia co będzie dalej. Ale kiedy zacząłem o tym myśleć, ze kiedyś przychodzi czas na małżeństwo, dzieci, itd uświadomiłem sobie ze ona w ogóle o mnie nie dba. Mogę prosić i błagać, klękać na kolana ale jeśli ona ma inne zdanie to nic jej nie przekona żeby zrobiła coś dla mnie. Ja siedziałem po nocach nad jej zadaniami domowymi. Starałem się jej to wyjaśnić miesiącami, nic nie docierało. Funkcjonowaliśmy w miarę zgodnie tylko dlatego, ze to zawsze ja ustępowałem. No i poznałem inną. Szalona, absolutnie piękna miłość. Zostawiłem moja dziewczynę. Oczywiście pojawiły się obietnice ze wszystko zrozumiała i ja oczywiście się złamałem i wróciłem. Po tygodniu znowu było jak dawniej. Wróciłem do mojej 'nowe' miłości. Byliśmy razem 4 miesiące. Czułem się z nią wspaniale, ona ze mną również. Daliśmy sobie najpiękniejszy czas życia. Potem wyjechałem do pracy na drugi koniec kraju i dopadły mnie wyrzuty sumienia co do pierwszej. Że może tak naprawdę nie dąłem jej szansy, ze przecież jest podobna do mnie. Wróciłem. I znowu kłótnie co dnia, poniewieranie się. Mówi, ze chce dobrze, ale kiedy mi na czymś zależy a jej nie to nie ma zmiłuj. Codziennie setki razy mowie sobie ze przecież niszczymy sobie życie, ze nie ma się co łudzić, ludzie się nie zmieniają. Ze tak naprawdę walczę o jej uznanie, a ona jeśli tylko jest jej dobrze, dba wyłącznie o siebie. A i tak zawsze za chwile przychodzi wiara, ze od jutra będzie już fajnie i radośnie. A za chwile myśl, ze miałem niebo, które porzuciłem. Że za 10 lat po kolejnej kłótni przy kolacji pomyśle o tej pięknej bajkowej miłości, która zostawiłem i pójdę się powiesić. A potem znowu nadzieja. I tak całe dnie. Czego nie zrobię będę cierpiał i ranił. Nie mam już sił.
Jak ja was wszystkich rozumiem, i cholernie współczuje tym, którzy kochają i będą kochać, jak ja ...kocham go od kilku lat...i wiem że to on jest miłością mojego życia i tym którego nie przestanę kochać!
Tez mam taki problem.Rozstałam sie bo mnie zdradzal.Nie na widze go za to a jednoczesnie nie potrafie zapomniec.Ani w dzien a ni w nocy.Czuje sie jak w jakim koszmarze,ktory nie moze sie skonczyc.cZy kiedys mi to przejdzie?
"...żadna wielka miłość nie umiera do końca. Możemy do niej strzelać z pistoletu lub zamykać w najciemniejszych zakamarkach naszych serc, ale ona jest sprytniejsza - wie, jak przeżyć. Potrafi znaleźć sobie drogę do wolności i zaskoczyć nas, pojawiając się, kiedy jesteśmy już cholernie pewni, że umarła, albo, że przynajmniej leży bezpiecznie schowana pod stertami innych spraw..."
uwielbiam ten cytat, a zarazem nienawidzę... i choć kiedys mielibyśmy być szcześliwi, nigdy nie będzie to tak czyste szczeście..w moim przypadku..jak w tej pierwszej miłości. tylko że ja nie chcę już ramion kogoś innego, nie potrafiłabym.
Cześć ! Może to głupie że odpowiada na ten list właśnie facet. Ale chcę żebyś wiedziała że nie tylko Ty jesteś w takiej (co by nie mówić dość dołującej i przykrej)sytuacji. Jestem facetem i za jedną ze swoich największych wad uważam właśnie romantyzm. Nikt nie zrozumie drugiego romantyka tak jak właśnie romantyk. Czuje się podobnie bo miłość do drugiej osoby traktuję jako jedno z największych rzeczy którymi się w życiu kieruję. To jest dla mnie wykładnik szczęścia i sposób na realizacje siebie przez drugą osobą i dla drugiej osoby. Nie jestem już z Tą osobą prawie 9 miesięcy a uczucie jest we mnie tak samo silne jak wtedy. Nie potrafię sobie z tym poradzić i przestać jej kochać. Byłem z nią ponad półtora roku, a sposób w jaki mnie zostawiła zabolał mnie bardzo. Wyobraź sobie że w środę ktoś mówi że marzy o dniu kiedy z Tobą zamieszka a w sobotę że to koniec. Tym bardziej że miesiąc wcześniej mówi Ci że masz jej powiedzieć jaka ma być bo nie chce mnie znów stracić. To wszystko sprawiło że boli to do dzisiaj. A mimo to wybaczyłem jej, bo jak nie można wybaczyć komuś kogo się kocha. Przez ten romantyzm wszystko pod górę. Nie potrafię się tak od tego odwrócić i zacząć się spotykać z kimś innym. Chyba nie potrafię i tego nie chcę tak samo jak chyba nie chcę przestać jej kochać. I zastanawiam się szczerze czy nie spędzić tego życia samotnie. Zgadzam się z Tobą że Kocha się raz. A miłość jest poświęceniem, cóż nie zawsze kończy się szczęśliwie. Ale jest szczera i prawdziwa ta jedna wyjątkowa miłość do tej jednej wyjątkowej osoby. Pisze to żebyś wiedziała że nie jesteś jedyną romantyczką ze złamanym sercem. I szczerze z całego sera życzę Ci aby wszystko jednak się ułożyło po myśli twojego serducha :)
Ale czy mimo tego strasznego bólu i cierpienia nie uważa Pan, że życie tak wrażliwego i głęboko kochającego człowieka nie jest ciekawsze? Jeżeli potrafi Pan kochać pomimo cierpienia i bólu to czyni to Pana wartościowym człowiekiem, a miłość rozwija Pana duchowo. Chociaż teraz wciąż tak bardzo boli... Pozdrawiam : )
Czytam Pani wypowiedzi i naprawdę jestem pełen podziwu ;). Bylem załamany, bo smutno mi było, że moja była znalazła sobie kogoś. Teraz myślę, niech spada, że mogę być jeszcze szczęśliwy. Dzięki pani widzę wszystko w innych barwach i to kolorowych ;). Dziękuję
Ja też zawsze szukałam sensu mojego życia w drugim człowieku, z drugiej strony miałam świadomość, że ludzie są niedoskonali, dlatego nie można budować swojego życia na drugiej osobie. Jednak moja ogromna uczuciowość nie pozwoliła mi zachować tego rozsądnego podejścia. Wciąż wierzę, że szczęście mogę osiągnąć tylko poprzez miłość, mam w sobie tyle uczuć i tak bardzo pragnęłam kochać i być kochaną. Jakiś czas temu, w momencie gdy nikogo nie szukałam (po burzliwym, nieudanym związku), pojawił się w moim życiu wspaniały chłopak. Nasze rozmowy od początku były wyjątkowe, z nikim tak dobrze się nie rozumiałam, podobał mi się pod każdym względem, oczarował mnie sposobem, w jaki mnie traktował i pięknymi słowami, których nigdy przedtem nie słyszałam: "Nadajesz sens mojemu życiu", "Chcę być z Tobą zawsze", "Tak bardzo Cię kocham" itd. Spędzaliśmy ze sobą cudowne chwile, beztroskie, był przeciwieństwem mnie - ja raczej "depresyjna" osoba poznałam kogoś, kto potrafił mnie rozśmieszyć, gdy miałam zły humor. Przed tymi wakacjami zdecydowaliśmy się na wspólne mieszkanie, podpisaliśmy umowę. Wyjechałam na 1,5 miesiąca do pracy, aby zarobić na nasze wspólne życie i nie być dla niego obciążeniem, chociaż wcale nie musiałam tego robić. 2 tygodnie przed moim powrotem powiedział mi, że coś w nim "pękło", że chyba powinien być sam, że czuje, że to nie jest jego droga, że chciałby "czuć mnie całą", a tego nie ma, że dobre porozumienie między dwojgiem ludzi to nie wszystko, że "musi być coś ponad tym"... Jeszcze kilka dni po moim wyjeździe do pracy (kiedy było niby wszystko w porządku) słyszałam zupełnie coś innego: "Nie niszcz naszego związku, bo dobrze wiesz, że między nami zawsze będzie dobrze"! , "Jak dla mnie możesz już wrócić, jestem w stanie utrzymać moją żonę" i wiele innych słów zapewniających mnie o jego uczuciach. I nagle ten cios. Co w tym wszystkim najbardziej mnie zabolało, jego stwierdzenie, że on czuje, że odszedł od swoich ideałów, że ten związek zmienił go negatywnie. A przecież nigdy nie dał mi odczuć, że jest ze mną nieszczęśliwy. Ja nigdy niczego mu nie narzucałam, nie próbowałam w nim zmieniać. Ostatnie dni przed powrotem były dla mnie męczarnią, nie mogłam jeść, spać, chodziłam odrętwiała z żalu i bólu, słońce stało się moim wrogiem, jak mogłam rozpoczynać kolejny dzień, gdy nie widziałam jego sensu... Czułam się jako człowiek przebudzony w środku pięknego snu tak nagle, że nie wie, czy zakończenie nie pasujące do barwnej całości to figiel jego umysłu czy już rzeczywistość... Myśli kłębiły się w mojej głowie, nawet te najgorsze... Jakoś pozbierałam się i wróciłam z uśmiechem na twarzy (przynajmniej rodzina nie musiała widzieć mojego cierpienia), zajęłam się swoimi sprawami, studiami, ale ten powrót do równowagi to tylko pozory. Nie opuszcza mnie uczucie osamotnienia, a z nim myśli samobójcze. Nigdy moje życie nie wydawało mi się tak bezwartościowe i bezsensowne, jak teraz. Jedno wiem na pewno, jeśli kiedykolwiek jeszcze usłyszę "piękne słowa", już nigdy nie przyjmę ich do siebie z ufnym sercem. Mam 22 lata, a przez to, co przeszłam w życiu, nie chodzi tylko o nieszczęśliwe związki, mam zrujnowane zdrowie psychiczne. Nienawidzę siebie, za swoją słabość, przede mną całe życie, a ja już prawie na starcie nie mam sił. Czy bycie szczęśliwym człowiekiem jest naprawdę tak trudne?
Dziękuję za wsparcie:) widzisz ciężko jest zejść na ziemię i docenić kolejnego zwyczajnego faceta ,skoro poznało się smak najlepszego.;( pozdrawiam cieplutko.
Witam Was serdecznie :) Chciałam Wam tylko powiedzieć, że też jestem taką romantyczką i podpisuję się pod słowami mojego poprzednika ... Myślę, że to wspaniałe, jeśli mężczyzna jest romantykiem, chciałabym kiedyś takiego spotkać... Chłopak, którego bardzo kochałam i z którym byłam szczęśliwa zostawił mnie nagle po 2 latach bycia razem. ... Bardzo to przeżyłam i jest mi nadal ciężko, choć minęło już 1,5 roku od tamtego dnia... Mogłabym o tym pisać i pisać, ale nie chcę jeszcze bardziej rozdrapywać swoich ran... Mam nadzieję, że kiedyś powiem, że dobrze, że tak się stało i spotkam kogoś, kto będzie o niebo lepszy - życzę tego wszystkim, którzy zostali skrzywdzeni i cierpią z powodu odrzucenia ich miłości. 3majcie się cieplutko !!! :)
witaj, witajcie!!! Romantycy!!!
Macie za dużo czasu i jest romantycznie. też tak miałam. Zycie mnie z romantyzmu wyleczyło. Wyszłam za mąż za prostaka, chama, psychopatę. Warto poszukać innej osoby do miłości. Każda miłość jest pierwsza. Jest inna.
Mówię- wyleczyłam się- nie jest to prawda. We wnętrzu mnie drzemie ta wielka, niespełniona miłość. Pozostaje w sferze wspomnień. Wiem, że gdybym spotkała odpowiedniego mężczyznę, mogłabym o pokochać bardzo mocno, pomimo mojego () wieku.
Trzeba chcieć żyć, kochać i kochać. Nie mazać się. Widocznie nie macie zajęcia. Ja nie miałam czasu na mazgajstwo. Nie żałuję.
Pozdrawiam, romantyczka ( niestety)
Oj! Chyba po części masz rację. Przez pół roku nie pracowałam i przez przypadek nawiązałam znajomość. Dla mnie od początku był to ktoś wyjątkowy, dla niego ja nie wiem. Mówił wiele razy, że lubi moje towarzystwo, że jestem jego bratnią duszą (i wiem, że szczerze miał to na myśli ), ale nic więcej. Co przez to chcę powiedzieć? Że nigdy nie byliśmy bardzo intymnie ze sobą. Dlaczego? Bo on mi nie ufa. Powiedział mi to wprost, to przez mój porywczy temperament tak w ogóle on też jest taki sam. Przerwałam sama tą znajomość, bo uczucia do kogoś kto Ci nie ufa nigdy nie mają sensu, chociaż nie wiem jak bardzo bym chciała, nie zmienię jego nastawienia do Mnie. Od samego początku też mówił, że nie może być wierny tylko jednej osobie, tak więc chyba tak jak się stało jest najlepiej. Zaoszczędzi mi to jeszcze więcej cierpień. Trzymajcie się. Pozdrawiam. Monika.
hmm... Ja chciałabym przedstawić tą drugą stronę medalu. Mój chłopak jest romantykiem, pisze mi wiersze, gra na gitarze, ciągle chce żebyśmy spędzali czas tylko we dwoje...sami...Nie chodzimy do ludzi bo jest zazdrosny - chce mnie mieć tylko dla siebie. Ciągle mówi mi komplementy, ciągle mnie tuli, ciągle wybacza, czasem krzyknie, czasem się kłócimy, rozstajemy, a później wraca, bo twierdzi że nie potrafi beze mnie żyć. A najgorsze jest to, że ja bardzo go kocham, mimo tego że przeszkadzają mi te jego wady, to że nie jestem już wolna, niepodległa. Muszę się z nim liczyć tak bardzo jak on liczy się ze mną. Nie dlatego, że on mi każe, ale dlatego, że chcę być w porządku wobec niego. Ja nie potrafię mówić pięknych słówek, nie zawsze mam ochotę na przytulanie i romantyczne gesty. Jestem praktyczna. Uwielbiam z nim śmiać się, wariować, wygłupiać i tarmosić. Miłość nie może być udręką...a dla mnie czasami jest. Ja jestem optymistka, ciesze się z byle czego..a on z byle czego się smuci. Tam gdzie on widzi problem ja nie widzę i odwrotnie. Staram się rozumieć, stawiać w jego sytuacji i wspierać go... i umiem..potrafię, jeśli bardzo się skoncentruje, ale ciężko jest. Kocham go, przyjaźnie się z nim ( stad się wzięła nasza miłość) i nie chcę go zostawić. Chcę żeby był szczęśliwy, lecz nie potrafię wyrzekać się siebie i poświęcać tak do końca....A on...? On chyba potrafi....
Jestem autorką powyższego listu pt.,,zbyt romantyczna''. Minęło parę miesięcy i dziś przyznaję, że boli mniej. Zajęłam się pisaniem pracy mgr, zadbałam o siebie i jakoś daję radę mimo, że ostatnio natrafiłam na fotki mojej miłości z jego nowa ukochaną. Serce mnie bolało jak na nich patrzyłam ale widocznie nie był mi jednak pisany. Teraz czuję, że jeszcze będę kogoś kochać i ktoś pokocha mnie, a ten fagas niech żałuje co stracił:)
Ziutka, tak to prawda takich romantycznych ludzi jak ty jest więcej, wiem coś o tym. Pozdrawiam
Hej jestem w takiej samej sytuacji. Kocham chłopaka, który nie chce być ze mną. Boże jak to boli. Nie życzę nikomu miłości bez wzajemności. Kurcze ja go naprawdę kocham i nie mogę bez niego żyć. Może to jest chora miłość? Już sama nie wiem. Czekałam na niego dwa lata, aż w końcu mu powiedziałam, że go kocham. On mi powiedział, że nie czuje nic do mnie, ale też nie mówi, że przez te dwa lata nic nie czuł i że na razie nic pomiędzy nami nie będzie teraz. Może w przyszłości tak. Co mam robić? Mam na niego czekać? Czy nie? Jakie to wszystko jest bolesne.
Ja też tak mam. Po 2 latach zostawił mnie chłopak... to była moja wina, byłam zazdrosna, uciążliwa... chciałam to naprawić, po 3 misiącach znowu byliśmy razem na krótko, teraz minie już rok, jak schodzimy się i rozchodzimy. On miał w tym czasie dziewczyny, ja nie potrafię nikogo znależć... nie chcę. Potrafię normalnie żyć, ale są dni i to często, kiedy po prostu dostaję ataku histerii, napadów płaczów... strasznie mnie to męczy i wypala. Próbowałam już zerwać z nim kontakt, ale po jakimś miesiącu on i tak pisze, wypisuje, mówi, że jak się z nim nie spotkam, będę żałować... bo za rok wyjeżdża. I ja do niego wyciągam zawsze rękę, nie chcę się z nim kłócić. Wszyscy mi mówią, żę się mną bawi... nazywa mnie przyjaciółką, nie chce ze mną być, ale nie zachowujemy się wcale jak przyjaciele, gdy jesteśmy sami. Starałam się wiele razy zakończyć tę toksyczną znajomość, ale nie potrafię, wciąż wracam do niego, wybaczam mu te dziewczyny, wciąż szukam nadziei, by odbudować naszą miłość. Bo jak jesteśmy razem w jednym mieście, to śmiejemy się razem... i jest naprawdę fajnie. Sam mówi, że lubi ze mną spędzać czas i w ogóle... Czasem wpomina coś o przyszłości, ale jak już wyjedzie, to się nie odzywa, jak ja coś napiszę, to po jego odpowiedzi czuję, że w jakiś sposób go denerwuję. Minął rok, a ja nic się nie nauczyłam... dalej się z nim spotykam, mimo że wszyscy mówią "nie", ja uważam swoje, dla mnie jest dobry momentami... szkoda tylko, że potem płaczę... próbuję na nowo ułożyć życie, nie myśleć, mija trochę czasu i znowu to samo... Dla niego zrobiłabym wszystko. Był całym moim życiem, nadal jest. Nie ma dnia ani godziny, by nie przewijał się w moich myślach. Kochał mnie strasznie przez te 2 lata, tego jestem pewna, ale coś się stało... starałam się z nim rozmawiać... zawsze odpowiada mi takimi słowami, że robię sobie nadzieję... Rozmawiam z ludźmi, ale w ich odpowiedziach doszukuję się tylko jakichś dobrych słów, jakieś nadziei... nie wiem, co robić, to już rok. Dodam tylko, że jest o mnie zazdrosny, ma do mnie sentyment... ale nie chce ze mną być... Normalny człowiek dałby sobie spokój... a ja nie chcę... miłość to coś, co dawało mi sens w życiu, byłam naprawdę szczęśliwa, teraz zastanawiam się, po co to wszystko... (nie mam myśli samobójczych), po prostu czasem jestem przygnębiona. Czytam i czytam, doszukuję się podobnych zapytań i są... na chwilę myślę, że nie jestem sama... a potem i tak dopadają mnie wspomnienia, myśli o nim. Teraz wyjechał i wiem, że jak wróci, to przyjdzie do mnie, spędzimy cudowny tydzień, może 2, a potem znowu mnie oleje... pojedzie do szkoły i zero kontaktu... Analizuję każde jego zachowanie, przeglądam zdjęcia, czasem myślę, że sama się pogrążam. Ale jest coś, co daje mi nadzieję... i sama nie wiem, co robić.
Witam,postanowiłam tu się zalogować i coś napisać bo cieszę się, że znalazłam tę stronę i może żałuję że dopiero teraz:( dziś już wiem, że nie tylko mnie spotkała taka historia i że jest wiele nieszczęśliwych miłości.Ja swoją spotkałam prawie 2 lata temu i jakby ktoś mnie wtedy zapytał to nawet do głowy by mi nie przyszło, że życie tak mi się poplącze, a najbardziej zamiesza w sercu, które do dziś cierpi i nie umie sobie poradzić z tą sytuacją:( to właściwa strona dla mnie bo o depresje na pewno się otarłam - bo nie umiałam poradzić sobie i chyba nadal nie umiem z faktem, że czuję całą sobą, że spotkałam tego kogoś na całe życie i że mogę go stracić na całe i ta świadomość jest straszna!Bo właśnie, jak dalej żyć?Każda cząstka mnie mówi mi że to jest to ale nikt mi nie wierzy, wszyscy dookoła mówią właśnie "zostaw to/ on nie jest tego wart", a ja nie potrafię, nawet wtedy kiedy czuje się zraniona, to i tak go kocham - bo miłość po prostu jest,szkoda tylko że całe już teraz moje 26 letnie życie na nią czekałam, a ona wycięła mi taki numer:(((( więc prawie 2 lata temu, no dobra 1,5-ra postanowiłam zrobić coś ze swoim życiem, może trochę pomóc losowi i napisałam wykorzystując zbliżające się święta list do chłopaka którego poznałam 5 lat wcześniej, z którym byłam na studniówce i który przez całe 5 lat studiów był gdzieś obecny w mojej pamięci,list był ogólny, pytałam się czy mnie pamięta, pisałam co u mnie i że ciekawa jestem co u niego , w sumie wrzucając go do skrzynki nie liczyłam na odpowiedź - pomyślałam sobie, że pewnie ma już poukładane życie - dziewczynę, może narzeczoną a kto wie czy nie żonę i ku mojemu zdziwieniu dostałam odpowiedź smsem - że miło go zaskoczyłam tym listem i że chciałby zadzwonić,okazało się że miesiąc wcześniej rozstał się z dziewczyną po 4 ech latach i że nawet próbował do mnie dzwonić ale ja w tym czasie miałam problemy z telefonem.Pierwsza rozmowa po 5-ciu latach wyglądała tak jakbyśmy wczoraj się widzieli, potem był wspólny sylwester i wesele jego a w sumie naszych wspólnych znajomych, po którym moja bajka prysła, a ja uświadomiłam sobie jak jest on dla mnie ważny.Wtedy i może nadal jeszcze trochę była ważna dla niego jego była dziewczyna, dlatego jak to później sam stwierdził "uciekł" i zostawił mnie bez słowa wyjaśnienia - pisząc że on nie jest gotowy na coś więcej i że ja zasługuje na kogoś lepszego niż on - te słowa dobiły mnie jeszcze bardziej,a ja z bólu chciałam krzyczeć, a najlepiej uciec na koniec świata,nie wyobrażałam sobie jak mogę dalej żyć bez niego - bez tego jedynego właściwego i przeznaczonego!Jego metodą na mnie było milczenie, cisza nieodpowiadanie na wiadomości ja niestety nieświadoma że źle robię i targana burzą emocji domagałam się wyjaśnień, niestety bez rezultatów.On jednak nie powiedział zapomnij, zostaw mnie tylko "ja potrzebuję trochę czasu", "nie naciskaj" - to dawało mi nadzieje,nie widzieliśmy się kilka miesięcy i w maju sam się pojawił twierdząc że chce pogadać, ale te rozmowy do niczego nie prowadziły -bo powtarzał i w sumie powtarza ciągle to samo - że on jest za głupi dla mnie (bo ja mam mgr a on podstawówkę), że nie będzie ze mną bo ja bym pewnie na spacery chciała chodzić itd. tłumaczył mi że nie można z nikim być na siłę jak się nic nie czuje, bo tak się nie da, że on kocha nadal tą byłą i że teraz woli znajomości bez zobowiązań.Nasze relacje powoli zaczęły się odbudowywać, on kilka razy przyjechał, nawet umówiliśmy się za 2 tyg, kiedy on tydzień przed tym wiedząc że mam zaplanowany wyjazd napisał, że jak nie jadę to niech przyjeżdżam do niego (jak potem stwierdził - chciał nam dać szansę wtedy - niestety nie domyśliłam się intencji a wyjazd był umówiony i nie mogłam tego zmienić, choć gdybym co mu w głowie siedzi wiedziała to bez zastanowienia bym pojechała) - no i tu życie zrobiło mi na złość, choć ja tłumaczę że tak miało być.Kiedy za 2 tyg chciałam go zabrać na wesele - pomyślałam że to dobra szansa aby zacząć coś od nowa - wtedy mieliśmy długa rozmowę przez tel. - on stwierdził że zaciął się na mnie że nic nie czuje i że przestraszył się że może się udać - a wtedy znów może zostać zraniony - jak się zaangażuje wtedy wydał się że poznał kogoś i że wobec tej nowej dziewczyny nie chce być nie fair ( wg mnie mógł) - no i nie poszliśmy na wesele i zapadła cisza.Ja stwierdziłam że najwyżej dostanę po tyłku ale nie odpuszczę bo go kocham i napisałam do niego kilka listów,aż dostałam smsa "daj mi spokój",wtedy byłam tak zmęczona całą ta sytuacją że odpisałam - 'ok - od dziś masz spokój" - i co,po tym smsie następnego dnia wieczorem on przyjechał - chciał rozmawiać - a w tym co mówił tłumaczył się milionem beznadziejnych wymówek dlaczego nie możemy być razem ( że ma obity samochód, że dzieli nas różnica wykształcenia i to że ja mieszkam w mieście a on na wsi (choć ja już bym mogła się przenieść), że co na to moi rodzice, że te spacery...) - to że przyjechał dało mi nadzieję - bo wtedy już był z tą nowo poznana dziewczyną (twierdził że jej nie kocha i nie wie czemu z nią jest - a mi mówił że nie można być z kimś na siłę i bez uczuć - i tego nie rozumiem i czemu mówi mi jedno, robi drugie? Z nią jest a mnie całuje i przytula, dzień wcześniej pisząc "daj mi spokój"?Dziś wiem że on na pewno przeszedł poważną depresje związaną z tamtym rozstaniem, że jest rozchwiany emocjonalnie i sam sobie w jednym zdaniu zaprzecza i że nie ma odwagi coś zmienić bo boi się zranienia, po tym spotkaniu widzieliśmy się jeszcze raz i wtedy on poprosił "nie pisz do mnie ja się odezwę za jakieś 3 tyg, " - postanowiłam, że wytrwam.Minął miesiąc i zwątpiłam ,pomyślałam że skoro milczy tzn. że może tylko ja coś sobie uroiłam, że to nie prawda - ta moja cała miłość i że muszę żyć od nowa, że widać to nie to,nie powiem że było mi łatwo, a wręcz cholernie ciężko, bo on codziennie i nawet dziś jest w moich myślach i sercu, bo mimo tylu szarpań wszystko mi mówi że to jest to, po 3 ech miesiącach ciszy dostałam smsa - " co tam u mnie i jak sobie życie układam i że on chciał już dawno napisać tylko się zebrać nie mógł i że chciałby się spotkać i prosi o cierpliwość" - i jak tu nie robić sobie nadziei że wszystko może jeszcze nie stracone - po tym sms sam się odzywał co tydzień, dwa i pytał czy się spotkamy - tylko jak on mógł to mnie nie było a jak ja byłam to jego nie było i tak minął rok, kolejne święta i sylwester - nawet dostałam życzenia i chciał przyjechać ale ja źle się czułam, a tydzień po miałam wesele i też nie mogłam,wtedy stwierdziłam - jak będzie chciał to się odezwie ja nie wiedziałam czy ma dziewczynę czy jest sam i w ogóle co u niego.Po 3-ech tyg. ciszy dostałm smsa - "że pewnie się zakochałam i mam kogoś bliskiego i że on był tylko epizodem" - tą wiadomością rozwalił mnie znów psychicznie - odpisałam że on jest głupi bo ja ciągle go kocham i że chyba on chce abym była w jego życiu epizodem Po tych wiadomościach rozmawialiśmy - 1-wszy raz od pół roku a następnego dnia się widzieliśmy - jak mogłam przypuszczać - nadal miał dziewczynę choć twierdził i nadal twierdzi że jej nie kocha,że nie jest szczęśliwy i że nie wie czy będzie ze mną czy z nią wtedy ze mną chciał się kochać (przy ciągłym twierdzeniu że nic nie czuje do mnie) ale stwierdzeniu że może to być szansa dla nas - jak można sobie dać szanse jak się człowiek nie widzi ze sobą - to jak można spróbować, jak można coś poczuć na odległość? Niby był z nią ale pisał że ma ochotę się spotkać tylko nie ma czasu,potem miał jak twierdził mętlik w głowie,potem zwaliły mu się na głowę problemy ze zdrowiem i finansowe,co raz pytałam co tam słychać nie pisząc nic o spotkaniu, a on sam opisywał że chciałby się spotkać ale nie ma czasu bo pracuje od rana do nocy,nie pisał nic o dziewczynie, aż po jakimś miesiącu napisał, że w tygodniu nie ma czasu a ma chęci na spotkanie a weekendy spędza z dziewczyną.Po 4-ech miesiącach się widzieliśmy - znów chciał mnie całować, kochać się , a nie chciał rozmawiać - łatwo mu mówić mi o swojej byłej i obecnej dziewczynie - co do nich czuje a co nie, łatwo mu gadać o bzdurach, a jak tylko chcę porozmawiać o nim i o mnie to milczy, zmienia temat, powtarza ciągle te same wymówki - że ja bym pewnie na spacer chciała chodzić, że on nic do mnie nie czuje, że jestem tylko koleżanką, i że nie chce się we mnie zakochać bo nawet nie wiem jaki on jest wtedy zazdrosny i że spokoju by mi nie dał - nie chce - czyli dla mnie może ,powiedział mi że nie zaufa już żadnej kobiecie, ze nie wierzy w miłość, że nie kocha tej z która jest, że nie jest szczęśliwy ale jest zaspokojony fizycznie i że miłość przyjdzie z czasem, a nawet jakby zerwał z nią to niech nie myślę że do mnie przybiegnie i że wtedy rok temu jakbym przyjechała, co miałam ten wyjazd to pewnie dziś już bylibyśmy szczęśliwi " - strasznie takie słowa ranią - bo ma się świadomość że coś jednak jest, że przecież jakby nie chciał toby nie przyjechał, unikał by kontaktu - tylko co z tego jak widzimy się co kilka miesięcy jak dobrze pójdzie, bo on niby chce i ma ochotę się spotkać, ale mu to nie wychodzi - bo uparcie trwa przy tej której nie kocha - i jej chce dać szanse, a ze mną boi się być - ja tłumacze sobie że boi się zaangażować, bo boi się zranienia, bólu, boi się coś poczuć bo boi się cierpieć a ja w tym wszystkim jestem bezsilna - bo co bym nie robiła to jest źle - ja pisze - to za dużo, jak nie pisze to wychodzi że mi nie zależy, jak mówię że kocham to on mówi - ja też się tak zachowywałem lub jego była tak się zachowywała - ciągle jestem do niej lub do niego porównywana - choć tłumaczyłam mu wiele razy że ja to ja - jestem inna i go nie zranię nie zostawię bo go kocham bo jest dla mnie ważny!Od naszego ostatniego (2- go w tym roku spotkania) minęło 1,5 miesiąca - w tym on z powodu tej swojej depresji po rozstaniu i innych zmartwień wylądował w szpitalu o czym dowiedziałam się przypadkiem od jego przyjaciela , który myślał że wiem a ja myślałam że padnę jak się dowiedziałam - normalnie to bym pojechała do szpitala a tak w tej głupiej i chorej sytuacji znów sms - odpisał że takie tam małe problemy zdrowotne i dlatego milczał,po tym jeszcze sam z siebie napisał 2 razy czy jestem u siebie na działce, ale mnie wtedy nie było i tak do dziś milczenie trwa a sytuacja powtarza się w kółko - milczenie,potem przebłyski normalności, jakaś nadzieja na bycie razem i znów mówienie - układaj sobie życie, znajdź sobie kogoś innego.Tylko po co jak ja jego kocham - tylko jestem w tej miłości bezradna - bo ja go nie zmuszę do tego aby był ze mną, a żadne moje działanie nie działa,więc postanowiłam że nie będę się narzucać - jak ma to być to będzie jak chciał to się odezwie no i czas pokaże co nam pisane Choć cholernie trudno jest żyć w takiej sytuacji, bo nie chce się nic, nawet uśmiechać:(((( nie wiem co robić/ nie chcę kończyć tego bo nie chcę go stracić/ ale jest strasznie trudno żyć z świadomością że jest ktoś kogo kochasz ponad życie, tak że każda cząstka ciebie mówi Ci że to jest to, że czuje się kiedy jest u niego źle, że coś się stało itd., A ten ktoś mówi ci że nie chce się w tobie zakochać - choćby mógł i woli być z kimś kogo nie kocha, a z którym jedynie uprawia sex no i jest pewnie z przyzwyczajenia ,straszne jest to że bratnie serca i dusze nie mogą być razem bo ciągle się mijają! A on wcale nie chce urywać tej znajomości i tylko po co mnie zwodzi co raz i burzy mój jako taki spokój psychiczny? Już kilka razy mówiłam sobie - dobra koniec tego! Może widocznie trzeba odpuścić ! I co się działo zaraz - on się odzywał, lub działo się coś złego że ja nie mogłam inaczej - tylko się odezwać i dla mnie to życie dawało mi znak że warto walczyć i czekać i nie odpuszczać.Więc może ludzie mnie wyśmiewają, ale ja nadal wierzę (mimo cierpienia i zranienia) mam nadzieję i walczę ale poprzez czekanie,bo nie wyobrażam sobie inaczej życia, pokochać kogoś innego ,niestety wiem że powinnam nabrać do tego dystansu - bo inaczej zwariuję - tylko nie wiem jak bo myśli i uczucia są silniejsze niż rozum! Z nadzieją w bezsilności kończę bo się rozpisałam że hoho a co będzie dalej - życie pokaże a wszystkim życzę dużo sił wiary i nadziei no i odwagi do walki o to co dla nich w życiu najważniejsze!Trzymam kciuki.
Przeżyłam to samo i radzę Ci uciekaj od tego szybko, nie mniej nadziei, że coś się zmieni. Nic się nie zmieni, czekając będziesz zawsze samotna, stracisz szansę na poznanie kogoś wartościowego. Wiarę i siłę trzeba mieć, aby z tym skończyć! Czasami zastanawiam się czy to nie strach przed samotnością popycha nas do takich bezmyślnych wyborów. Jestem na etapie walki z tym. Postawiłam warunki ,jeżeli nie umie podjąć decyzji przez cztery lata to nie będzie już powrotów. Dawał mi nadzieję, a potem zabierał, wystarczył byle jaki pretekst do ucieczki, aż jakiś czas to samo. Ja powiedziałam dość, jestem z natury uparta. Kocham i chcę być kochana, a przede wszystkim szanowana. Moja koleżanka w takim czymś trwała 6 lat, nic się nie zmieniło. Czy warto marnować sobie życie, rozejrzyj a dostrzeżesz wiarę ,radość z kimś innym.
Te myśli zastąp innymi myślami, na początku jest trudno, potem jest łatwiej. Poczujesz ulgę, że to się skończyło. On Cię wykończy psychicznie, zaczniesz wątpić w siebie, nie dopuść do tego.
Życzę powodzenia w walce, życie jest zbyt krótkie, aby go marnować.
Zgadzam się w stu procentach! U mnie na szczęście taki stan trwał 1,5 roku po... pół roku bycia szczęśliwą... potem zaczęły się zdrady itp., a z drugiej strony był miły i czuły, więc nie potrafiłam z tym skończyć. Czułam się jak szmata. Nic niewarta. W końcu dojrzałam do tego, by zerwać z nim definitywnie. Teraz żałuję tylko, że straciłam na niego o rok za dużo. Szkoda mi tego roku życia! Co ciekawe, trzy miesiące po ostatecznym zerwaniu poznałam wspaniałego chłopaka, z którym jestem teraz szczęśliwa. Naprawdę warto zawalczyć o siebie, być twardą, nawet - to rada do wszystkich romantyczek (ja też nią jestem i bardzo poważnie traktuję związki, bardzo się angażuję), nawet jeśli uważasz, że jestem najbardziej miękka ze wszystkich. Nie jesteś, musisz uwierzyć, że twoje życie i dobre samopoczucie są ważniejsze od fanaberii twojego chłopaka. Naprawdę. Na siłę nic się nie uda. A ktoś podstępny może bardzo nas oszukać, niestety. Teraz wiem, że nie warto dawać miliona szans osobie, która na to nie zasługuje. Najlepiej zerwać od razu, choć boli cholernie. Albo tak jak ja męczyć się rok, płakać codziennie, mieć do niego ciągle pretensje, a mimo to się spotykać. W końcu dochodzisz do punktu krytycznego, w którym spotkania, przytulenie się do niego itp. nie ma już dla ciebie żadnego znaczenia, bo czujesz się wdeptana w ziemię, zmieszana z błotem. Dużo mi dała ta lekcja i mam nadzieję, że już nie popełnię takiego błędu, ani że nie będę miała okazji, czego i Wam wszystkim życzę!!!!!
Ziuta: to prawda ty nie rób sobie nadziei ,tylko uciekaj. Ja przez 3 lata miałam to samo i nic się nie zmieni. Wierz mi ja też to przeżyłam, szkoda życia na takiego kogoś, potrzebujesz czasu i wszystko mija. Nic się nie zmieni, a on znajdzie sobie inną, a ty do końca życia będziesz cierpiała. Pamiętaj jest taka złota zasada, jeśli kobieta jest bardziej za facetem to nic z takiego związku nie będzie.
Przeżywam teraz straszne chwile... Nie potrafię sobie poradzić ze sobą... Sama się o siebie boję.
Prawie nic nie jem, nie mogę zasnąć w nocy, a jak już zasypiam, to ze zmęczenia psychicznego.
Nie wiem, co mam robić...;(
Nawet nie wiem, od czego zacząć...
Byłam z chłopakiem ponad rok. Był to naprawdę poważny związek. Mieszkaliśmy u mnie z moimi rodzicami. On bardzo był za mną, strasznie kochał... Mnie denerwowało to, że nie ma stałej pracy i zaczęłam naciskać, aby wyjechał do pracy za granicę, ponieważ on był niezwykle pracowity i ambitny, to wiedziałam, że poradzi sobie. Wyjechał więc i wszystko zaczęło się psuć. Poczułam wolność i bardzo mi się to spodobało, ponieważ jak z nim byłam, bardzo mnie ograniczał. Zaczęliśmy się strasznie kłócić, poniewierać... Zerwałam z nim. On przyleciał z kwiatami, ale nie wybaczyłam mu. Mieliśmy ze sobą kontakt, wciąż mówiliśmy, jak się kochamy i w ogóle... Było prawie tak, jakbyśmy byli razem, tylko nie chciałam na razie do niego wracać, ponieważ bałam się, że będzie jak dawniej... Dzwonił bardzo często... W maju spędziliśmy ze sobą kilka dni w pensjonacie... Poźniej widzieliśmy się pod koniec czerwca, jak przyleciał...
Wróciliśmy do siebie... Powiedziałam mu kategorycznie, że ma wrócić na stałe do Polski... Nie bardzo mu się to widziało, więc powiedziałam: albo jutro jesteś u mnie, albo koniec... Chciałam, aby jak najszybciej już był przy mnie...Tak bardzo chciałam już z nim być... Powiedział, że przyleci. Czekałam cały dzień, nie pojawił się, przez dwa tygodnie miał wyłączone telefony... Przeżyłam koszmar. Cierpiałam jak nigdy przedtem. Nigdy nie byłam w takim stanie. Nie wiedziałam, co myśleć, miałam najgorsze myśli. Przyjechał do mnie po tych 2 tygodniach... Nie mogłam się uspokoić, jak go zobaczyłam, tak płakałam ze szczęścia. Powiedział mi, że zatrzymali go na lotnisku (wiem, że miał pewne problemy z prawem), że siedział...
Spędziliśmy ze sobą 8 dni. Mieliśmy wspólne plany, chcieliśmy się wyprowadzić na stancję. On miał wrócić do swojej starej pracy, a ja studiować... Spał u mnie prawie codziennie, ale też często jeździł do domu, co bardzo mnie zdziwiło, bo nigdy tak często tam nie jeździł... W sobotę pojechał do domu. Pisaliśmy jeszcze ze sobą, zadzwonił jeszcze. Mieliśmy jechać w niedzielę nad morze, umawialiśmy się już, jak to będzie i w ogóle... W niedzielę miał znów wyłączone telefony i nadal je ma. Minęły już 34 dni... zero odzewu z jego strony... NIC...
ZAŁAMAŁAM się strasznie... jest ze mną jeszcze gorzej, niż było... Pojechałam do jego domu... Jego mama mi otworzyła i zapytałam, gdzie on jest... Powiedziała najpierw, że nie wiem... Widziałam, ze coś kręci... Weszłam do środka i zaczęłam z nią rozmawiać... powiedziała mi, że wyjechał do pracy za granicę...Jak ja to usłyszałam... Nogi mi się ugięły, mało co nie zemdlałam. Mieliśmy przecież za 4 dni wyjechać oglądać stancję... Powiedziała mi, że nie kazała mi mówić, że wyjechał... mówiła, że mówi mi to w tajemnicy (wiem, że to chore)... Nie wiedziałam, co robić, napisałam do jego siostry... mówiła, że dzwoni do niej, ona nie była za tym, żebym do niego wracała, napisał mi, że mnie ostrzegała i że to nie wymaga komentarza... Zapytałam, czy mówił, co sądzi o mnie, a ona że tak, ale obiecała mu, że nie powie. Dziś dokładnie mija 34. dzień. Jestem zrozpaczona, nie wiem, co myśleć, nie wiem, co się dzieje... Mam najgorsze myśli, że ma tam nowe życie i jakąś kobietę.
Proszę, powiedzcie, co o tym myślicie...
Ja zostawiłam chłopaka po 3 latach wspólnego mieszkania. Wszystko się tak pokomplikowało, a raczej ja pokomplikowałam, zdradziłam itd. Minie niedługo rok. Głupio wyszło ale ja dalej go kocham i chcę z powrotem wrócić, ale on ma inną. Chce spróbować beze mnie. Mówię, że się zabiję, a on do mnie, że siostra farmaceutka pomoże mi z tabletkami, jak tak bardzo chcę. Ból nie do opisania, nie jem, pale 40 papierosów na dzień i mam już wszystkiego dość. Najgorsze jest to, że jeszcze 4 miesiące temu on dalej chciał, a ja byłam zbyt dumna żeby się przyznać, że tak strasznie tęsknię i kocham. Chyba ni dodać nic ująć :(((((
Zostawiłaś go najpierw Ty... a on sobie poradził... to i Ty sobie poradzisz. Mnie zostawił facet po dwóch latach... Mija rok, a ja cierpię tak samo. Jak ktoś ładnie napisał, brakuje mi go fizycznie i psychicznie... Nie ma, cholera, od roku ani jednego dnia, żebym o nim nie myślała, nawet godziny nie ma... Wszyscy cierpimy, wszyscy, którzy kochamy tak mocno...
Długo czekałam na swojego "ksiecia z bajki", wreszcie znalazłam: inteligentny, kulturalny, wykształcony, przystojny, dobra praca, mieszkanie, wspolne zainteresowania... przez rok było dobrze. Bolalo mnie ze nigdy nie zostalamz aproszona przez jego rodzine na swieta czy urodziny ale nic nie mowilam, myslalm ze wstydzi sie swojego ojca o ktorym mial bardzo zle zdanie. Po roku zdalam sobie sprawe ze to nie ojciec tylko matka tak go ogranicza, zaczely do mnie docierac sygnaly ze ona jest starsznie zaborcza, że nim manipuluje, ze zepsuła poprzedni zwiazek.. W dniu w ktorym mielismy zamieszkac razem jego matka wyszla bez slowa z domu, on sie zalamal nie chcial sie juz wyprowadzic, pokłocilismy sie przez telefon... zerwal ze mna. w 10 minut byłam pod jego blokiem, nie zostalam wpuszczona do mieszkania, zszedl na dól, prosiłam, blagałam nie konczmy tak tego, powtarzal tylko "kocham Cie ale moja mama nigdy sie nie zgodzi". Siedziałam w aucie i płakałam, po 3 godzinach zeszla jego matka... zrobila mi awanture, oczerniala mnie a on stal i sluchal. Przepedzila mnie spod bloku i z jego zycia. ja sie nie poddałam, droga mailowa postaralam sie wszystko wytlumaczyc i udowodnic jak mi na nim zalezy. Po 3 miesiacah on zdecydowal ze da nam jeszcze jedna szanse. Wyprowadzil sie od matki i zamieszkalismy razem. Niestety ona nigdy nie zaakceptowala tej decyzji. Nie chciała miec ze mna nic wspolnego. Ja bylam szczesliwa, on nie, dreczyly go wyrzuty sumienia... wtedy tego nie rozumialam... teraz juz wiem bo przezywam to samo! Przezylismy nalot matki brata w nocy do domu i kolejna awanture. On cierpial, ja zamiast go wspierac staralam na sile uswiadomic mu ze dorosly facet musi "odciac pępowine"... kłocilismy sie coraz częściej. Pojechał na Świeta do domu, nie zadzwonil przez 2 dni, na 3 dzien dowiedzialam sie ze jestem wredna i falszywa, bo usunelam jego brata ze znajomych na Naszej Klasie.... nie wytrzymalam powiedzialam kilka naprawde ciezkich słow. Zerwał ze mna sms.... Przeprosiłam, po raz kolejny błagałam o kolejna szanse... Powiedzial, że juz mnie nie chce, ze nie jestem osoba dla ktorej wart zrywac kontakty z matka :((( To juz 2 miesiace a ja nadal caly czas o nim mysle, codziennie płaczę, mam mysli samobojcze... żyje z ogromnymi wyrzutami sumienia i poczuciem winy, ze los zesłał mi tak wspaniała osobe a ja przez swoja głupote, przez nieprzemyslane zachowanie ja straciłam. Nie jestem nastolatką, jestem dojrzała osoba i wiem ze już nigdy nikogo tak nie pokocham! Nie mam dla kogo życ...
Ja mam tak samo.
I ja tęż tak mam.... Wiem, co czujecie ...
A ja uważam, że życie ma sens tylko jak ma się dla kogo żyć. Na początku są to rodzice, rodzeństwo, ale z czasem to nie wystarczy i potrzeba nam innej miłości. W końcu mama ma tatę, rodzeństwo też układa sobie życie na swój sposób i zostaje się samemu. Tak też można być spełnionym w życiu, ale osoba dla której życie to bycie z kimś, pomoc, oparcie i stworzenie swojego małego światka we dwoje, nigdy nie uzna swojego życia za spełnione póki nie spotka takiej osoby.
ja tez mam taki problem jak ty nie chce do mnie wrócic mój byly nawet nie wiem czemu moze chce sie oegrac . bylam z nim 2 razy . za 1 razem ja zerwalam bo bylma glupia. potem juz on i wtedy go pokochalam;(
To bardzo możliwe..Wiesz mnie to już nic nie zdziwi, naprawdę..
Dopiero po stracie przekonałam się jak cudowne moje życie było z nim...
Teraz pozostały tylko wspomnienia, których NIKT mi nie odbierze,,,,
Ja mam trochę odmienny problem niż autor tego tematu ze względu na moje położenie. Bardzo mi zależy na pewnej osobie ale ona przeżywa niespełnioną miłość. Zakochała się w osobie która tej miłości nie chciała, nie byli nawet ze sobą ani jednego dnia z tego co zdążyła mnie uświadomić. Poznałem ja może i troche dziwnie bo przez internet ale uczy się w mieście, w ktorym mieszkam więc stwierdziłem że nie stanowi to zbyt wielkiego problemu. Poznałem ją bardzo dokladnie, że ma dobre serce, jest miła i ma ciekawe zainteresowania, nie wspominając już o kwestii dbania o swoją przyszłość. Najgorsze było to że poznałem ją podczas gdy byłem w innym związku. Wiedziała, że raczej nic z tego nie będzie wiec zaczeła mnie podrywać. Po niedługim czasie znajomości spytała się czy jej wyśle swoje zdjęcie (numer chciała zaledwie po paru dniach) i pisała, że bardzo fajnie się ze mną pisze. Z czasem sam się do Niej bardzo przywiązałem, stwierdziłem, że między nami może być coś więcej, napisałem dla niej parę wierszy w których wyraziłem co do niej czuje. I tu pojawiła sie kwestia jej niespełnionej miłości. Uświadamiała mnie, że ciężko jej będzie o nim zapomniec i choć się postara to niczego nie obiecuje i nie wie jak to będzie. Stwierdziłem, że nie opłaca sie utrzymywać kontaktu ale jej charakter sprawia, że nie jestem w stanie nie odpisywać jej na wiadomości. Pewnego razu spytała czy się spotkamy. Odpowiedziałem, że z przyjemnością, niestety do spotkania nie doszło bo nie mogła. Jak i następnym razem gdy była chora i nie mogła wgle sie zjawić. Gorsze były ostatnie 2 razy. Przedostatni gdy o kupieniu książek pamiętała bardziej niż o tym, że miała się ze mną spotkać oraz ostatni przed moją wycieczką szkolną, napisała mi że chce mi zrobić niespodziankę, którą miało być spotkanie. Owszem, zrobiła mi miłą niespodziankę, w połowie drogi na miejsce spotkania (pod internatem) powiedziała, że mam się cofnąć, ja, wierząc i posiadając w sercu nadzieję, że uda jej się przełamać udałem sięan to miejsce. Napisałem, że czekam 10min i ide sobie. Poszedłem, w wiadomości dziękując za miłą niespodziankę. NIe raz próbowałem się dowiedzieć co było przyczyną, że nie może się spotkać. Według niej nie jest w stanie pogodzić związku z nauką bo uwarza, że jestem zbyt fajny i że na jednym spotkaniu by się to nie skończyło,a nie chciałaby zawalić szkoły. I tu nasuneło się moje pytanie : "to jak miała zamiar pogodzić naukę z osobą która nie chciała jej miłości?" czego takiego ja nie posiadam co on posiada. Wiele bym dał żeby o nim w końcu zapomniała albo zamiast niego w jej głowie pojawił się ja. Po nieudanym ostatnim spotkaniu zaczeła mnie przepraszać i żałować, że tak wyszło i narzekała, że pewnie nie dam jej ostatniej szansy. Powiedziałem, że dałbym ale ona i tak pewnie z niej nie skorzysta. Termin spotkania miał/ma być jutro. Niestety dowiedziałem się, że źle robie wierząc w to że mnie nie wystawi. Dowiedziałem się że jej na mnie nie zależy. Opowiedziałem jej jak to byłem podrywanym przez pewne dziewczyny ale nie dałem się bo miejsce w moim sercu jest tylko dla niej. Dostałem odpowiedz typu: "dlaczego nie zwracałeś na nie uwagi?" , "ja pewnie bym porozmawiała" , "nie zwróciłabym uwagi tylko wtedy gdybym była z chłopakiem" . I tu szala się przechyliła. Stwierdziłem, że nie chce się spotkać bo nie ma to sensu. Nie chce być tylko jej kolejnym porzyjacielem, których ma zresztą trochę. Mówiła, że nikt nie jest dla niej tak kochany i miły jak ja, ale co mi po tym gdy dowiaduje się, że jej na mnie nie zależy? Raz nawet stwierdziła, że uzależniła się od pisania ze mną, ale mi to jakoś zbytnio humoru nie poprawiło. Ostatecznie stwierdziłem dzisiaj, że skoro nie chce zapomnieć o nim to niech zapomni o mnie i niech da mi w końcu spokój, w koncu jeden "przyjaciel" w tą czy w tą nie sparwi jej różnicy. Dręczy mnie tylko to, że byłem na tyle głupi, że uwierzyłem w jej słowa "kocham Cię", w które jak sie dowiedziałem dzisiaj sama wątpi. Na dodatek niedawno poznałem jej zupełne przeciwieństwo jeśli chodzi o związki, bardzo otwarta, śmiała i szczera osoba. Kontaktujemy sie równierz głównie przez internet z powodu czego była u mnie skreślona już na początku. Jednak z czasem zaczeliśmy smsować, wykupiła sobie do mnie darmowy numer tak więc przegadaliśmy juz nie jedną godzinę. NIestety mieszka ok 250km od mojej miejscowości :/ ... Komplementowała i słodziła abrdzo często, w końcu okazało sie ze jestem dla niej bardzo bliski ideału, że chce ze mną być, chce mnie przytulić i że zalezy jej na mnie bardziej niż na osobie która mogłaby mnie mieć na codzień. Niestety osoba ta jest tez ode mnie o 2 lat młodsza (15lat) nie to co rówieśniczka o którą zabiegałem. Stwierdzam, że oba wyjścia nie mają przyszłości bo żeby być z tą 2ga osoba musiałby wydarzyć sie cud, a ja już w nie nie wierze przez nieudane związki spisane nie raz jako wiersze, rymowanki, na moim blogu. Teraz nie wiem jak sprawić by zapomniały o mnie obie osoby. NIe chce mi się już nic, nie chce mi się uczyć, nie chcę już się starać o 2gą osobę wiedząc, ze jej na mnie nie zależy. Nie wierzę już w miłość, nie mam już sił na dalsze niepowodzenia, nie chcę znów poczuć, że komuś na mnie nie zależy, albo że komuśzaeży ale Ciężko będzie nam żyć ze sobą z powodu odległości. Nie chcę już miłości, wszystko co dobre kończy się u mnie szybko. Więc nie chcę już niczego dobrego, trzymam się wersji z wiecznym uśmiechem na twarzy. Kiedyś zdarzyło mi sieuajwnić smutek i koleżanka sdziwiła sięwielce że ja potrafie być smutny. A ja jestem smutny, niestety cały czas. Nie chcę tego ujawniać żeby komuś robiło się przykro albo ktoś się mną nazbyt przejmował. Jestem zagorzałym indywidualistą i nie chce żeby cały świat kręcił się wokół mnie. Cały czas próbuje żyć z celem którym jest znalezienie i uszczęśliwienie 2giej osoby jednak widze, że żadna z osób które poznaje nie chce tego szczęścia, a ja stwierdzam że dalsze szukanie nie ma sensu bo dość mam już bólu ...
Jest takie mądre powiedzenie: "nie płacze ten, kto przestaje kochać, ale ten kogo kochać przestano". Jak świat długi i szeroki ludzie sie rozstaja i będą rozstawać. Też dostałam po tyłku od miłości i straciłam (ciągle tak o tym myślę, niestety) swoja "drugą połówkę", ale czy On nią na prawdę był? Jakby to była miłość to by nie odszedł... Trzeba rozróżnić miłość od zakochania, chociaż ja tego nie potrafię. Lepiej jak związek kończy sie po 1,5-2 latach niż po 10, po ślubie, kiedy są dzieci i inne zobowiązania. Rozstania są podłe, bolesne i nigdy nie ma na to właściwego czasu, ale skoro Oni mogą ułożyć sobie życie bez nas, my też musimy!!!! Chociaż podobnie jak Wy teraz czuję, że już nic i nikt na mnie nie czeka....
Życzę wszystkim powodzenia, wiem co czujecie, Złamane serca też mają prawo do życia!
ehhh kompletnie nie tak znów :/ ... osoba mieszkająca daleko szuka wszelkiego sposobu żeby się do mnie dostać prubuje spotakć się ze mną i chce żeby to się jakoś ułożyło ... wiem że przeżyłbym miłe chwile ale nie chce związku na odległość choć każdego dnia w naszych rozmowach przez tel. słysze jak jej na mnie zależy ... mówi że mam w sobie to coś i wgle że osoba o ktorą się ubiegam jest ślepa i że jak by była na jej miejscu to nie zawiodłaby mnie ... i tu zaczynają się schody ... termin jak już wspomniałem "jutro" udał się w 100% ... ba nawet spotkaliśmy się 1h wcześniej żeby mieć więcej czasu ... każda chwila z tych 2,5h była dla mnie bardzo cenna ... nie mogłem oderwać swoich oczu od jej oraz od jej uśmiechu ... może nie była najśmielszą osobą ale w końcu widzieliśmy się po raz pierwszy ... sądziłem jednak że było miło z tego co wiedziałem to lubi się uśmiechać a uśmiechałą się cały czas :) ... dobry był równierz moment gdy spoglądała na mnie swoimi pięknymi oczami i widać było że chciałą by ta chwila trwała wiecznie ... niestety zawsze są jakieś ale .... jak już wspomniałem ma dużo nauki i wgle mało dość czasu jednak jest na tyle kochana że stara się dla mnei znaleźć kazda wolną chwilę ... w dodatku dowiedziałem się że chciałaby się ze mną widywać każdego dnia ... takiego miłego zaskoczenia dawno nie przeżyłem ... teraz pozostaje kwestia 2giej osoby ... nie chce jej skrzywdzic ... w sumie to obu ine chce skrzywdzić bo nienawidze ludzi krzywdzić ale jakiegoś wyboru dokonać muszę ... narazie wyczekuje następnych spotkań bo zostałem upewniony że po paru może być miło ... chciałbym żeby się udało bo jestem pewien swoich słów : "kocham Cię" tylko chce je usłyszeć równierz gdy i ona będzie patrzyła mi w oczy ... ehh wyczuć ten moment :/ ... w dodatku pozostaje kwestia jak powiedzieć osobie ktorej najbardziej na mnie zależy i zrobiłaby wszystko żeby byc ze mną że to nie ma sensu :/? ehh dziwne to wszystko :/ ... bez miłości smutek i samotność gdy spoglądam na mojego najlepszego kumpla w objęciach jego dziewczyny. za to z miłością też nie jest lepiej, ciężko jest bo trudno znaleźć tą jedyną ... chce dobrze dla jednej osoby, dle ktorej mógłbym poświęcić życie ale musze widzieć że jej również na mnie zależy ... niestety z tym czy komus na mnie zależy bywa różnie :/
Ciężka sprawa. Ale z tego co napiałeś wnioskuję, że tej dziewczynie, o która tak zabiegasz nie zależy na Tobie. Wiesz, to są moje odczucia, po przeczytaniu tego wszystkiego. Jestem starsza od Ciebie i trochę już w swoim życiu przeżyłam. Nie podważam tego, że cierpisz, bo na pewno tak jest. Tylko zazdroszczę Ci tego, że jesteś jeszcze młody (ja z resztą też:)) i nie byleś jeszcze w takim ,,prawdziwym związku''. Byłoby Ci tysiąc kroć ciężej, gdybyś zasypiał i budził się każdego dnia obok ukochanej osoby. Spędzał każdą wolną chwilę i NIE łączyłoby Was przyzwyczajenie nawet po latach, tylko wciąż ta samą wielka miłość... Nie możesz jednak tracić wiary i nadziei, że prędzej czy później odnajdziesz swoje szczęście.Ale to PRAWDZIWE, które będzie czuło to samo co Ty,,, Bo takich ,,ulotnych szczęść jest bardzo wiele'', które okazują się po czasie tylko złudzeniem. Być może tak teraz jest właśnie u Ciebie,,,,
Życzę Ci jak najlepiej, bo widać, że jesteś wrażliwą osobą:)
Dlatego pewnie tak łatwo zranić...
Póki co najgorzej nie jest, mi trochę mniej zaczęło zależeć i chyba dzięki temu zacząłem zauważać że i jej zależy ... może to nie to co osoba mieszkająca daleko niestety no ale cóż ... martwi się gdy nie pisze do Niej, pyta się czy coś się stało, skupić się nie może przeze mnie xd nie ma dnia by o mnie nie myślała, nigdy przeszkadzać jej o dziwo nie przeszkadzam, mówi ze mam pisac ile i kiedy tylko moge, ze gdy jest jej zle to pisanie ze mna jest jedynym pozytywem dnia ... nawet gdy mówi ze potrzebuje troche czasu i ze jest zajęta to nigdy nie wytrzymie ... zawsze napisze xd ... wczoraj dowiedziałem sięze bardzo chciałaby sie do mnie przytulić o.O ... na pierwszym spotkaniu nawet nie myślałem ze tak to sie dalej potoczy ... kazałem jej wszystko przemyśleć bo miewała chwile zwątpienia ... mówiłem ze ja jej zyciem decydowac nie moge, ze sama dokonuje wyborow i ze mi nie zostaje nic innego jak liczyc na to ze wybory bede sluszne i przemyslane ... po czasie rozmyslania ... "przemyślałam to wszystko i moge napisać że Cie kocham :* " ... była okazja zeby sie dzis spotkac ale nie wyszło ... napisała mi ze musimy się jak najszybciej spotkac ... co miała przez to na myśli to nie wiem ale moze sie uda przed końcem tygodnia :) ...w końcu : "Każdy dzień przy Tobie w moim życiu najwiekszą atrakcją ...Tworząc myśle o Tobie, jesteś moją inspiracją" :PP ... może mi powie oko w oko co sądzi o moich 2óch wierszykach dla niej xd :)
mówisz o "prawdziwym związku" ... szczerze samotność mnie nauczyła że da się żyć bez tego ... tylko szkoda że jak żyje w tym przekonaniu to wtedy ktoś zakochuje sie we mnie ... chociaż może to i lepiej :) ... obojętność receptą na szukanie miłości :) ... cóż, do kilometrów szcześcia nie mam niestety ale może kiedyś trafi się coś bliżej ... ehh aż boję sie ruszyć z mojego miejsca zamieszkania xd niedługo będzie ze gdzie bym się nie ruszył tam będę kogoś znał xd ... musze sobie chyba gdzieś napisać xddd : "mieszkasz 100km+ ode mnie? nie pisz do mnie! bo szkoda robić sobie nadzieję"
wgle zaczynam powoli uwarzać że internet to chora rzecz -.- ... jak nie jest się chamem tylko sobą czyli osobą z pozytywnym podejściem do życia nie wiedzieć czemu trafiają się osoby które chcę dla Cb zrobić wszystko ... dajmy na to absurd pokonania dla mnie 500km zeby sie ze mną zobaczyć przez osobę 19to letnią ... rozumiem ze jakby były szanse wiązać ze sobą przyszłość ale po co mam się zgadzać na takie coś zeby potem przeze mnie cierpiała ... zresztą i tak zawsze wychodze na chama :o bo ja mówie ze to sensu nie ma ... ehh to wszystko nie fajowe jest -.-
Tak bardzo kocham i cierpię.
ja tez tak mam oddalam mu serce ,bo tak naprawdę tylko jego pokochałam .poszło o bzdurę.ale emocje wzięły gore i się narobiło ,ja go nadal b kocham .ale on najwidoczniej przestał
Ja kocham już od paru miesięcy, nie byłam z nim ani jednego dnia, bo on nigdy nie chciał tej miłości, nie czuł tego co ja.
Jednak nie potrafię przestać o tym myśleć, często w nocy płaczę, nie potrafię być również z nikim innym, bo porównuję ich wszystkich do niego, nic do nich nie czuję i żaden nie jest "dość dobry".
Sytuacja bez wyjścia.
Nie jestem w stanie się ogarnąć...
ja kocham już prawie 2gi rok - choć też nie byliśmy razem, mimo że było już blisko to on uciekł, niepogodzony jeszcze z poprzednią miłością- spotkaliśmy się w przeciągu tego czasu kilkanaście razy, a ja już po kilku spotkaniach wiedziałam że to on - ten właściwy - niestety jak na razie wiem to tylko ja:((( wiele razy mówiłam sobie koniec - że zaczynam żyć od nowa, ale udawało mi się to tylko na krótki czas, potem znów wszystko wracało, 1szy rok był koszmarem - bo bez niego nie widziałam sensu w niczym,nie maiłam siły na nic, nic się nie liczyło i nic mi się nie chciało, jednak jak to ludzie mówią - czas leczy rany ... i fakt z biegiem dni emocje się zmieniają, choć uczucie i świadomość że go kocham się nie zmienia - jest tak samo silna, niestety wiem że nie ma nic na siłę - bo ja tak chcę! wiem że wszystko dzieje się po coś i nie bez powodu i że jeśli jesteśmy sobie pisani to tak będzie, jeśli nie to pewnego dnia to odkryje, na razie jednak mam podobnie - spotkanie z każdym innym facetem jeszcze bardziej uświadamia mi jak mi jego brakuje - niestety co mi pozostaje to wiara i nadzieja że może pewnego dnia coś się zmieni - we mnie coś się zmieni lub w nim coś się zmieni...ja też wypłakałam morze łez - i mimo to nadal czasem one płyną bo czuję się bezsilna w tym wszystkim...
co mogę powiedzieć...z czasem uda ci się zdystansować, z czasem - bo nikt ani nic nie pomoże - po prostu trzeba dać sobie czas... a póki co trzeba próbować nie dać się zwariować - bo można się otrzeć o depresje - a to nic fajnego...póki co trzeba być z ludźmi i wśród ludzi - bo wtedy łatwiej nie myśleć, i trzeba swojemu sercu dać czas - bo chyba na miłość nie ma lekarstwa ....
najgorsze jest to że wokół nas jest coraz więcej takich nieszczęśliwych miłości:((( - niestety życie mamy jedno i trzeba się trzymać i próbować jakoś żyć, choć świadomość straty tej najwłaściwszej osoby jest straszna....
a wyobraźcie sobie sytuacje,w której to jesteście zakochane, pisujecie codziennie z tym kimś, dzwonicie do siebie, gadacie o wszystkim, jesteście w jednej paczce więc i często przebywacie w swoim towarzystwie w weekendy, więc jeśli on podrywa jakąś pannę albo ona przystawia się do niego to to widzicie, przyjaźnicie się,więc on nawet opowiada o innych dziewczynach, ekscytuje się tymi wydarzeniami. czasem sypiacie ze sobą... niby ma się go ale jednak nie, bo on nie chce się związać. czy to nie jest gorsza sytuacja? czy nie łatwiej kochać bez wzajemności i nigdy nie zaznać przyjemności bycia z tym kimś... bycie z kimś ,,przez szybę" boli jeszcze bardziej. zapewniam Was dziewczyny!!!
ja nie napisałam że nigdy nie zaznałam przyjemności bycia z tym kogo kocham tylko, że on nigdy nie dał nam szansy bycia razem, w sensie stworzenia związku i wiem tak jak ty że okropna jest świadomość posiadania tego kogoś na chwile - i to bardzo krótką, a boli to wszystko jeszcze bardziej jak ma się świadomość że on jest z kimś innym, kogo nie kocha ale jest zapewne do niego przyzwyczajony i któremu pozwolił być pełniejszą częścią jego życia - przynajmniej złudnie pełniejszą - bo ja wiem że mimo tych kilkunastu spotkań to ja wiem bardziej jaki on na prawdę jest - ja znam go prawdziwego, on zna jego nieskazitelną maskę jaką przy niej wkłada....więc wiem jak to boli, być z kimś, kochać go i rozumieć doskonale - a jednocześnie mieć go na chwile - tylko jak przeżyć życie???które trwa znacznie dłużej...
Tak, to kiepska sytuacja. Takie połączenie bliskości i obcości jest ciężkostrawne. Ja miałam takiego przyjaciela, pożal się Boże. Byłam strasznie zakochana i pozwalałam mu traktować się tak, jak jemu było wygodnie. Teraz jestem po prostu wściekła. Koniec z takim układem, nie ma mowy. Jak się tkwi w czymś takim, to człowiek traci całkiem rozeznanie i w ogóle sam o siebie nie dba. Teraz zanim coś zrobię, zadaję sobie pytanie: czy to jest dla mnie dobre? Wcześniej zastanawiałam się, czy to, co robię, jest dla niego dobre, niech go gęś kopnie.
no i chłopaki oczywiście też!!
sorki, źle zinterpretowałam to co napisałaś.
Są takie fajne słowa piosenki; ,,sposób na życie jeden mam, niczym się nie przejmować..." myślę, że to właśnie jest najlepszy sposób na przeżycie tego długiego i beznadziejnego życia. szkoda tylko,że nie każdy to potrafi....
nic nie szkodzi:)- każdy ma prawo do własnej interpretacji a poza tym w tych kilku słowach trudno jest oddać to co się czuje i przeżywa- ja myślę że to nie do końca super recepta na życie - bo olewając wszystko i nie przejmując się niczym można zamienić się w bezuczuciowego robota/ maszynkę, a w życiu co jak nie uczucia są ważne - jak nie najważniejsze!!! i chyba sztuka polega na tym aby nie dać im się zwariować! - jednak każdy jest inny i musi szukać recepty dla siebie:) ja nie jestem w stanie zamienić się w automat - bo wtedy dopiero nie ma po co żyć - może tak jest łatwiej - nie czuć nie przejmować się, ale... ktoś powiedział, że kręte ścieżki są trudne ale więcej uczą, są bardziej wartościowe - więc ja wolę je, niż tą prostą i nic nie czuć...
mam takiego kolegę, który właśnie jest takim ,,robotem". jest mi źle tak jak jest, ale jak czasem patrze na niego, takiego jakby bez uczuć, który nikim się praktycznie nie przejmuje, myśli tylko o sobie i jest mu z tym dobrze, to czasem ja też cieszę się, że ja taka nie jestem. kiedyś był inny.. jednak życie potrafi zmieniać ludzi.
czyli wniosek jest jeden: każdy musi znaleźć swój sposób na życie
pozdrawiam:P
A Ja kocham chlopaka ktoremu kiedys dalam kosza.
Kiedy czytam wasze historie to nie wiem co ja mam powiedzieć. Byłam z chłopakiem ponad 4 lata. niedawno się z nim rozstałam i to ja zerwałam, choć teraz kiedy o tym myślę to nie wiem czy dobrze zrobiłam. Tak naprawdę nic złego mi nie zrobił, zawsze mogłam na niego liczyć tylko, że w pewnym momencie coś zaczęło się psuć, przestaliśmy się rozumieć. Męczyły mnie jego ciągłe narzekania na pracę, na problemy rodzinne i na cały świat. Do tego chciał wiedzieć o mnie wszystko: co robię, o której wracam do domu nawet czy jadłam obiad, Do pewnego momentu to było miłe bo wiedziałam, że ktoś się o mnie troszczy, ale potem to stało się męczące. Denerwowała mnie nawet jego obecność. Poza tym kiedy wszystko zaczęło się między nami psuć zaczęłam zwierzać się przyjacielowi z tych problemów. Dużo rozmawialiśmy, bo czułam, że mogę mu zaufać. Po jakimś czasie poczułam, że czuje coś więcej niż tylko przyjaźń i o mało nie wylądowaliśmy w łóżku. Oczywiście nie mogłam żyć z tą świadomością, że oszukuję mojego faceta więc mu o wszystkim powiedziałam. On mi wybaczył i powiedział, że przez taka głupotę nie możemy zniszczyć tych 4 lat, że mnie kocha ponad wszystko. Więc zostałam z nim bo naprawdę wierzyłam, że wszystko się ułoży. Poza tym wydawało mi się, że z nim będę szczęśliwa, bo myślałam, że między nami jest naprawdę miłość a nie tylko przyzwyczajenie. Jednak potem było już tylko gorzej. Przestałam do niego czuć to co wcześniej, tęskniłam za tym drugim, który pisał i mówił, że chciałby być ze mną, że chce spróbować. Więc odeszłam od mojego faceta, z którym już w ogóle przestałam się rozumieć. Pomyślałam, że wreszcie mogę być z tym, któremu na mnie zależy. Zaufałam mu, uwierzyłam, że będziemy razem i wylądowaliśmy w łóżku. Teraz on jakby mnie unika, niby się spotykamy, piszemy, rozmawiamy, ale czuję, że on wcale nie chce być ze mną. Ciągle mówi, że nie jest gotowy, że nie wie co do mnie czuje, że myśli o swojej byłej, która zostawiła go tuż po zaręczynach a ja teraz nie wiem co mam robić? Czuję się trochę jak panienka na pocieszenie. Wiem, że on boi się znów zranienia, ale co ze mną? Tęsknię za nim, brakuje mi go w każdej chwili ale nie mogę wiecznie czekać na to aż on będzie gotowy. Czasami nawet myślę, że źle zrobiłam zostawiając tamtego, ale teraz jest już za późno bo on ma już kogoś innego. Jestem w takiej kropce, że nie wiem jak z tego wybrnąć. Proszę doradźcie mi co robić??
a co jeśli największa miłość Twojego życia odbiera Ci ostatnia nadzieję i chwile później p i s z e , że zależy mu na miłości Twojej najlepszej przyjaciółki ?
i mogłabym tu napisać całą swoją historię, prawie dwa lata spędzone u jego boku, najpiękniejsze lata... mija ponad rok od rozstania (przez telefon), między czasie było parę długich rozmów, wiele moich wiadomości bez odzewu. ja walczyłam, ogromnie walczyłam... o możliwość drugiej szansy. Bo do cholery! gdybym nie była tak pewna swego uczucia, odpuściłabym przecież!
a teraz ... ? Przyjaciółka ani On nawet nie potrafią spojrzeć mi w oczy...kurde! nawet nie wiedzą jak się czuje! sama ich chęć rozmowy o ym byłaby dla mnie jakimś znakiem.. przecież ja starciłam wszystko! i nie potrafię sobie z tym poradzić..płaczę co noc..i nie mam nikogo, komu mogłabym to powiedzieć, bo znam odpowiedź : nie przejmuj się, nie warto, nie zasłużyli, zapomnisz....tyle że -jak można oduczyć się miłości ponad życie ? ja zaufałam...
sad
A ja jestem ten co krzywdzi. Bylem z dziewczyna 4 lata. Nigdy nie było wielkiej euforii ani porywów miłości, ale były wspólne zainteresowania, praca, żyło się z dnia na dzień, bez myślenia co będzie dalej. Ale kiedy zacząłem o tym myśleć, ze kiedyś przychodzi czas na małżeństwo, dzieci, itd uświadomiłem sobie ze ona w ogóle o mnie nie dba. Mogę prosić i błagać, klękać na kolana ale jeśli ona ma inne zdanie to nic jej nie przekona żeby zrobiła coś dla mnie. Ja siedziałem po nocach nad jej zadaniami domowymi. Starałem się jej to wyjaśnić miesiącami, nic nie docierało. Funkcjonowaliśmy w miarę zgodnie tylko dlatego, ze to zawsze ja ustępowałem. No i poznałem inną. Szalona, absolutnie piękna miłość. Zostawiłem moja dziewczynę. Oczywiście pojawiły się obietnice ze wszystko zrozumiała i ja oczywiście się złamałem i wróciłem. Po tygodniu znowu było jak dawniej. Wróciłem do mojej 'nowe' miłości. Byliśmy razem 4 miesiące. Czułem się z nią wspaniale, ona ze mną również. Daliśmy sobie najpiękniejszy czas życia. Potem wyjechałem do pracy na drugi koniec kraju i dopadły mnie wyrzuty sumienia co do pierwszej. Że może tak naprawdę nie dąłem jej szansy, ze przecież jest podobna do mnie. Wróciłem. I znowu kłótnie co dnia, poniewieranie się. Mówi, ze chce dobrze, ale kiedy mi na czymś zależy a jej nie to nie ma zmiłuj. Codziennie setki razy mowie sobie ze przecież niszczymy sobie życie, ze nie ma się co łudzić, ludzie się nie zmieniają. Ze tak naprawdę walczę o jej uznanie, a ona jeśli tylko jest jej dobrze, dba wyłącznie o siebie. A i tak zawsze za chwile przychodzi wiara, ze od jutra będzie już fajnie i radośnie. A za chwile myśl, ze miałem niebo, które porzuciłem. Że za 10 lat po kolejnej kłótni przy kolacji pomyśle o tej pięknej bajkowej miłości, która zostawiłem i pójdę się powiesić. A potem znowu nadzieja. I tak całe dnie. Czego nie zrobię będę cierpiał i ranił. Nie mam już sił.
Jak ja was wszystkich rozumiem, i cholernie współczuje tym, którzy kochają i będą kochać, jak ja ...kocham go od kilku lat...i wiem że to on jest miłością mojego życia i tym którego nie przestanę kochać!
Tez mam taki problem.Rozstałam sie bo mnie zdradzal.Nie na widze go za to a jednoczesnie nie potrafie zapomniec.Ani w dzien a ni w nocy.Czuje sie jak w jakim koszmarze,ktory nie moze sie skonczyc.cZy kiedys mi to przejdzie?
"...żadna wielka miłość nie umiera do końca. Możemy do niej strzelać z pistoletu lub zamykać w najciemniejszych zakamarkach naszych serc, ale ona jest sprytniejsza - wie, jak przeżyć. Potrafi znaleźć sobie drogę do wolności i zaskoczyć nas, pojawiając się, kiedy jesteśmy już cholernie pewni, że umarła, albo, że przynajmniej leży bezpiecznie schowana pod stertami innych spraw..."
uwielbiam ten cytat, a zarazem nienawidzę... i choć kiedys mielibyśmy być szcześliwi, nigdy nie będzie to tak czyste szczeście..w moim przypadku..jak w tej pierwszej miłości. tylko że ja nie chcę już ramion kogoś innego, nie potrafiłabym.
Dodaj nowy komentarz